Tytuł: The Struggle for Taiwan: A History of America, China, and the Island Caught Between
Autor: Sulmaan Wasif Khan
Kategoria: nonfiction
Wydawnictwo: Basic Books
ISBN: 9781541605046
Liczba stron: 336
Rok: 2024
Ocena: 9/10
I cyk, świetne dopełnienie poprzedniej książki. Tym razem skupienie się wyłącznie na okresie nowożytnym, odkąd Japonia została zmuszona do wycofania się z Tajwanu i wyspa stała się wyłącznie tematem wewnątrzchińskim (ze wsparciem Ameryki).
Począwszy od 1945 roku i kolonizatorskiego podejścia Republiki Chińskiej zmagającej się z wojną domową na kontynencie, przez incydent 228, zdławienie oporu i zaprowadzenie Białego Terroru (wzmocnionego przez ucieczkę rządu nacjonalistów na Tajwan), przez bardzo intensywne lata 70. pod względem dyplomatycznym, aż po demokratyzację Tajwanu i wzmacnianie się Chin, jak i również ichniejszych roszczeń wobec wyspy. Nacisk na wydarzenia wewnętrzne i zewnętrzne dosyć dobrze rozłożony, w zależności od okresu, którym książka się zajmowała. Znakomita synteza tych 80 lat, bez których nie da się zrozumieć bieżącej sytuacji politycznej wokół wyspy.
Kiedyś wyląduje w fizycznej wersji na mojej półce tajwańskiej, jest tego warta.
Tytuł: Rebel Island: The Incredible History of Taiwan
Autor: Jonathan Clements
Kategoria: nonfiction
Wydawnictwo: Scribe US
ISBN: 9781957363745
Liczba stron: 320
Rok: 2024
Ocena: 8/10
O, i to jest książka, która powinna wejść na pierwszy ogień jeśli chodzi o moją znajomość Tajwanu. Bardzo dobre podsumowanie historii wyspy pod znakiem 三年一反、五年一亂 (co 3 lata powstanie, co 5 lat rebelia). Co mnie bardzo cieszyło w tamtym momencie, w końcu sporo więcej miejsca dla wydarzeń sprzed 1945 roku, na czele z walkami kolonizatorów Tajwanu z ludami tubylczymi, końcóweczce dynastii Ming w postaci Królestwa Dongning (z Koxingą na czele) czy bardzo krótkotrwałą Republiką Formozy z 1895 roku (próbując wykorzystać moment zakończenia wojny chińsko-japońskiej).
Świetne źródło wiedzy historycznej o Tajwanie i dobra podbudowa pod skupienie się na nowożytności wyspy. Jedyny minus za brak map, baaaardzo by się przydały, żeby lepiej rozumieć co się działo w przeszłości.
Tytuł: The Trouble With Taiwan: History, the United States and a Rising China
Autor: Kerry Brown, Kalley Wu Tzu Hui
Kategoria: nonfiction
Wydawnictwo: Zed Books
ISBN: 9781786995223
Liczba stron: 288
Rok: 2019
Ocena: 7/10
Książka bardziej problemowa: omawiająca szereg kwestii związanych ze znajdowaniem się Tajwanu "pomiędzy" Chinami a USA. Począwszy od historii Tajwanu w kontekście historii przede wszystkim Chin, poprzez problematykę demokratyzacji Tajwanu i reakcje Chin na brak dążenia do zjednoczenia obu terytoriów pod jednym rządem (szczególnie za czasów Xi Jinpinga), marginalizację Tajwanu na arenie międzynarodowej, aż po kwestie gospodarcze. Zdecydowanie więcej tu Chin niż USA, ale to nie dziwi, szczególnie przez rok wydania książki i ówczesny brak aż takiego zainteresowania strony amerykańskiej problemem Tajwanu (takie wzmożenie aktywności to zaledwie ostatnich parę lat).
