#chujwieco #alkoholizm #ender
No dobra... Jak wczoraj obiecałem elaborat na temat mojego alkoholizmu - tak relacjonuję. Jak wam się spodoba to śmiało rozsyłajcie znajomym. Może akurat kogoś zmotywuje do działania albo przynajmniej pozwoli uniknąć wpierdolenia się w
to jebane piekło.
WPROWADZENIE I ZARYS SYTUACJI:
Jestem alkoholikiem. Mam 40 lat. Piję od 15. Z początku było to najebywanie się na imprezach, często do podłego stanu ale bez tragedii. W tygodniu również spożywałem alkohol, ale w małych ilościach. Jak to mówią - apetyt rośnie w miarę jedzenia. Picia w moim przypadku. Częstotliwość spożywania rosła z roku na rok kończąc się tym, że pod koniec mojej piekielnej przygody (czyli jakieś do 5 lat wstecz) piłem w każdej je⁎⁎⁎ej wolnej chwili tak, żeby w najgorszym wypadku stawić się w kołchozie z jak najmniejszym kacem. To już było mega przejebane. Koniec roboty - idziemy po flakon. Dzień wolny - idziemy po flakon, a potem drugi. I tak do zajebania. Mój serdeczny przyjaciel żartobliwie i kąśliwie zarazem skwitował mnie - "zawodowy bezrobotny ze smykałką do używek" - i miał oczywiście rację xD Wtedy akurat faktycznie nie miałem pracy, co się niedługo zmieniło.
PRACA:
Mam wyższe wykształcenie w IT. Początkowo mieszkałem w Warszawie i przewijałem się przez różne korpo na stanowiskach związanych z wykształceniem. Wtedy jeszcze problem z alkoholem nie był na tyle zaawansowany żeby przeszkadzał mi w pracy. Było to mniej więcej na początku tej niechlubnej przygody tj. jakieś 12-15 lat temu. W wieku ok. 30 lat wypaliłem się psychicznie w branży IT i wtedy alkohol zaczął juz mi przeszkadzać w życiu zawodowym. Nie raz nie dwa pojawiałem się za biurkiem na niezłym kacu. Wstydze się tego do dzisiaj, ale czasu nie cofnę więc mimo, że często o tym myślę to staram się do tego nie wracać w myśl złotej zasady, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Krótki okres bezrobocia podlewany alkoholem zaczął się niebezpiecznie wydłużać. Aż pewnego dnia na całoweekendowym grilu na działce u koleżanki pod Warszawą zgadałem się ze znajomymi, których znałem juz kilka lat wcześniej. Dostałem propozycję nowej pracy. Mycie okien w biurowcach na "sznurkach". Pomyślałem sobie - k⁎⁎wa, jadziem z tym. Mój budżet w tamtym czasie był prawie zerowy, ale z racji tego, że rodziciele ówczesnego chlebodawcy prowadzą w Wawie sklep ze sprzętem alpinistycznym umówiliśmy się w ten sposób, że wpłacam zaliczkę za sprzęt, a resztę spłacam w ratach z kolejnych wypłat. Nadmienię tutaj, że na start w tej branży czyli podstawowe wyposażenie (które potem i tak trzeba było douzupełnić) wyniosło mnie jakieś 5-6k cebul. No i tak to się jakoś rozkręciło, że przepracowałem tam ok 2 lat. Ciężka robota, za⁎⁎⁎⁎sta przygoda. Opierdalaliśmy sporą część budynków w Wawie. Mniejszych, większych, łatwiejszych, trudniejszych... Czasami poza myciem okien wpadały jeszcze jakieś instalacje techniczne, mycie i malowanie elewacji itp. Widoki z tych budynków były nieprzeciętne. Do dzisiaj nie zapomnę wpierdalania kanapek siedząc na gzymsie na 15 piętrze z nogami za burtą bez zabezpieczeń rozglądając się dookoła i podziwiając widoki xD Coś na wzór tego znanego chyba wszystkim czarnobiałego zdjęcia ze Stanów, gdzie kilku kolesi beż żadnych zabezpieczeń wtrynia sobie kanapki na stalowej belce 150 metrów nad ziemią. Po jakimś czasie rozstałem się z chlebodawcą. Wtedy własnie nastał już dłuższy okres bezrobocia coraz częściej podlewany alkoholem. Wtedy było już bardzo źle bo PRAWIE każdą wolną chilę poświęcałem na alkohol.
