Jejku, jakie to jest dobre. Chociaż nie powiem, w komiksie z historią jestem do przodu i porównując niektóre sceny, komiks podoba mi się bardziej.
Na przykład w scenie z uwięzieniem superbohaterów przez Seismica brakowało mi skali - w animacji tych superbohaterów jest garstka, w komiksie kadr jest wręcz nimi wypełniony.
Gdzieś mi się obiło że rekordowe zważone Iveco miało coś ponad 11 ton. Mówcie co chcecie, ale jest to imponujące i bardzo dobrze świadczy o budowie i jakości pojazdu co ma w końcu 3,5DMC.
Uwielbiam ten film, głównie jego pierwszą połowę. Uwielbiam też rozstrzał w wydźwięku pomiędzy filmami drugowojennymi a tymi opowiadającymi o wojnie w Wietnamie.
W takiej „Kompanii Braci” przyszli żołnierze są dręczeni głównie w jednym celu - żeby stać się elitarną jednostką, która na polu walki bez mrugnięcia okiem zrobi wszystko, co do nich należy, a do tego nie popełni błędów. Chociażby scena, w której rekruci dostają spaghetti do zjedzenia, a potem z brzuchami pełnymi tłustego jedzenia muszą biec na szczyt góry Currahee.
W „Full Metal Jacket” jestem pewien, że taki sam cel przyświecał sierżantowi Hartmanowi, który już przy pierwszej okazji poniżał swoich podopiecznych. Rasistowskie, homofobiczne teksty - coś, do czego w męskim towarzystwie jesteśmy niestety przyzwyczajeni.
Najbardziej w pamięć zapadła mi postać Leonarda Lawrence'a, lepiej znanego jako Gomer Pyle. Postać tragiczna - otyły, słaby fizycznie łakomczuch wykradający jedzenie z kantyny i zbierający cięgi przy każdej możliwej okazji, również ze strony swoich zirytowanych „kolegów”. Jak tu się z nim nie utożsamiać?
Hartmanowi udało się zamienić go w bezlitosną maszynę do zabijania. Lawrence pod koniec szkolenia zabił najpierw sierżanta, a potem siebie, tytułowym rodzajem amunicji.
Dla mnie to jawna krytyka sposobu przygotowania rekrutów do wojny, jak zresztą samej nieudanej wojny w Wietnamie, o ile w kontekście wojen można mówić o udaniu się. Wiele ludzkich żyć zostało straconych, a weterani często nie potrafili się odnaleźć w cywilnej rzeczywistości.
Jeszcze jak rozumiem wymagający trening fizyczny, mający przygotować rekrutów na wielogodzinne marsze, dni bez zmrużenia oka czy trudne warunki pogodowe. Tak psychicznego znęcania się nie jestem w stanie zrozumieć. Dlatego cieszę się, że ominęła mnie służba wojskowa (oby nigdy nie przypomnieli sobie o mnie).
Z bardziej znanych ciekawostek: sierżanta Hartmana miał zagrać ktoś inny - Ronald Lee Ermey był konsultantem, ale Kubrick uznał, że były „drill instructor” lepiej sobie poradzi w tej roli. Wystarczy, że zagra samego siebie.
Teksty Hartmana, które według opowieści są w większości, jeśli nie w całości, efektem improwizacji aktora, często są samplowane. Wielokrotnie słyszałem je w różnych utworach muzyki elektronicznej.
Z bardziej znanych ciekawostek: sierżanta Hartmana miał zagrać ktoś inny - Ronald Lee Ermey był konsultantem,
@cyberpunkowy_neuromantyk Pierwotnie Hartmana miał zagrać Tim Colceri, po wysiudaniu go z roli przez Ermey'a na otarcie łez dostał rolę door gunnera w IMO najlepszej scenie filmu. Postać door gunnera jest bazowana na realnej wypowiedzi żołnierza usłyszanej przez Michaela Herra, jednego z współscenarzystów.
Podoba mi się twoja analiza. Zachęciła do obejrzenia bo miałam przed tym filmem opory jak przed każdym który ma tematyke wojenna w roli głównej. Jedyne co na mnie zrobiło wrażenie to film "Bracia" ale on się bardziej skupia na tym powrocie po służbie, choć uważam że to tylko tło, a przesłanie było inne. Co do wojska to ojciec kiedyś opowiedział, że w jego oddziale był koleś który bardzo źle znosił pobyt bo był cały czas gnojony i poniżany. Ale dowodzcy się nas nim "zlitowali" i dali go do malowania plakatów propagandowych gdzie mógł siedzieć sam, a w czym się odnalazł bo miał talent do malowania. Dodał na koniec opowieści że po prostu nie kazdy w takim wojsku powinien się znaleźć, ale wtedy służba była przymusowa.
