1921 - W Warszawie, w prywatnym mieszkaniu przy ulicy Chmielnej odbył się pierwszy kurs odbioru i nadawania alfabetem Morse'a . Zorganizowali go harcerze, druhowie Konrad Potocki i Witold Rychter. Następnego roku zorganizowano tak kurs w czerwcu w Kazuniu niedaleko Modlina . W 1921 roku, w październiku - Chorągiew Warszawska przeprowadziła szkolenie instruktorów nauki telegrafii – kilkudziesięcioosobowej grupy. W grudniu 1923 r. absolwenci tych kursów założyli Radioklub Harcerski. Kierowali nim druh Konrad Piotrkowski i kol. Władysław Arnold Trembiński - TPAD. To właśnie absolwenci tych kursów, już jako członkowie klubu prowadzili w dniu 24 lipca 1924 roku udaną transmisję z występu chóru "Harfa”, który pod dyrekcją prof. Lachmana koncertował na terenie Politechniki. Impreza ta była jednym z punktów Wystawy Radiowego Sprzętu w Warszawie zorganizowanej przez Harcerski Radioklub Warszawy. Niestety - ale działania tego Radioklubu nie podobały się wcale Dyrekcji Generalnej Poczt i Telegrafów , która uważając je za nazbyt śmiałe według obowiązujących wtedy przepisów - trybem natychmiastowym wydała zakaz działalności Harcerskiego Radioklubu. Był to dla tego klubu bardzo bolesny zakaz. Ponieważ po początkowym okresie działalnośći na tak zwanych "iskrówkach" - zaiwestowali oni duże pieniądze w budowę sprzętu, który określany był wtedy mianem "skomplikowanego"- duży klubowy nadajnik lampowy .
@radek-piotr-krasny i miliony tych pieprzonych kabli, bo każdy producent miał swoje, często jeszcze kilka. Akurat za tym konkretnym aspektem to nie tęsknię bardzo, zrobienie z usb-c branżowego standardu to było zbawienie dla elektroniki
@NiebieskiSzpadelNihilizmu nie wspominając o tym, że niektóre marki miały coraz to fikuśniejsze wtyczki, które bez przerwy się uszkadzały i trzeba było albo telefon pod kątem ułożyć, żeby się ładował. Ewentualnie uginać kabel przy wtyczce, z tego samego powodu. Ogólnie jakość tych gowien była straszna. Nieważne Sony/Samsung/czy co innego.
@radek-piotr-krasny ja miałem na osiedlu gościa, który nie dość, że wgrywał softy do różnych Nokii, to jeszcze ogarniał "tuning". Instalował jakieś kilku kolorowe ekrany, podmieniał diody od klawiatury, na kolorowe itd.... do gościa były normalnie kolejki...
Jak były już kolorowe wyświetlacze i zobaczyłem że taki cudowny kabel kosztuje ledwie 20 parę złotych to poczułem jakbym miał klucz który otwiera nieograniczone możliwości. Wgrywałem gry, tapety, motywy jak pojebion, nawet tworzyłem własne motywy. Z dzisiejszej perspektywy bezsensownie przekombinowane sposoby wgrywania rzeczy, no ale trzeba było przejść tę drogę, by mieć to co dzisiaj. Później miałem Nokię 6303i i tam nie dość że można było wrzucić kartę microSD (kupiłem 4gb, ilość wystarczająca na wieczność), to jeszcze można było odpalać gry (jar) bezpośrednio z karty, bez instalowania ich w wewnętrznej pamięci jak to miało większość modeli. I to był chyba peak możliwości tej generacji, dalej był już tylko Symbian, a potem Android
Btw uważam 6303i za telefon niemal idealny, gdyby miał jeszcze wifi, to byłoby 10/10. Ten telefon miał nawet mapy, które można było pobierać z internetu! Nie nawigację, tylko mapę samochodową xd
Po latach zabawy w kotka i myszkę uBlock Origin przestaje filtrować reklamy na Facebooku, a twórcy mówią na Reddicie, że Facebook stale śledzi filtry open source i je 'obchodzi'. Do technik Facebooka należą dzielenie na pojedyncze litery opakowane w kod, losowanie kolejności i wstawianie fałszywych znaków, by psuć dopasowywanie wzorców od około pięciu lat, co dokłada się do trudnego okresu uBlock Origin po tym, jak MV2 do MV3 uśmierciło go w Chrome, a Edge zaczęło go wycofywać. Dla ublock origin pozostają już tylko Brave i Firefox
W sumie jestem pod wrażeniem, że dopiero teraz jakaś duża firma na to wpadła. No i imo uBlock nie powinien ogłaszać tego tak oficjalnie bo teraz zachęci tylko innych do pójścia śladem FB.