ŻYCIE:
Okres bezrobocia rozciągnął się już na ok 1,5 roku. Przeżyłem chyba tylko dzięki rodzicom i kobiecie, z którą byłem od 7 lat. 8 lat młodsza ode mnie, piękna, inteligentna, zabawna i nieroszczeniowa. Wiedziała co się ze mną dzieje i że mój stan się pogarsza. Wpadła na pomysł, żeby w końcu wziąć ślub, no bo ile można. Co za c⁎⁎j ją podkusił ? =[ Do dzisiaj nie wiem jak, ale tak też się stało. To był okres, w którym na życie patrzyłem już jak przez mgłę. Moja pamięć wyglądała jak j⁎⁎⁎ny durszlak dodatkowo rozstrzelany przez sowiecki pułk egzekucyjny. Jej rodzice skończyli budować dom rodzinny na wsi. Nasze domy rodzinne były blisko siebie oddalone o kilkanaście kilometrów. Tam też się zresztą poznaliśmy. Wleciał covid i praca zdalna. Kobieta pracowała w biurze więc 100% roboty mogła wykonać z domu przez internet. W międzyczasie zdefraudowałem lwią część pieniędzy z wesela na alkohol oraz narobiłem długów u ludzi od których wynajmowaliśmy mieszkanie - też na alkohol. Zapadła decyzja, aby przenieść się na wieś do domu jej rodziców. Mój alkoholizm miał się wtedy wyśmienicie i dalej prężnie się w międzyczasie rozwijał jak waga co piątego amerykanina. Chodząc na⁎⁎⁎⁎ny dzień w dzień spędzając większość czasu w internecie zacząłem się odklejać od wszystkiego dobrego co mnie otaczało i na co powienienem jak normalny człowiek poświęcić 120% uwagi. Pewnego dnia coś w niej pękło. Przyszła i powiedziała, że chce rozwodu. Jedyne czemu mogę się obecnie dziwić, to dlaczego tak późno. Ale ja wiem, że do samego końca miała nadzieję. Niestety na nadziei się skończyło i generalnie cieszę się z tego, że otrząsnęła się w niemalże ostatniej mozliwej chwili. Obecnie chyba ma faceta i żyją sobie długo i szczęśliwie. Przynajmniej mam taką nadzieję, bo nie mam z nią kontaktu od kilku już lat. Wróciłem do rodzinnego mieszkanka w którym kilka lat wcześniej się juz poluzowało bo ojciec wyprowadził się "na swoje". Dom sobie niedaleko zbudował i tam sobie zamieszkał. Sytuacji rodzinnej tutaj nie opisuję bo niczego to do wątku ciekawego nie wnosi. Generalnie kontak mam z nim dobry. Zatrudniłem się w lokalnej firmie i jak na wioskę zarabiałem naprawdę za⁎⁎⁎⁎ste pieniądze. W międzyczasie pospłacałem wszystkie długi i udało mi się zbudować niezłą poduszkę finansową. Niestety alkohol również to (pracę) pomógł mi skutecznie spierdolić. Przychodzenie na kacu do pracy stawało się niemal standardem. Kilka osób z najbliższego otoczenia już jakiś czas podejrzewało, że mam problemy z alkoholem i trudno im się dziwić bo tylko debil by tego nie zauważył. Aż nadszedł ten pamiętny moment gdzie w trakcie nocnej zmiany wlałem w siebie 0,5 co było już k⁎⁎wa skrajnie totalnym przegięciem. No i wyadło się. Za 20 minut zjawił się kieras. Dmuchanko na bramie. I szybka wyjebka wraz z końcem stycznia. Jedyny sukces jaki widzę w tej pokurwionej do granic sytuacji spowodowanej moim uzależnieniem i skrajnym debilizmem to brak dyscyplinarki. Tak rozpączął się luty bieżącego