Bardzo dobre podsumowanie "bieżących" (jak na rok wydania) wydarzeń wokół Tajwanu, poziom taki powiedziałbym średniozaawansowany, więc też bez większych zaskoczeń czy ciekawostek dla mnie.
No to jedziemy Końcówka roku stanęła u mnie pod znakiem Tajwanu — ot stwierdziłem, że warto nadrobić nieco wiedzy o tym PAŃSTWIE (walcie się zbuntowane prowincje na kontynencie). Pierwsza książka w temacie była nieco losowo wybrana spośród wszystkich tajwańskich książek na czytniku — jak się okazało, niestety. Myślałem, że z grubsza historia najnowsza Tajwanu jest mi znana, ale z perspektywy czasu zdecydowanie tak nie było.
Oto bowiem autor, o ile jeden rozdział poświęcił wstępowi do tajwańskiej demokracji (wcześniejszymi uwarunkowaniami politycznymi, gospodarczymi i społecznymi, które umożliwiły osadzenie stabilnej demokracji na wyspie), o tyle skupiał się przede wszystkim na okresie przekształcania Tajwanu w demokrację - czyli począwszy od objęcia władzy przez Lee Teng-huia, przez prezydenturę Chen Shei-biana, aż po początek władzy Ma Ying-jeou. Bardzo szybko na jaw wyszła jedna z wad tej książki - autor zdecydowanie zbyt dokładnie i przyziemnie opisywał wydarzenia polityczne z tego czasu. Do tego stopnia, że kilka stron podczas opisywania każdej z kampanii wykorzystywał na opisywanie haseł wyborczych używanych w kampaniach poszczególnych kandydatów w poszczególnych mediach. Po jednym razie po prostu zacząłem omijać te fragmenty, bo po prostu bez większego kontekstu było to męczące.
Brakowało mi też wystarczającego kontektu, żeby wyłapywać dostatecznie często drugą, w mojej opinii największą wadę tej książki. Autor był w swoim opisie zdecydowanie jednostronny: z bardzo dużą sympatią wypowiadał się o partii DPP, a z bardzo dużą krytyką wobec partii Kuomintang (w największym skrócie ta druga sprawowała władzę od początku istnienia Tajwanu jako samodzielnego bytu, zaś ta druga była sformalizowanym ośrodkiem sprzeciwu wobec tejże władzy, finalnie w 2000 roku zdobywając niepełnię władzy). I tak na przykład o przyczynach wygranej w wyborach prezydenckich w 2000 przez DPP autor nie skąpił słów, ale już o przyczynach porażki DPP w 2008 roku (i niemalże porażki w 2004) wiele słów nie padło Szkoda, że nie była to moja x książka o Tajwanie, ale i tak nie żałuję przeczytania, bo w opisywaniu bieżącej (ówcześnie) polityki była dosyć dokładna.
Tytuł: The Naked Don't Fear the Water: An Underground Journey with Afghan Refugees
Autor: Matthieu Aikins
Kategoria: reportaż
Wydawnictwo: Harper
ISBN: 9780063058583
Liczba stron: 336
Ocena: 6/10
Miałem niesmak po tej książce. Temat świetny, bo towarzyszenie uchodźcy (choć temu przypadkowi jednak bliżej nielegalnemu migrantowi, acz to tylko pokazuje jak płynna jest to granica) przez całą trasę pomogłoby rozjaśniać białe plamy na trasach migracyjnych i lepiej je rozumieć, a przez to im zapobiegać. Niemniej wykonanie, zarówno w wyniku działań autora, jak i czynników mniej od niego zależnych...