Jutro pierwszy dzień w nowej #pracbaza . Chyba najtrudniejsze będzie udawanie, że jestem całkowicie normalnym człowiekiem i wcale nie zdziczałem przez ponad trzy lata pracy zdalnej. x)
Dwa lata temu, po ponad 10 latach (trochę zazębionych ze studiami dziennymi) wyłącznie pracy zdalnej po raz pierwszy zacząłem pracować w stacjonarnie. Jest spoko, można gębę otworzyć do kogoś, lubię też codzienną rutynę. W razie nadmiaru bodźców idę sobie na zdalną.
Trafiłem wczoraj na filmik młodej, bo niespełna siedemnastoletniej, dziewczyny o tym, czy młodzi ludzie potrafią grać w stare gry. No i polecam też obejrzeć.
Ciekawie jest spojrzeć na „stare gry” (ciężko mi to przez gardło, ponieważ jestem starszy o kilka miesięcy od omawianego „Fallouta” x)) z perspektywy osoby, która jakby nie patrzeć wychowała się na trochę innych grach, przede wszystkim bardziej zaawansowanych graficznie.
Oraz na grach z utartymi już schematami, chociażby sterowania. Mnie też wspomniany w filmiku „Gothic” nie sprawił problemu ze sterowaniem, z kolei dla osób przyzwyczajonych do chodzenia za pomocą klawiszy WSAD, podnoszenia przedmiotów jednym przyciskiem et cetera mógł stanowić pewne wyzwanie.
Gralem w stare gry kiedyś i gram w stare gry dzis (gry na pc od 2000 roku). I generalnie nie odczuwam i nie odczuwałem problemów ze sterowaniem. Często gry na początku maja jakiś wstęp który pokazuje sterowanie, lub podpowiadają co nacisnąć a od biedy mają w ustawieniach informacje o klawiszach. Może to kwestia gatunku bo nie gram w jakieś rozbudowane RPG tylko w prostsze gry akcji, strzelanki, zręcznościowe.
W filmie poruszony jest temat " jeżeli ktoś nie gra w gry przez grafikę to nie wie czym gry są". Bardzo dobrze powiedziane, lata zajęło mi zrozumienie czym faktycznie są gry i co w grach rzeczywiście cenie, dzięki czemu wróciłem do gamingu. To odrzucenie gier przez grafikę może być bardzo problematyczne w niektórych gatunkach które lata świetności/peak ilości i jakości gier mają za sobą . Z mojej perspektywy to mowa o np pierwszoosobowych strzelankach single player, nadal cośtam powstaje ale kiedyś była na to moda.
Jeśli chodzi o grafikę, to chyba tylko raz miałem tak, że nie byłem w stanie grać. Rozchodzi się o „Gun” z 2005 roku. Gdy przechodziłem pierwszy raz, byłem oczarowany - grało mi się wspaniale, to był wręcz protoplasta „Red Dead Redemption”. Po latach postanowiłem wrócić i cóż, w mojej pamięci była o wiele lepsza. : D
Dlatego fajnie, że powstają remake'i starszych gier, o ile są wierne pierwowzorowi. Na przykład taką „Mafię” ograłem po raz pierwszy parę lat temu i ani trochę nie przeszkadzała mi kiepska jak na dzisiejsze standardy grafika. Jednakże nie ukrywam, że bawiłem się o wiele lepiej właśnie w remake'u, który ograłem w ubiegłym roku.
@cyberpunkowy_neuromantyk mialem to samo z PoP WW, chociaz tam moze nie sama grafika co ustawienie kamery odrzucilo mnie od ponownego ogrania tego cudownego tytulu :D ale jak Ubi zdecyduje sie kiedys na remake/remaster to na pewno kupie
Z góry ostrzegam, że poniżej znajdziecie sporo spoilerów, ale trudno jest mi opowiedzieć o swoich przemyśleniach bez odwoływania się do różnych wydarzeń. To w końcu już piąty zbiorczy tom. :')
Przede wszystkim: Kirkman chyba wziął lekcje od Hitchcocka, ponieważ na początku jest istne trzęsienie ziemi, a potem napięcie tylko rośnie.