roku. Srogo przejąłem się tą sytuacją bo dotarło do mnie w końcu, że to kompletny upadek człowieka. Że to dno i że trzeba będzie się naprawdę postarać żeby roz⁎⁎⁎⁎⁎olić sobie życie jeszcze bardziej. Wtedy własnie (następnego dnia po wyjebaniu) wstałem rano i powiedziałem matce, że chcę się zapisać na terapię odwykową. Nie miałem już siły i faktycznie stwierdziłem, że sam sobie nie poradzę. Od niedawna chodziłem już na terapię do lokalnego ośrodka terapii uzależnień. Z bezsilności jednak z bagażem przykrych doświadczeń ułożyłem wstępny plan. Ograniczenie spożywania alkoholu. Na poczatku lutego podczas jednej z wizyt powiedziałem terapeutce, jaki mam plan. Zasugerowała mi terapię w jednym z ośrodków na NFZ (tutaj rzecz nieoczywista - prywatna terapia to koszt ok 12k cebul, a koniec końców NFZ'owskie są znacznie bardziej skuteczne ponieważ więcej czasu i pracy jest poświęcane ochotnikom przez specjalistów, to chyba jedna z niewielu płaszczyzn, w których NFZ na prawdę spoko daje sobie radę). Obdzwoniłem ośrodki, popytałem o terminy przyjęc itp. Najbliższy termin - za dwa miesiące. Okres terapii - 1,5 miesiąca w ośrodku zamkniętym, który tak naprawdę nie jest całkiem zamknięty (chyba żaden w Polsce w 100% nie jest). Dni trzeźwości w lutym były przeplatane dwudniowymi okresami chlania, potem trzeźwienia i tak w kratkę aż do pamiętnego dnia 20.02.2026. Dnia, który uważam za bardzo mocny przełom w moim obesranym jak kibel na dworcu PKP w Kutnie życiu.
POCZĄTEK NOWEGO:
Ostatnim razem zachlałem p⁎⁎dę 20.02.2026 (piątek). Tego dnia miałem do ogarniecia kilka prostych rzeczy poza domem. Między innymi byłem u veta, który na moja prośbę przepisał mi na-sen i przy okazji za radą swojej koleżanki po fachu antydepresant Tradozone na poprawę snu. Co do dnia i sukcesów nie było to zupełnie nic wyrafinowanego z czego można byłoby się cieszyć, jednak satysfakcja jaką z tego czerpałem była na tyle ogromna, że postanowiłem się nagrodzić kupując 0,5 Żołądkówki tradycyjnej (tzw. rudej - mój faworyt, tutaj nadmienię, że czystej, wina i piwa nie lubię a whisky wychodziła mało ekonomicznie więc też dawno zrezygnowałem). Pozwolę sobie na małą dygresję, żeby dokładnie zobrazować mój stan fizyczny, psychiczny i kondycję organizmu, żeby zaraz potem wrócić do kontynuacji wątku.
STAN FIZYCZNY, PSYCHICZNY i KONDYCJA ORGANIZMU na 20.02.2026:
Mój organizm był totalnie rozjebany. Zegar biologiczny przestał działać już dawno dawno temu. O śnie mogłem co najwyżej pomażyć. Jego również już od dawna nie było. Jedyny czas, który udawało mi się przespać to najbliższe ok 3h po skończeniu pół litra. Przesypiając 3h na dobę budząc się w tym czasie do kilku razy. Apetyt niemalże zerowy. Do tego stopnia, że będąc głodny robiłem sobie jedzenie, na które od samego patrzenia miałem mdłości. Układ immunologiczny również rozjebany. Po tyluletnim maratonie nie ma się co dziwić. Wrak człowieka podlany srogą depresją. System immunologiczny - no k⁎⁎wa nie działa. Powtarzam - nie działa.