Szybko po początku książki autor niestety porzucił rolę obserwatora procesu migracji (co było bardzo trudne, biorąc pod uwagę wieloletnią przyjaźń z Omarem z Afganistanu) i miałem wrażenie, że zaczął nieco na siłę wypychać swojego przyjaciela w kierunku wyjazdu, byleby nie zmarnować tematu, któremu poświęcił tyle czasu. Potem już w trakcie migracji przez Bliski Wschód autor trochę stchórzył i chciał po prostu czekać na Omara w Turcji, omijając tym samym najbardziej wymagający odcinek trasy - a i to z bardzo dużymi problemami ze strony Turcji, która odmówiła wjazdu autorowi na teren swojego kraju, więc i autor musiał rozpocząć swoją nielegalną wędrówkę, z Bułgarii do Turcji. Następnie po ponownym spotkaniu z przyjacielem próba przedarcia się drogą wodną do Grecji (ponownie z przygodami), gdzie bohaterowie ugrzęźli wskutek zaostrzenia polityki migracyjnej (początek 2016 roku) - i tu znowu autor zaczął zbyt mocno ingerować we wsparcie przyjaciela w dalszą ucieczkę. Finalnie Omar wylądował w Unii Europejskiej i ścignął do siebie swoją ukochaną.
O ile temat szalenie ciekawy, o tyle etyczność i porzucenie dziennikarskich ideałów autora wołały o pomstę do nieba. Niemniej istotny kamyczek do debaty dotyczącej nielegalnej migracji przybywającej do Europy od połowy ubiegłej dekady i pod tym kątem starałem się ją czytać.
Tytuł: Africa Is Not a Country. Notes on a Bright Continent
Autor: Dipo Faloyin
Kategoria: nonfiction
Wydawnictwo: W. W. Norton & Company
ISBN: 9780393881530
Liczba stron: 400
Ocena: 7/10
Myślenie o Afryce jako o jedności jest dosyć popularne, mimo że to bardzo różnorodny kontynent i autor, wywodzący się z Afr... przepraszam, Nigerii, stara się pokazać właśnie tamtejszą różnorodność. Największą wagę przywiązuje rzecz jasna do swojego rodzinnego państwa, pokazując m.in. tamtejszą różnorodność kulturową. Niemniej poza tym znajdziemy tu również krótką historię afrykańskiej przeszłości związanej z kolonizatorami (i jak ten okres wpłynął na poszczególne państwa), jak wygląda obecny ustrój polityczny niektórych państw czy próby walki o swoją przeszłość z europejskimi muzeami, które nie chcą wydać "swoich" okazów "dzikim ludom" z Afryki, bo przecież należą do Europy, a w Afryce na pewno by zostały zniszczone.
Ogólnie sporo ciekawostek, chociaż o większości już wiedziałem. Generalnie dla osób o podstawowym poziomie wiedzy o Afryce.
Może to i banał, ale cały czas mnie zaskakuje, jak bardzo świeża jest nauka w takich kategoriach jak medycyna. Zasadniczo nasze babcie urodziły się w czasach, kiedy wciąż żyli ludzie pamiętający świat sprzed pojawienia się tych odkryć (nie mówiąc już nawet o upowszechnieniu). Stulecie chirurgów jest jedną z takich książek, które to bardzo dobrze uświadamiają. Pokazują (pewnie lekko fabularyzowane) odkrycia typu dezynfekcja instrumentów biorących udział w operacji czy pierwsze w pełni bezpieczne próby operacji poszczególnych narządów organizmu. Ot np. taki obecnie prozaiczny wyrostek, którego kiedyś zapalenie w zasadzie równało się wyrokowi śmierci.
Fajnie z perspektywy tej książki oglądało się Spryciarza, kiedy miałem co chwilę "o, czytałem o tym"
Dzisiaj kolejna książka 10/10 oceniona tylko na 8?