Tak jak przeczuwałem, Mark dowiedział się, że Cecil i Globalna Agencja Obrony, dla których pracował, współpracują ze złoczyńcami, których wcześniej pokonał i oddał do uwięzienia. I nie muszę chyba dodawać, że cholernie się wkurzył, prawda? Do tego stopnia, że Cecil zmuszony był do skorzystania z tajnej broni przygotowanej na Invincible'a. Przypomniało mi to trochę szok Supermana z „Supermana i Lois”, gdy odkrył, że amerykańska armia przygotowała cały arsenał broni wykorzystującej kryptonit tak na wszelki wypadek, gdyby Supermanowi nagle odbiło i postanowiłby zaatakować ludzkość. Z bardzo podobnego założenia wyszedł Cecil.
Tym bardziej, że jak się okazało w zeszycie poświęconym historii Cecila, tak samo podszedł do Omni-Mana, więc zdrada ojca Marka wcale nie była tak niespodziewana, jak na początku zostało to przedstawione. Ale wtedy też nie mieliśmy całego obrazu sytuacji.
Jestem prawie pewien, że zmienił się styl graficzny komiksu. Niestety, nie mam już przy sobie czwartego tomu, więc nie porównam, ale w sumie zmiana jest na plus. Komiks stał się też bardziej drastyczny - więcej tu krwi, wnętrzności et cetera.
Co mi się zaś nie spodobało, to decyzja o zmianie kostiumu. Rozumiem, że po pięćdziesięciu zeszytach to samo wdzianko głównego bohatera mogło się znudzić autorom, jednakże nowe podoba mi się o wiele mniej niż poprzednie.
Kirkman postanowił też wykorzystać motyw podróży w czasie i co nieco zdradził z przyszłości Marka - pytanie tylko, czy rzeczywiście wydarzy się tak, jak to zasugerował, czy jednak postanowi zrobić psikusa i trochę zmieni bieg historii.
Fajna była krytyka ze strony młodszego brata Niezwyciężonego, który jest kosmitą-kosmitą i niedługo w komiksie prześcignie umiejętnościami Marka, mimo że ledwo co pojawił się w tej historii. Wracając do krytyki: Oliver stwierdził, że oszczędzanie łotrów jest nielogiczne i jak najbardziej się z nim zgadzam. Superbohaterowie pokonują superłotrów i wtrącają ich do więzień, a ci po pewnym czasie uciekają i ponownie sieją terror, zabijając ludzi. Pytanie, czy w ogóle czują jakikolwiek respekt przed Strażnikami Globu, którzy może i spuszczą łomot, ale zostawią niemilców przy życiu.
Warto jeszcze wspomnieć o nienachalnym budowaniu podwalin pod rozwinięcie niektórych wątków. Co jakiś czas autor pokazuje czytelnikom, że o niczym nie zapomina, i podrzuca wskazówki, kolejne tropy i tak dalej, że coś tam w mniejszym lub większym ukryciu się szykuje i niedługo mleko może wykipieć.
Jak na razie z tomu na tom historia podoba mi się coraz bardziej i kurczę, nie mogę się już doczekać, aż kolejne będą dostępne do wypożyczenia z biblioteki. x)
Pierwszy miesiąc już prawie za nami, więc przyszedł czas na pierwsze podsumowanie. W tym roku chciałbym robić to regularnie.
Opowiadania 0/2 - na razie odpuszczam, ponieważ mam do napisania pracę licencjacką, którą mocno zaniedbałem przez zawirowania życiowe.
Teksty na bloga0/12 - jestem w trakcie pisania pierwszego w tym roku i idzie całkiem nieźle, chociaż efekty pewnie zobaczycie (mam nadzieję!) dopiero na początku marca.
Gry z zaległości 1/24 - jedna gierka już za mną (która okazała się dość mocnym rozczarowaniem), druga prawie skończona, trzecia jakoś w 1/4, ale zacząłem czwartą („Red Dead Redemption 2”) i wsiąkłem. Pewnie nie uda mi się zrealizować tego celu, skoro wziąłem się za taką kobyłę, a niedługo nie będę miał aż tak dużo wolnego czasu. : D
Przeczytane książki2/24 - mam dwie na koncie + dwa komiksy.
Przeczytanie opowiadania 1/183 - początek roku słaby, ponieważ mam jedno zapisane na liście. Kilka innych przeczytałem, jednakże zbiór nie został przeze mnie jeszcze dokończony, a zapisuję tytuły wyłącznie z przeczytanych zbiorów.