pakując koteł na przeprowadzke zapomniałem zabrać żwirku.
no i temat cięzki przy niedzieli. w 3 żabkach żwirku nie było. i w tej trzeciej żabie pani powiedziała "jedź pan do bricomarche" - i sie kurna dowiedziałem że oni w każdą niedziele otwarci. nie wiem o co cmon ale żwir kupiłem
Właśnie wygasł ostatni patent obejmujący MPEG-4 Visual, znany też jako MPEG-4 Part 2.
Był zarejestrowany w Brazylii i wygasł 19 lipca 2026 roku, co oznacza, że cały standard MPEG-4 Visual jest teraz wolny od ograniczeń patentowych na całym świecie.
Dotyczy to także popularnych formatów i kodeków, takich jak DivX i Xvid, które są teraz całkowicie wolne od patentów.
MPEG-4 Visual istnieje od dekad i odegrał ogromną rolę we wczesnych latach cyfrowego wideo.
H.264/MPEG-4 AVC to inny standard i nadal obowiązują go patenty, których wygaśnięcia oczekuje się do 2030 roku.
Nie wiem czy chodzi o mojego operatora (Play) czy o mój telefon. Ale baaaardzo często siedzę z telefonem w ręku i dostaje SMS że właśnie ktoś próbował się do mnie dodzwonić... Mam tak kilka razy w tygodniu
#jumanezfb bo w sumie nie każdy ma a materiał zacny i nigdy ever o tym nie słyszałem
FB: strefamilczenia
Katastrofa w Luboniu (1972): noc, w której pył ziemniaczany rozerwał fabrykę
Zima 1972 roku w podpoznańskim Luboniu pachniała krochmalem i przemysłowym pyłem. Wielkopolskie Przedsiębiorstwo Przemysłu Ziemniaczanego, powstałe w 1970 roku z zakładów, których niemieccy przemysłowcy zaczęli budowę jeszcze w listopadzie 1904 roku, dyktowało rytm życia całego miasta. Wtorkowa noc 22 lutego nie zapowiadała tragedii, choć w powietrzu dosłownie wisiało niewidzialne zagrożenie.
Krótko przed północą, o godzinie 23:07, z czterokondygnacyjnego gmachu dekstryniarni buchnął gęsty obłok pyłu, a ułamek sekundy później potężny błysk rozdarł ciemność. Gigantyczna fala uderzeniowa wybiła szyby w całej okolicy i zmiotła budynek piętro po piętrze. Masywny gmach o kubaturze 10 500 metrów sześciennych przestał istnieć, zamieniając się w deszcz płonącego gruzu, miażdżonej stali i zniszczonych maszyn. Siła eksplozji rozrzuciła odłamki na kilkadziesiąt metrów, a fragment rozerwanego wagonu kolejowego z bocznicy przeleciał około stu metrów i wbił się w budynek po drugiej stronie torów. Pod tonami betonu znalazła się cała nocna zmiana. Dla 17 osób była to ostatnia noc w życiu, a 10 kolejnych zostało ciężko rannych.