WRACAMY DO KONTYNUACJI WĄTKU 20.02.2026:
No i klasyka gatunku w moim wykonaniu, a raczej bardzo często powtarzalny schemat... Zrobienie 0,5 w 2h przed kompem przeglądając internet. Idąc dalej za schematem - spanko, wstawanko, kac, no i wycieczka do sklepu po kolejne 0,5 na rozruch. Chwała temu, który wpadł na pomysł, żeby obniżać oprocentowanie tych kolorowych nalewek do obecnej zawartośći chyba 32%. Tak. Jak na kacu po jednej połówce czułem się nie do życia, tak zalewając się drugą potrafiłem pozornie w miarę sprawnie funkcjonować. Piątek skończył się bardzo szybko przez popołudniową drzemkę i kolejne zalanie pały, z czego sporej częśći detali oczywiście nie pamiętam. Nadchodzi sobota. Kac j⁎⁎ie. 7 rano i wyprawa do pobliskiego marketu po połówke. Z soboty szczerze mówiąc to już mało co pamiętam. Pamiętam za to co odjebałem wieczorem. W sumie pamiętam to może złe określenie bo pamiętam jedynie jak zacząłem wieczór a całą dalszą linię czasu odwzorowałem na podstawie opowiadań matki i mojego śledztwa, którego Sherlok Holmes by się nie powstydził. Nota bene sam się następnego dnia zastanawiałem jak do tego doszło. Odpowieź jest chyba bardziej niż oczywista... Alko. Otóż wieczorem jeszcze na⁎⁎⁎⁎ny siedziałem sobie jak zwykle przed kompem. To ulepiłem sobie zestaw tabsów, które dostałem na receptę. Antydepres w podstawowej dawce + 3 tabsy nasenu żeby przespać noc do samego rana. Po jednym spałem wtedy ok 3h więc wpadłem na za⁎⁎⁎⁎sty pomysł, żeby wrzucić 3. Była to godzina ok 21-22. Sam pomysł nie wydawał się ani dziwny ani jakoś przesadny gdyby nie jeden ku⁎⁎⁎⁎ko istotny szczegół. Ok. 24 przyjebałem sobie drugą taką samą dawkę bo przez alkohol zapomniałem, że wziąłem pierwszą. K⁎⁎wa - czaicie to ? Pół godziny później tak mnie wyjebało z kapci, że resztę znam tylko z opowiadań matki. Obijałem się po ścianach, nie czaiłem kompletnie nic co się dookoła mnie działo. Rodzicielka jakimś cudem wjebała mnie spowrotem do wyra i tak już zasnąłem.
Nadchodzi niedziela. Od tego momentu pozornie nic się nie dzieje. Niedziela to wiadomo - sklepy pozamykane więc całkiem spoko. Z drugiej jednak strony to nawet gdyby były otwarte to i tak raczej nie miałbym ochoty w takim stanie wystawić chociażby c⁎⁎ja za drzwi. Trzeźwiejemy. Cała niedziela przekacowana. Na wieczór wjeżdża pomniejszony zestaw McTabsów, którego trzymam się do dzisiaj. Podstawowa dawka anty i jeden nasen. Optymalne rozwiązanie z którym mam zamiar pracować do końca marca do momentu aż mój organizm Zacznie na nowo normalnie przesypiać noc beż pobudek i innych niespodzianek. Niedziela była przejebana, a że miałem dużo czasu to sporą jego część poświęciłem na refleksje. Głownie nad tym co wczoraj odjebałem i dlaczego najebałem się w piątek 20-go. Tego dnia uświadomiłem sobie (nie wiem dlaczego dopiero teraz), że wpałem w klasyczną pułapkę