Obejrzane filmy 8/52.
Star Trek - jakoś nie miałem ochoty na oglądanie, więc zobaczyłem może parę odcinków. Jeszcze nie skończyłem drugiego sezonu „Enterprise”, ale jestem już blisko. :')
Praca licencjacka - gorzej, niż planowałem. Dużo pomogły mi konsultacje z prowadzącą, która na szczęście jest bardzo wyrozumiała wobec mnie, jednakże napotykałem wiele problemów - głównie ze znalezieniem źródeł do poparcia tego, o czym akurat chciałem napisać albo z zebraniem odpowiedniej myśli.
Waga ?/80 kg - niestety, nie mam jak się zważyć. Muszę kupić w końcu jakąś wagę, żeby móc kontrolować spadek (albo co gorsza, wzrost xD). Na plus jest to, że przestałem słodzić herbatę i nie jem już tak dużo słodyczy, co wcześniej.
Średnia kroków 2,9/9k - za to zdecydowanie mniej się ruszam. xD Nie ukrywam, że wcześniej piesek stanowił dla mnie ogromną motywację do spacerów. Lubię chodzić, jednak niekoniecznie podoba mi się samotne spacerowanie. Zobaczę, jak to będzie wyglądało w lutym - wracam do stacjonarnej pracy, więc powinienem też chodzić więcej w ciągu dnia.
Regularne ćwiczenie jogi - na razie to nieregularnie ćwiczę x) Muszę się poprawić w tym aspekcie.
Z różnego rodzaju przemyśleń:
Podoba mi się życie samemu. Bardzo doceniam niezależność i przede wszystkim spokój. I nawet nie brakuje mi byłej dziewczyny - jedynie jej pieska. :')
Moje życie towarzyskie... zaczęło istnieć. : D
Bardzo odpocząłem na trzytygodniowym urlopie, podczas którego głównie się obijałem (a powinienem pisać pracę licencjacką...) i aż nie mogę się doczekać pójścia do nowej pracy, którą zaczynam w poniedziałek. W końcu czeka mnie coś nowego po ponad sześciu latach robienia tego samego. x)
Podsumowując: bardzo fajny miesiąc, mimo że nie wszystko wyszło mi tak, jak sobie to zaplanowałem. : )
Kupiłem na ostatniej wyprzedaży, bo 63 złote to świetna cena. Po nieśpiesznym przegraniu 10 godzin jestem oczarowany, jednakże jest jedna poważna wada tej gry.
Nie ma interaktywnych wychodków.
Myślałem, że będę mógł z samego rana usiąść na kibelku i przeczytać nowe wpisy w dzienniku Arthura, a tu klops, nie da się.
@cyberpunkowy_neuromantyk na PC to pewnie nie problem ale to że ta gra na series x działa w 30fps to zbrodnia , kupiłem 2 lata temu i czeka na patcha :D
W miarę stabilne 60 klatek w 2k. Wiadomo, nie ustawiłem też wszystkiego na ultra, bo moje 3060Ti by tego nie ogarnęło, ale jestem zadowolony z tego, jak ta gra wygląda. ^ ^
Wrzucam jeszcze raz, ponieważ zauważyłem, że nie zmieniłem społeczności.
Wbrew dość powszechnym zachwytom, mnie niestety animacja nie przypadła go gustu.
Estetycznie jest bardzo nierówno - raz można się zachwycić scenerią, innym razem kłuje w oczy, w szczególności modele zwierząt. A są one kluczowe, jakby nie patrzeć.
Nie potrafiłem się wczuć w opowiadaną historię o dzikim kocie, który wraz z innymi zwierzętami ucieka przed powodzią. W pewnym momencie nawet przyłapałem się na tym, że już nie śledzę filmu, tylko rozmyślam nad czymś innym.
Autor starał się w moim mniemaniu zrobić wszystko, żeby Konował dotrwał do końca historii. Chyba w praktycznie każdym tomie główny bohater informował o tym, że jest już zbyt stary na to wszystko - zastanawiałem się wtedy, jak to będzie, że przeżyje kolejne przygody. Tym razem Cook nie postanowił niczego przyspieszyć. Wręcz przeciwnie - zamroził Konowała i kilkanaście jeszcze osób na wiele lat. Dosłownie.