Zakład specjalizował się w wytwarzaniu dekstryny, organicznego związku z grupy złożonych węglowodanów, pożądanego w przemyśle włókienniczym i papierniczym, w produkcji klejów oraz w farmacji, gdzie służy między innymi do wyrobu otoczek tabletek. Otrzymywano ją przez zakwaszanie skrobi ziemniaczanej i jej wielogodzinne wygrzewanie bądź prażenie w temperaturze sięgającej 180°C. Powstający przy tym drobny proszek miał jednak mroczną właściwość, bo był wysoce wybuchowy. Pył dekstrynowy zawieszony w zamkniętej przestrzeni zachowuje się niczym opary benzyny. Ogromna powierzchnia kontaktu drobin z tlenem sprawia, że do zapłonu wystarczy minimalne źródło energii, jedna iskra albo wyładowanie elektrostatyczne.
Fala uderzeniowa z pierwszego, lokalnego wybuchu strząsa wówczas ze ścian i urządzeń zalegające tam tony pyłu, tworząc nową, gigantyczną chmurę, która natychmiast ulega wtórnemu, niszczycielskiemu wybuchowi. Właśnie ten mechanizm, seria następujących po sobie eksplozji rozpoczęta na najniższej kondygnacji, sprawił, że potężny gmach rozpadł się jak domek z kart.
Katastrofa nie była nieszczęśliwym zrządzeniem losu, lecz efektem systemowych błędów, w których plan gospodarczy wygrywał ze zdrowym rozsądkiem. Początek lat siedemdziesiątych to czas gierkowskiego przyspieszenia. Zaledwie trzy miesiące przed tragedią, w grudniu 1971 roku, odbył się VI Zjazd PZPR, a w styczniu 1972 roku, na apel centrali, załoga w Luboniu zobowiązała się do dodatkowej, ponadplanowej produkcji o wartości 7,6 miliona złotych. Presja była ogromna, zwłaszcza że za niewykonanie planu pracownikom odebrano premię. Praca odbywała się na skrajnie wyeksploatowanym sprzęcie, którego część pamiętała początek wieku, oraz na nowych, niesprawdzonych i awaryjnych maszynach, działających w trybie próbnym i wymuszających częste przestoje. Na domiar złego, aby sprostać zamówieniom, zakład zaczął sprowadzać mączkę z Holandii. Surowiec ten był znacznie drobniej zmielony niż krajowy, co doprowadziło do drastycznego wzrostu zapylenia. W samej hali widoczność spadała poniżej dwóch metrów, a pył osiadał grubą warstwą na konstrukcji i na drzewach wokół zakładu.
Potwierdzali to nawet inspektorzy przeprowadzający kontrole, oceniając warunki pracy jako bardzo trudne i wytykając kierownictwu brak właściwej wentylacji.
Sygnały ostrzegawcze ignorowano z systematyczną konsekwencją. Powołana po katastrofie komisja wyliczyła całą litanię zaniedbań: utrzymujące się od lat nadmierne zapylenie i stężenie palnych gazów, brak zabezpieczeń urządzeń przed iskrzeniem mechanicznym i wyładowaniami elektrostatycznymi, przekraczanie bezpiecznych norm produkcji oraz wadliwy system wyciągowo-wentylacyjny. Kilka lat przed tragedią usunięto znaczną część instalacji odpylającej, nie zastępując jej skutecznym systemem, który w fabryce tego typu jest absolutną koniecznością. Pracownicy sami wyłączali urządzenia sygnalizujące przekroczenie bezpiecznych parametrów, bo uruchamiały się zbyt często i wymuszały przestoje. Z relacji i odtajnionych dokumentów wynika, że załoga miała pełną świadomość zagrożenia. Już 8 lutego pracownica Wanda Grochowina podnosiła na zebraniu związkowym kwestię nadmiernego zapylenia i niebezpieczeństwa dla zdrowia. Padały też dramatyczne ostrzeżenia, że przy takim tempie cały wydział może wylecieć w powietrze. Jeszcze 21 lutego, dzień przed wybuchem, kierownik dekstryniarni bezskutecznie podnosił na radzie robotniczej sprawę przeciążenia urządzeń, w tym prototypowej suszarki.