nagradzania się alkoholika za małe sukcesy. Postanowiłem to przerwać. Trzeźwienie trwało jeszcze do wtorku/środy. Przez te dni robiłem wszystko żeby nie wychodzić z domu. Nie był to dla mnie jakiś trudny okres pod kątem picia, bo siedząc w domu jakoś psecjalnie nie odczuwałem potrzeby spożywania alkoholu. Nie wiem czego to kwestia. Powstała teoria, że może te antydepresanty na to wpłynęły. Teoria, bo według ulotki pierwszych efektów można się spodziewać po ok 2 tygodniach. Nie wiem do dzisiaj. Nadszedł kolejny dzień - czwartek. Znowu trzeba było wyjść z domu i ogarnąć kilka rzeczy - w tym zakupy w markecie, którego za kasą oczywiście jak w większośći przypadków stoi ściana alkoholi. Poogarniałem co miałem ogarnąc, kończę zakupy i idę do kasy. Jeszcze w drodze do niej pojawiła się myśl na sam widok alkoholu, że "a c⁎⁎j tam" może jednak zacznę od jutra. A że byłem w miarę trzeźwy (nie pite od 21.02.2026) to przypomniałem sobie mechanizm "pułapki nagrody" o którym od niedzieli bardzo intensywnie rozmyślałem. Wykładam zakupy i pomyślałem sobie wtedy, że ja to wszystko już serdecznie pi⁎⁎⁎⁎lę. I wszystkich. Bo jak to będę c⁎⁎j wie ile odkładał, to się przecież nigdy nie skończy. Niewiele więcej myśląc zapłaciłem za zakupy i ruszyłem na kwadrat. Kolejne dni w dalszym ciągu starałem się nie wychodzić z domu, żeby nie narażać się na pokusę.
PIERDOLONY CUD NAD WISŁĄ:
Uznajmy niedzielę 22.03.2006 za początek mojego trzeźwienia. Z tą datą wiąże się również ciekawy fakt, na którym sam się złapałem bo alkoholicy przecież liczą swoje dni przeżyte w trzeźwości. Ja sie na tym nie skupiałem. Dla mnie w tym momencie sukcesem nie było już wytrzymanie kolejnego dnia bez sięgania po alkohol, tylko sam fakt podjęcia takiej decyzji. Do dzisiaj tych dni nie liczę, a nawet gdyby kiedyś mi do tego przyszło to będzie łatwo, bo to dwa dni przed moimi imieninami. Początek tygodnia tak jak pisałem mijłał mi na trzeźwieniu i doprowadzeniu mojego organizmu do jak najwyższej formy. Na początek zadbałem równolegle o dietę i sen. Kiedy koło środy pojawił się apetyt i przesypiałem już po 3-4 godziny z jedną pobudką w trakcie. Od samego rana byłem juz głodny więc doszedłem do wniosku, że czas najwyższy to sobie jakoś dokładniej zaplanować. Nigdy nie lubiłem jeść śniadań, więc wymyśliłem sobie, że będą lekkie. Śniadanie do dziś się składa z 3 dużych bananów, herbaty oraz od początku kolejnego tygodnia aż po dziś - kawy. Rewelacyjne rozwiązanie, rano wpadają węgle, magnez potas no i kawa nie wchodzi na pusty żołądek. Na obiad coś treściwszego, często dojebane tosty z podwójnym serem, podwójnym salami i tłustym plastrem pomidora w środku. Kolacja lajtowa - jakieś lekkie kanapki i owoce, które zalewam później kefirem, albo znowu bananami zmiksowanymi z mlekiem. Do tego pełna suplementacja witamin i minerałów dzień w dzień.