Obowiązek prowadzenia kronik przejęła Ospała. Niedobitki Czarnej Kompanii chowają się w Taglios, szukając sposobu na uratowanie Konowała i pozostałych, przy okazji uprzykrzając życie Duszołapowi, która pod nieobecność wszystkich uprawnionych do tego rządzi państwem. Mój jedyny zarzut? Czarnej Kompanii jak zawsze wszystko się udaje, jak zawsze są o krok przed przeciwnikami, jak zawsze na ich wrogów czeka mnogość przykrych niespodzianek.
„Żołnierze żyją”
Na (nie)szczęście ktoś chyba powiedział o tym autorowi albo sam sobie uświadomił, że wykreowani przez niego bohaterowie także są śmiertelni. Chyba zbyt bardzo zainspirował się Martinem, ponieważ w pewnym momencie poczułem się, jakbym czytał o odpowiedniku Krwawych Godów z „Gry o tron”. Jedno wydarzenie i pyk, wiele postaci zginęło.
Ta nagła wzmożona śmiertelność wśród postaci mocno gryzie się z poprzednimi tomami, w których co prawda zdarzało się, że ktoś ważny zginął, ale były to wyjątki, bardzo emocjonalne zresztą. Moim zdaniem autor w ostatnim trochę przesadził albo inaczej, może nie do końca wiedział, jak ugryźć zakończenia historii tych wszystkich osób, więc postanowił je po prostu uśmiercić. I tak wyszła mu z tego długa powieść (ponad 500 stron), więc może bał się, że rozrośnie mu się jeszcze bardzo?
Natomiast udało mu się wcale ładnie doprowadzić wszystkie rozpoczęte wątki do końca. Z Kiną, własną córką et cetera.
@cyberpunkowy_neuromantyk dla mnie niestety tylko pierwszy omnibus był super, no i ewentualnie pierwszy zeszyt z drugiego, później straszne przynudzanie i przedłużanie.
To prawda - pierwsza trylogia miała zwartą strukturę i cały czas do czegoś prowadziła. Późniejsze teoretycznie też, ale przeznaczenie trzech tomów na opisanie praktycznie tego samego, tylko z różnych, uzupełniających się perspektyw, mogło znudzić.
Odniosłem wrażenie, że autorowi trochę zabrakło pomysłu. Jasne, Konował chciał udać się do Khatovaru, to jest bardzo ciekawy pomysł i świetny cel dla postaci, ale żeby nie było zbyt łatwo, postanowił mu to utrudnić. Co też jest zrozumiałe. Ale że wyszło z tego pięć tomów, to już inna sprawa. : D
Myślę sobie: w końcu pójdę wcześniej spać, jestem zmęczony, to przynajmniej nareszcie się wyśpię, tym bardziej, że muszę wstać na zajęcia na 08:00. Fajnie będzie się obudzić o tej 07:30 bez chęci, że chciałbym jeszcze pospać.
„W sprzedaży pojawiło się właśnie lutowe wydanie "Nowej Fantastyki", w którym każdy ma szansę znaleźć coś dla siebie.
Miłośnicy kina mogą zaznajomić się z nowymi propozycjami z Azji, które pojawiły się na Festiwalu Pięciu Smaków. Osoby zainteresowane technologią mogą poczytać rozważania o kolejnych zimach sztucznej inteligencji. Fani klasycznej polskiej fantastyki na pewno chętnie poczytają o twórczości Marka S. Huberatha, a ci, których interesują zagraniczne nowości, dostaną wywiad z Victorią Schwab. Do tego tradycyjnie felietony, recenzje i powrót Lila i Puta.
W dziale prozy tym razem sześć opowiadań, w tym m.in. nowy tekst Marty Krajewskiej, opowiadanie Momira Iseniego z rzadko odwiedzanej przez nas Serbii oraz nominowany do Nebuli tekst Angeli Liu.
"Nową Fantastykę" możecie kupić w szanujących się kioskach i empikach, a także w księgarni stacjonarnej wydawnictwa Prószyński i S-ka przy ul. Rzymowskiego 28 w Warszawie. Niezmiennie najbardziej korzystną opcją kupna jest roczna prenumerata, którą możecie znaleźć w Gildii - towarzyszy jej nowa promocja z prezentem książkowym.
NF jest też dostępna w Nexto oraz Legimi - w formatach czytnikowych epub i mobi oraz w pdf.
Prenumeratę "Nowej Fantastyki" znajdziecie pod tym adresem internetowym:
Ponownie niezmiernie podoba mi się przyziemność problemów głównego bohatera, któremu, spoiler, z ogromną trudnością przychodzi łączenie życia prywatnego i zawodowego. Trudno uczęszczać na zajęcia na studiach i spotykać się z dziewczyną, kiedy na przykład na dwa miesiące leci się w kosmos.