Produkcja ruszyła jednak dalej.
Trzecia zmiana rozpoczęła się o godzinie 22:00. Według grafiku miało pracować około trzydziestu osób, lecz dwie się nie stawiły. Na terenie zakładu znajdowali się ponadto portier, dozorczyni oraz czterej ludzie skierowani do rozładunku wagonów z mączką, które właśnie wtoczyły się na bocznicę. To, co bezpośrednio zainicjowało wybuch, nigdy nie zostało ostatecznie potwierdzone, a śledczy wskazywali jedynie najbardziej prawdopodobny scenariusz: do maszyny produkcyjnej miał dostać się rozgrzany metalowy przedmiot, którego tarcie o szybko obracające się części wywołało iskrę i zapłon pyłu na najniższej kondygnacji. Pierwsza eksplozja wstrząsnęła gmachem, zrzucając z belek i ścian zalegające tygodniami tony dekstryny, co zapoczątkowało reakcję łańcuchową. Fala uderzeniowa rozebrała budynek piętro po piętrze.
Wśród obracających się w pył murów rozgrywały się jednostkowe dramaty, przerażające w swojej losowości. Roman Ostafin, czterdziestoletni wagowy z działu transportu, pracował tej nocy przy rozładunku mąki i zginął, podczas gdy jego żona Kazimiera, zatrudniona w tym samym zakładzie, wyszła z katastrofy żywa i dopiero w szpitalu dowiedziała się o śmierci męża. Śmierć nie wybierała. Pochłonęła 8 kobiet i 9 mężczyzn w wieku od 24 do 64 lat. Większość zginęła na miejscu, a część ciężko rannych zmarła w kolejnych dniach w szpitalach, między innymi Gertruda Kotecka 26 lutego i Janina Kulza 27 lutego. Wśród ofiar było pracujące na tej samej zmianie małżeństwo, Cecylia i Jan Brękowie, a najmłodszym poległym był dwudziestoczteroletni Wojciech Markiewicz.
Ofiary katastrofy, upamiętnione na lubońskiej tablicy:
- Cecylia Brek, 58 lat, i Jan Brek, 62 lata, małżeństwo z tej samej zmiany
- Stanisław Dzidek, 58 lat
- Marek Gabler, 64 lata
- Leonarda Grobelna, 43 lata
- Wanda Grochowina, 46 lat, która dwa tygodnie wcześniej ostrzegała przed zapyleniem
- Eugeniusz Hetman, 42 lata, dyżurny ślusarz
- Gertruda Kotecka, 40 lat, zmarła w szpitalu 26 lutego
- Jan Krzewiński, 36 lat, pracownik rozładunku mąki
- Zofia Kubiak, 59 lat
- Henryk Kujawa, 47 lat
- Janina Kulza, 39 lat, zmarła w szpitalu 27 lutego
- Wojciech Markiewicz, 24 lata, najmłodszy na zmianie
- Jadwiga Mendelska, 26 lat
- Stanisława Michałowska, 58 lat
- Roman Ostafin, 40 lat, wagowy przy rozładunku
- Tadeusz Sikora, 36 lat, mistrz zmianowy
Akcja ratownicza była heroiczną próbą wyrwania ocalałych z płonącego rumowiska. Pierwsi ruszyli pracownicy innych oddziałów i zakładowa straż pożarna, a po nich strażacy z lubońskiej ochotniczej straży, ratownicy z Poznania i całego województwa, pogotowie, milicja, ZOMO i wojsko. Łącznie przybyły 24 zastępy straży. Skala zniszczeń wymagała użycia 22 wywrotek, 12 koparek, 4 ładowarek, spychacza, 6 podnośników taśmowych oraz wojskowego wozu zabezpieczenia technicznego, a teren oświetlano reflektormi wojskowymi.