Kondycja psychiczna też się znacząco poprawiła. O dziwo do dziś nie wiem co takiego ani kiedy się stało, że przestałem się o wszystko martwić. Może to te antydepresanty, które według producenta nie powinny jeszcze działać. Może świadomość tego, że mam zaplecze finansowe, które pozwala mi się opierdalać przez najbliższe pół roku (na co nie mam zamiaru sobie pozwolic). Oczywiście w dalszym ciągu ogarniałem w jak przejebanej sytuacji się aktualnie znajduję i że trzeba się skupiać na najbliższej przyszłosci. Ale pomimo tego ogarnęła mnie pierdolona nirvana. Wewnętrzny spokój. Dnie mijały w miarę podobnie do siebie. Większość czasu spędzałem na mysleniu o swoim życiu, siedzeniu przed kompem, w międzyczasie zostałem ekspertem od woiny w Iranie #pdk. Zacząłem wychodzić z domu na zakupy bez ciśnienia że będą miał spięcie przed kasą i że będę się zastanawiał czy może by chociaż tej 200ml nie kupić. Mam już na to tak wyjebane, że nawet się nad tym nie zastanawiam. Stoję tylko przy tej kasie czekając na swoją kolejkę, omiatając wzrokiem półki z alkoholem, myślami będąc zupełnie gdzie indziej. "Czy to już koniec ?" Z pewnością nie i ja doskonale o tym wiem. W sklepie byłem juz kilka razy. Nie wiem co się stało ani jak do tego doprowadziłem, że stojąc przy kasie nie myślę o piciu. Przecież ja nic takiego nie zrobiłem, żeby stał się jakiś przełom. Nie stawiałem sobie jakichś warunków, twardych zasad, że choćby mnie nie wiem jak sręcało - to nie i c⁎⁎j. To przyszło samo z siebie w dodatku tak lekko, że zaczynam się poważnie bać czy nie mają na to wpływu antydepresanty. A jeżeli tak, to co będzie jak je odstawię z końcem marca tak jak pierwotnie założyłem ? J⁎⁎ać to, nie ma co się zastanawiać co będzie za miesiąc skoro nie wiem czy mnie jutro ciężarówka na pasach nie pierdolnie. Jedziemy dalej trzymając się planu. Tydzień skończył się nad wyraz spokojnie. Sen mi się wydłużasz z każdym kolejnym dniem. Rozpoczął sie kolejny tydzień. Stan w jakim obudziłem się w poniedziałek utrzymuje się po dziś dzień (07.03.2026). Śpię coraz dłużej, jem zdrowo i regularnie, do tego dochodzi suplementacja. Nie ciągnie mnie do alkoholu. W sumie powiedzieć, że mnie nie ciągnie to jak nic nie powiedzieć. Ja zwyczajnie przestałem o nim na codzień myśleć. Budzę się rano pomiędzy 4 a 6. Jak o 4 to oglądam sobie jakieś filmy na netflixie do 6. O 6 albo już jestem ubrany i idę na zakupy bo market otwierają. Zakupy standarowe to : coś do picia - jakaś woda lub sok, bułki dla rodzicielki, gouda, salami, pomidorki i chleb na tosty, banany... W c⁎⁎j bananów, tylko tak żeby się nie zepsuły. Następnie wracam na chawir, jem 3 banany, zalewam je kawą, internet, potem obiad, po obiedzie (od tego tygodnia) krótka drzemka, kawa, internet, kolacja internet, ok 23-24 piguły i do wyra. Rodzicielka jakoś wypracowała w sobie chyba nawet nieświadomie taki mechanizm, że mnie pyta jak mi się w nocy spało. To jej opowiadam ze szczegółami - bo to już taki rytuał się zrobił xD - o której wziąłem tabsy, o której się położyłem, ile spałem i ile razy się w trakcie nocy budziłem. W czwartkowy poranek złapałem się na tym, że w nocy spało mi się całkiem spoko bo już ok 6h z jedną pobudką, patrzę na biurko, a tam piguły leżą z wczoraj. Zasnąłem nie biorąc ich na noc o.O Po raz kolejny - pierdolona nirvana. Przejabane jak tylko się da, a w głowie spokuj i tylko snuję plany na najbliższe dni nadając im priorytety i jak najszybszy termin wykonania. Dojebali mi karę z urzędu 10k. Normalnie bym chodził wkurwiony przez pół dnia a ostatecznie i tak poszedł bym po butelkę. A to nic. Nirvana. Przyjąłem do siebie na zimno i kompletnie bez żadnych emocji. Rozkminiłem co da się z tym potencjalnie zrobić i o... Lecimy dalej.