Nawet nie wiedziałem, że tego mi brakowało w superbohaterskich historiach, za którymi do tej pory nie przepadałem. Spider-Man jakoś „normalnie” pracował, podobnie jak Superman. Batman to w ogóle nie musiał pracować, skoro był nieprzyzwoicie bogaty.
Podoba mi się też to, jak Kirkman prowadzi historię. Często pozornie mało znaczące wydarzenia albo takie, których kontynuacji czytelnik się nie spodziewa, po jakimś czasie dostają dalszą część. Na przykład wydarzenia na Marsie czy zapowiedź inwazji rasy obcych, do której należy między innymi Mark czy jego ojciec.
No i jestem ciekawy, jak główny bohater zareaguje, gdy okaże się, że poniekąd kolejny raz został zdradzony, tym razem przez swojego pracodawcę.
Świetna seria komiksów i jestem w stanie się zgodzić, że prawdopodobnie najlepsza, jaka powstała. Przede wszystkim ma tę przewagę nad Marvelem czy DC, że... nie trzeba się zastanawiać, od którego bohatera zacząć. Albo od której serii, bo tych jest przecież wiele. To jak z MCU - żeby móc w pełni docenić najnowsze filmy czy seriale, trzeba się przedrzeć przez ogrom poprzedzających ich tytułów, żeby wychwycić wszelakie smaczki czy nawiązania. Rozpoczęcie przygody z „Invincible” jest na szczęście o wiele prostsze - wystarczy chwycić za pierwszy tom.
Komiks i serial mają tego samego scenarzystę i uważam, że historia została bardzo ładnie przeniesiona na mały ekran. W serialu wydaje się też mniej poszarpana, no ale Kirkman miał wiele lat na przemyślenie sprawy i dostosowanie fabuły do potrzeb telewizyjnych.
Zmiany są dosyć kosmetyczne i dotyczą mało istotnych szczegółów. Na przykład Amber w komiksie jest seksowną blondynką, a nie czarnoskórą outsiderką jak w serialu, natomiast William jest heteroseksualny i przez pewien czas spotykał się z Eve, zaś Rick był jedynie jego dobrym kumplem, a nie obiektem westchnień.
Kolejny bardzo udany tom, którego cała fabuła została już przeze mnie poznana w postaci ekranizacji. Co tylko dobrze świadczy o animacji, ponieważ historia została wiernie przeniesiona na mały ekran... co z kolei nie powinno dziwić, skoro za nią również odpowiada autor komiksów. :')
Mark staje się coraz bardziej świadomy swoich mocy - można się pokusić o stwierdzenie, że mimo swojego wieku został już najpotężniejszym bohaterem na Ziemi. Oczywiście wciąż zaniedbuje edukację (chociaż z jego szybkością pewnie bez problemu może nadrobić zaległości), swoją dziewczynę (ciągle przerywając randki i znikając nawet na miesiąc lub dwa), dodatkowo pojawiają się pierwsze rozterki miłosne, gdy główny bohater dowiedział się o tym, że ktoś w sekrecie się w nim podkochuje. Fajnie, że ta przyziemna część superbohaterstwa nie została zaniedbana przez autora, ponieważ ona najbardziej przyciąga mnie do tej serii.
Oczywiście wszystkie główne wątki są dalej rozwijane.
Na koniec tego tomu został dołączony czwarty zeszyt „The Pact”, którego autorem jest oczywiście Kirkman. Na scenę wraca stary znajomy w postaci Doca Seismica, z którym Invincible wraz ze swoimi nowymi znajomymi ponownie się mierzy. Niezbyt udana historia, jednocześnie wyjaśnia, co działo się z łotrem międzyczasie pomiędzy pierwszym zeszytem, w którym wystąpił, a kolejnym z jego zaspoilerowanym przez Kirkmana we wstępnie udziałem.
Też nie mogę się doczekać tym bardziej, że w komiksach jeszcze nie dotarłem do momentu, w którym kończy się drugi sezon. A myślałem, że będę na bieżąco z serialem. :')
Kontynuacja moich zachwytów nad kunsztem Tarantino.