Ogień opanowano nad ranem, ale sama akcja ratunkowa trwała blisko 79 godzin. Usunięto przy tym około 2100 metrów sześciennych gruzu i blisko tysiąc ton urządzeń. Zakończyła się w sobotę rano 26 lutego, gdy wydobyto ciało ostatniego pracownika, Wojciecha Markiewicza. Tego samego dnia w zakładowym Klubie Fabrycznym, mieszczącym się w dawnym kinie „Wrzos”, odbyło się żałobne pożegnanie ofiar, a fabryczne syreny towarzyszyły świeckiej ceremonii. Trumny rozwieziono następnie na cmentarze według miejsca zamieszkania rodzin, między innymi do Żabikowa, gdzie spoczęli Stanisław Dzidek, Marek Gabler, Leonarda Grobelna, Gertruda Kotecka, Henryk Kujawa i Roman Ostafin, oraz do Wirów, gdzie pochowano Brękowie, Jana Krzewińskiego, Janinę Kulzę i Stanisławę Michałowską.
Społeczeństwo odpowiedziało solidarnie, mieszkańcy oddawali krew, a do ratowników dowożono ciepłe posiłki.
Podczas gdy ratownicy wciąż szukali rannych, aparat państwowy rozpoczął chłodną operację tuszowania systemowych zaniedbań. Służba Bezpieczeństwa założyła sprawę operacyjnego rozpracowania o kryptonimie „Luboń”, której celem było ustalenie przyczyn wybuchu, ale też sprawdzenie, czy nie chodziło o sabotaż lub zamach na socjalistyczny ustrój. SB pilnie monitorowała nastroje załogi, komentarze pracowników oraz opinie mieszkańców Lubonia i Poznania, gromadząc donosy, listy i raporty tajnych współpracowników. Prasa, dopuszczona do relacjonowania akcji w ograniczonym zakresie, milczała na temat rzeczywistych przyczyn. Władza obawiała się robotniczych niepokojów, zwłaszcza że nieobecność Edwarda Gierka na miejscu katastrofy budziła ciche niezadowolenie i prowokowała szepty, że gdyby rzecz działa się w górnictwie na Śląsku, reakcja centrali byłaby zupełnie inna.
Machina sprawiedliwości ruszyła, opierając się na zeznaniach 77 świadków i pracy biegłych, którzy potwierdzili rażące, wielomiesięczne uchybienia. 20 lipca 1973 roku Sąd Wojewódzki w Poznaniu skazał za nieumyślne spowodowanie śmierci czteroosobowe kierownictwo zakładu: dyrektora naczelnego Tadeusza Bęcia na 3 lata, dyrektora do spraw technicznych Zdzisława Ostaszewskiego na 2 lata, kierownika Zakładu Luboń I Stanisława Woźniaka na 2 lata oraz wicedyrektora do spraw technicznych Konrada Byszewskiego na rok i sześć miesięcy więzienia. Skazani stracili też swoje stanowiska. Straty materialne oszacowano na 28 milionów ówczesnych złotych. Nowy, nowoczesny oddział dekstryny wzniesiono w ciągu 18 miesięcy, bardziej na wschód i bliżej Warty, oddając go do użytku pod koniec października 1973 roku, a bliźniaczy zakład wybudowano w filii przedsiębiorstwa w miejscowości Staw pod Strzałkowem. Zrujnowane piwnice starego budynku, wraz z zalegającą w nich dekstryną, po prostu zasypano ziemią. Przerób ziemniaków i praca całego zakładu w Luboniu zakończyły się definitywnie w 2004 roku, dokładnie w stulecie istnienia fabryki, a tereny sprzedano prywatnym właścicielom i spółkom. Pomnik ofiar, stylizowany znicz odsłonięty w pierwszą rocznicę tragedii 22 lutego 1973 roku, po latach niedostępności przeniesiono w grudniu 2022 roku na miejski skwer przy ulicy Armii Poznań.
Zapraszam na nowoutworzoną stronę strefamilczenia.pl, gdzie znajdziecie spis wszystkich tekstów.