Wracając jeszcze raz do 20.02.2026 (piątek) miałem tego dnia wizytę u terapeutki. Dostałem od niej fajną książkę. "To już moje ostatnie życie". Jest to biografia Michała Koterskiego w formie wywiadu z nim. Nie wniosła zbyt wiele do mojego procesu trzeźwienia bo przeczytałem ją dopiero w ostatni czwartek, ale wyciągnałem z niej wiele ciekawych rzeczy i spostrzeżeń. Szczególnie w głowie zapadł mi jeden cytat, który jak nie wiem co, pasuje do mnie, moich doświadczeń i przeżyć związanych z alkoholem i prokrastynacją w wyniku jego spożywania, który zażyczę sobie jako epitafium na swoim grobie. Cyt. "Zaniedbasz jedną rzecz, a cała reszta posypie się jak domek z kart". No k⁎⁎wa jakie to jest prawdziwe. Wczoraj byłem u niej na kolejnej wizycie i tak w trakcie rozmowy wyszło, że chyba wątpiła, że w ogóle otworzę tą książkę i że wziąłem ją tylko z grzeczności xD Muszę przyznać, że trochę rozbawiła mnie jej reakcja na to że przeczytałem całą w jeden dzień. Była pozytywnie zaskoczona i zdecydowanie się tego nie spodziewała.
PODSUMOWANIE:
Zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany. Swoją kondycję zarówno fizyczną jak i psychiczną uważam obecnie za doskonałą. Szczerze to chyba mimo tej całej przejebanej sytuacji, w której się aktualnie znajduję i odbiciu od dna - przez 40 lat nigdy nie czułem się lepiej niż dzisiaj. A to dopiero początek. Parafrazując klasyka - życie w trzeźwości to nie jest cel, to droga. Zapewne długa droga, ale póki co o tym nie myślę. Tak oto z dnia na dzień wiążę koniec z końcem rzeczy, które spierdoliłem a które da się jeszcze naprawić nie przedłużając żadnej z nich nawet o chwilę. Nie mam czasu żeby sobie pozwolić na taką zwłokę. Każdy kolejny kroczek coraz bardziej mnie motywuje do naprawy następnych. Zacząłem czerpać satysfakcję z najdrobniejszych rzeczy. Na plus warto byłoby dodać, że za oknem zaczyna się wiosna. Robi się coraz cieplej, jest coraz więcej słońca. To również pomaga przy utrzymaniu dobrego samopoczucia.Co do planu na najbliższy okres (a w zasadzie miesiąc) mam zamiar wcinać tabsy. Z końcem miesiąca powinienem już normalnie przesypiać noce. Sam jestem ciekaw jak mój organizm na to zareaguuje. I chyba trochę się boję. No ale zobaczymy co pokaże początek kwietnia. BTW. Zapomniałem wspomnieć, że razem z moim organizmem powoli regeneruje się system immunologiczny, który po tylu latach chlania wygląda jak poszatkowana szmata na strachu na wróble. Wieczny katar i rzadkie gile z nosa już ustępują. Tak samo jak wiecznie ściekająca flegma z zatok, którą co chwilę musiałem odkasływać. Umysł stał się czysty. Zaczął pracować tak jak powinien, czyli jak u osoby, która nie korzysta z efektów alkoholu. Kilka dni temu uświadomiłem sobie jeszcze jedną ciekawą rzecz. Mianowicie - pomyslałem sobie co bym robił i jakbym się czuł po wypiciu jednego kieliszka wódki. Co by się działo w mojej głowie, jaki powstałby w niej zamęt, co zrobiłbym później i ile rzeczy bym przez to zaniedbał. To mnie w żołądku trochę skręciło jak do rzygania, ale momentalnie