Druga i ostatnia część historii jest jeszcze lepsza niż pierwsza. Ktoś może powiedzieć, że przegadana - no ale kurczę, Quentin ma ogromny talent do pisania wciągających dialogów nawet o z pozoru nieciekawych tematach, jak ciekawostki o Mambie czarnej.
No i przejawia odwagę w realizowaniu niektórych scen, na przykład tej z zakopaniem głównej bohaterki żywcem. Ciekawy zabieg - wszystko obserwujemy z perspektywy bohaterki zamkniętej w trumnie, pogrążonej w całkowitych ciemnościach, która dopiero po chwili przypomina sobie o latarce, jedynym źródle znikomego światła. Brak tu szerokiego kadru, który dobitnie pokazałby widzowi, że bohaterka właśnie zostaje zakopana. Ba, nie widać nawet odjeżdżającego samochodu - trzeba się wsłuchać, żeby usłyszeć oddalający się dźwięk silnika.
No i stereotypowa, ale jakże dobrze pasująca, historia o mistrzu sztuk walki, który początkowo upokarza i zadręcza swojego niby nielubianego ucznia, ale który finalnie uczy go sekretnej techniki, wykorzystanej później do zabicia wroga.
Jako dzieciaka bardzo bawiły mnie te wodotryski i odpadające kończyny, ale jako dorosłego zdecydowanie trafia do mnie to jak ta historia jest opowiedziana. Oba filmy zestarzały się na poziomie, warto zobaczyć.
Nawet partnerce, która nie lubi kina akcji, się podobało. Tak wiem, tak naprawdę to nie jest kino akcji. Pewnie dlatego.
Lubię „Path of Exile 2” za to, że rzadko kiedy trafiają się jakieś fajne przedmioty. Na przykład przez ponad kilkanaście godzin biegałem z jedną laską, ponieważ nie mogłem znaleźć lepszej. A jak w końcu trafiłem, to strzał w dziesiątkę - nagle zyskałem ponad 1k DPS'a więcej. : D
Nie wiem, jak Tarantino to robi, że wszystko tak ładnie współgra. Genialne dialogi, świetne ujęcia, dbałość o często zabawne szczegóły. Nawiązanie do filmów akcji co najwyżej klasy B, krew sikająca na prawo i lewo prawie jak w „Martwicy mózgu” Jacksona, odcinane ręce i odstrzeliwane nogi, klasyczne też dźwięki uderzeń. Ba, nie przeszkadza nawet silna miłość Tarantino do pokazywania kobiecych stóp. Wydawałoby się, że to nie ma prawa się udać, a jednak.
Dobrze, że w tamtym roku przeczytałem książkę, ponieważ jakoś w drugiej połowie filmu zorientowałem się, że... można włączyć napisy dla kwestii wypowiadanych w języku Fremenów. X) Problem w tym, że jak to zrobiłem, to z kolei nie pokazywały się napisy na kwestii mówionych po angielsku, ale że akurat język nie był skomplikowany, to postanowiłem poćwiczyć słuchanie. Bądź co bądź myślałem, że tak właśnie ma być - Fremeni w końcu mówili w obcym języku.
Nie uważam, żebym dużo stracił. Zresztą, wciąż nie wszystkie dialogi zostały przetłumaczone na angielski - jedynie te ważne dla fabuły kwestie.
Sam film - wspaniały. Cudowne widowisko, do czego pan Denis Villeneuve zdążył już przyzwyczaić chociażby w „Blade Runnerze 2049”, o pierwszej części „Diuny” nawet nie wspominając.
Jak oglądam ekranizację, to staram się nie porównywać ich do książkowych pierwowzorów. Nie ma to najmniejszego sensu, ponieważ te dwa media rządzą się różnymi prawami. Zabrakło mi między innymi wątku przejęcia kobiety po zabitym przez Paula Fremenie, jednakże to nie było istotne dla opowiedzianej historii. Zresztą, jakby reżyser chciał wcisnąć jeszcze więcej wątków, to film byłby znacznie dłuższy - już teraz trwa prawie trzy godziny. I to był także powód, dlaczego zrezygnowałem z pójścia do kina. Ledwo wysiedziałem na pierwszej części, więc drugą wolałem obejrzeć w zaciszu domowym.
Długość filmu może stanowić wadę, ale to zależy od osobistych preferencji. Mnie aż tak to nie przeszkadzało. Za to przeszkadzała mi gra aktorska Zendayi. Nie wiem, jakoś nie potrafię się przekonać do tej aktorki i odnoszę wrażenie, że w każdym obejrzanym przeze mnie do tej pory filmie z jej udziałem zagrała dokładnie w ten sam sposób. Nawet jak są to różne gatunkowo dzieła.
Tekst przeczytany w ramach Kawiarenkowego Klubu Czytelniczego #klubczytelniczy
Po przeczytaniu opowiadania momentalnie przypomniały mi się różne historie.
Chociażby o tacie mojego chrzestnego, którego na starość dopadła demencja i moja chrzestna, pielęgniarka, nie potrafiła sobie z nim poradzić. No bo jak sobie poradzić z dorosłym mężczyzną, który jak został sam, to postanowił wymazać własnym kałem jak największą powierzchnię w domu?
Albo o wujku wujka, który po ciężkiej chorobie musiał bez przerwy być podłączony do butli z tlenem - strach było go zostawić samego na dłużej niż pół godziny, co zdezorganizowało całe życie opiekującej się nim jego siostry.
Bądź o człowieku, który został sparaliżowany od szyi w dół i w żaden sposób nie kontrolował swojego ciała. Nawet nie potrafił powstrzymać się od defekacji - ciało samo o tym decydowało, kiedy tylko pojawiała się potrzeba. On nie miał na to żadnego wpływu.
W szczególności ta ostatnia sytuacja, poznana przeze mnie w wieku dziecięcym - moja babcia lubi oglądać Sprawę dla reportera - wytworzyła we mnie ogromny lęk przed niepełnosprawnością i uzależnieniem od drugiej osoby.
„Przemiana” uderzyła w czułe struny mojej duszy, poruszając bliskie mi tematy.
Podobało mi się to, jak Prawdziwy Człowiek powoli uświadamiał sobie, że coś jest nie tak. Tu drobne anomalie, tam większe błędy w Matriksie i niewyjaśnione sytuacje jak ta z ojcem czy później z „żoną”.
I mimo że nie brakuje okazji do uśmiechu, to jednocześnie jest to na swój sposób przerażający film. Począwszy od głównego bohatera, w którego zachowaniu można było zauważyć zalążki schizofrenii (mania prześladowcza, węszenie spisków) - chociaż w jego przypadku było to co najmniej uzasadnione.
Bardziej jednak przeraziło mnie społeczne przyzwolenie (z chwalebnymi wyjątkami w postaci przeciwników tego reality show) na trzymanie w zamknięciu człowieka bez jego wiedzy, a tym bardziej zgody. A co gorsza, miliony na całym świecie śledziły każdy ruch Trumana - co prawda pod koniec filmu widzowie cieszyli się, że Prawdziwemu Człowiekowi udało się dotrzeć do końca znanego mu świata i wyjść z klatki, jednakże zabrakło mi jakiejś refleksji, że kurczę, co oni właściwie robią?
Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co musiałby czuć w takiej sytuacji człowiek, który przez całe życie tkwił w bądź co bądź ładnie spreparowanym kłamstwie. Jak tu komukolwiek zaufać? Jak nie zacząć panikować i podejrzewać, że to wszystko jest częścią planu? Może dotychczasowe reżyserowane życie to był tylko „pierwszy sezon”, a w drugim w końcu będzie mógł polecieć na Fidżi? Wiecie, jak w „Incepcji”, kiedy nie jest się pewnym, czy wreszcie udało się obudzić i jesteśmy na jawie, czy tkwimy w kolejnym śnie.
@cyberpunkowy_neuromantyk dzięki za przypomnienie o tym filmie, z 15 lat już go nie widziałem. Z jednej strony przyszła teraz ochota na powtórkę, z drugiej jest na tyle dołujący, że ciężko do niego przysiąść. Bardzo podoba mi się tez rozkmina z ostatniego akapitu, raczej nie ma innej opcji niz paranoja i samobój w takiej sytuacji.
Ja szanuję fest liczbę ester egów w filmie i drobnych detali które mają uzasadnienie w tym, że ludzie to statyści. Typu kierowca busa nie wiedzący jak się jeździ busem, bo jest tylko od stania.
@cyberpunkowy_neuromantyk oj daaawno nie widziałem, ale te dwie dekady temu dosyć często latał w TV. Pamiętam że młodego mnie uderzyła końcówka, jak są pokazani ci wszyscy ludzie którzy się cieszą, że Trumanowi udało się wydostać, odwrócić od swojego "stwórcy" i w ogóle... Po czym typ mówi do drugiego "dobra, przełącz". Dla nich po prostu show się skończył, nic więcej. Bardzo dobry film.