przeszło. Wydaje mi się, że mam to już za sobą. Chicałbym bym mieć to już za sobą. I dołożę wszelkich starań żeby tak było. I ostatnia rzecz, którą chiałem się z wami podzielić, to to, że chyba zrezygnuję z terapii w ośrodku. Może komuś bardziej pomoże ten pobyt niż mi. Powiedziałem o tym swoim rodzicom. Matka - no stwierdziła, że to chyba nie najlepszy pomysł. Nie wierzy we mnie. Ojciec - spodziewałem się czegoś w stylu - "no chyba cię k⁎⁎wa popierdoliło", ale nie. Też stwierdził, że to nie najlepszy pomysł, później usłyszałem wykład o jego znajomych, którzy po czasie wrócili do picia. O tych, którzy przestali celowo nie wspomniał gagatek, choć wiem, że i tacy byli ;] Też we mnie nie wierzy. Powiedziałem o tym rózwnież mojej terapeutce, że z końcem marca podejmę konkretną decyzję. Po tej ostatniej wizycie, podczas której dla odmiany to ja się nie mogłem zamknąć ani na chwilę. W sumie to nie wiem co sobie pomyślała. Zakładam, że to samo, mimo wszystko jednak subtelnie sugerowała, żeby z decyzją wstrzymać się prawie do samego końca. Powiem tak - no ja im się wszystkim szczerze mówiąc nie dziwię że we mnie nie wierzą. Jakbym sam usłyszał od siebie coś podobnego też bym stwierdził że mnie srogo popierdoliło. Ale to nic. Ja w siebie wierzę. I wydaje mi się, że to wystarczy. Bo nikt
mnie do niczego nie zmusza, nikt mi nic nie karze, nic nikomu nie obiecuję. Ja chcę. Sam z siebie chcę.
EPILOG:
Po głębokiej refleksji na temat moich ostatnich 15 lat życia doszedłem do wniosku, że wpadłem w klasyczne błędne koło. Chciałbym, żebyście zwrócili na nie uwagę, przeanalizowali, odnieśli do siebie i wyciągnęli jakieś merytoryczne wnioski. Schemat jest bardzo prosty - NIEPOWODZENIE -> STRES -> ZALEWANIE EMOCJI -> STRES -> NIEPOWODZENIE -> STRES -> ZALEWANIE EMOCJI -> NIEPOWODZENIE -> STRES -> PO KTÓRYMŚ RAZIE TO JUŻ SIĘ ZAMIENIA W DEPRESJĘ -> ZALEWANIE EMOCJI... i tak do zajebania. Jeżeli ktoś z was ma podobne problemy to zalecam na prawdę bardzo, ale to bardzo głęboko przemyśleć to na trzeźwo i zastanowić się co możecie zrobić ze swoim życie i z samym sobą, żeby chociaż spróbować przerwać ten szalony cykl spierdolenia, który prowadzi tylko i wyłącznie do autodestrukcji, a często nawet na cmentarz. Nie narzucajcie sobie zbyt wiele na raz. Przede wszystkim musicie sami tego chcieć. Napiszę o tym jeszcze raz. Do dzisiaj nie mam zielonego pojęcia co takiego odjebało się w moim życiu, że w końcu trafiłem na właściwe tory. Z każdym dniem cieszę się jeszcze bardziej co utrzymuje mnie w postanowieniu, żeby za żadną cenę tego nie zmieniać. Jeżeli jednak okazałoby się, że to kwestia tych antydepresantów na receptę to powiem tylko tak - powinni je dawać dzieciom na śniadanie od momentu skończenia przedszkola.
Z fartem drodzy i wytrwali czytelnicy!!!
Z całego serca życzę wam wszystkim - uzależnionym jak i współuzależnionym - jak najwięcej sukcesów na tej płaszczyźnie. Nawet tych najmniejszych. Bo zaczynając od najmniejszych można na ich fundamentach zbudować coś na prawdę wielkiego.
MB