Fenomenalna lektura. To niesamowite spojrzenie na 100 lat rozwoju medycyny i jak niesamowicie daleko jesteśmy obecnie. Każdy rozdział jest ciekawy, każda historia poruszająca. A wszystko to przecież prawdziwe ludzkie tragedie i historie
Czytałem stulecie detektywów z 10 lat temu. Pamiętam, że wtedy książka zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Ciekaw jestem, czy dzisiaj oceniłbym tak samo jak wtedy
Świetna literatura postapo — nie gustuję, ale nie mogę odmówić klasy. Nieistotne co się wydarzyło wokół na świecie. Ważne jest to, żeby przeżyć kolejny dzień i iść, mimo całego zła, głodu i pragnienia. Bo dopóki się idzie, wciąż tli się nadzieja, że na końcu Drogi będzie ocalenie. Więc ojciec z kilkuletnim synem po prostu idą.
Z tej książki taki reportaż (a za taką się uważa), jak z wyrobu czekoladopodobnego czekolada.
Autor z dala od frontu (minimalnie kilkadziesiąt kilometrów) obserwuje dramat wojny i rozpamiętuje ją podczas rauszów w ambasadach i w towarzystwie dostojników. Nikt tak jak on nie stawiał się Hansowi Frankowi podczas wspólnych kolacji, wykazując się przy tym niezwykłą odwagą (szkoda tylko, że żaden inny świadek tych kolacji tego nie potwierdza). Wszystko to okraszone niesamowicie patetycznym słownictwem, bo przecież autor nie plebs. Czy muszę dodawać, że przed wojną wzorowy faszysta, w czasach wojny "dziennikarz" zapraszany na faszystowskie salony, po czym nagle pod koniec wojny przeżył cudowną odmianę i stał się krytykiem, żeby w nadchodzące nowe czasy wejść z chlubną kartą?
Grafomania i mitomaństwo. Nie dałem rady dokończyć.
Spodziewałem się czegoś dużo lepszego po, bądź co bądź, klasyku literatury. Jestem w stanie zrozumieć popularność tej historii w czasach, kiedy autor ją napisał, ale obecnie po prostu książka jakich wiele - tyle że nie każda ma tę przyjemność zostania zekranizowaną.
Historia szukania przyjaźni i miłości w otoczeniu pełnym snobów, przez co bohater zatraca się w bogactwie i środowisku pełnym znanych twarzy, co prędzej czy później doprowadza do tragedii. Po przeczytaniu (przyjemnym, acz krótkim) nie zostało ze mną kompletnie nic.
Tytuł: Przywitaj się z królową. Gafy, wpadki, faux pas i inne historie
Autor: Łukasz Walewski
Kategoria: poradnik
Wydawnictwo: Sine Qua Non
ISBN: 9788379244683
Liczba stron: 344
Ocena: 7/10
Autora dobrze znam "ze słyszenia", bo niegdyś opowiadał o sprawach międzynarodowych w Radiowej Trójce. Książka to zbiór zasad obowiązujących w dyplomacji, przede wszystkim dotyczących savoir-vivru, okraszona historiami wziętymi z życia dyplomatów i przywódców. Nauka dla początkujących podana w bardzo przystępnej formie, ale też bez jakiegoś szału
Przewodnik po Włoszech, który nie jest przewodnikiem. Autor przemierza Włochy ze wschodu na zachód i z północy na południe wzdłuż dwóch wielkich grzbietów górskich i opowiada o życiu, krajobrazie, ludziach i historiach tam znajdowanych. Jeśli ktoś kocha Włochy i chce czegoś więcej niż oklepane miejsca, to to jest idealna książka.
Właśnie zacząłem czytać i robię to z mapą u boku. Nawet mieszkając kilka lat we Włoszech, trudno jest mi umiejscowić wiele miejsc przez które podróżuje. Ale póki co zapowiada się na 8/10 :)
#hejtopaka Adminy zrobiły mi świąteczno-azjatycką niespodziankę :p Kiedy ja zjem te wszystkie słodycze... Listu fragmencik widać, reszta owiana tajemnicą ;) A książka to już rozumiem w ramach przygotowań do #hejto30plus :D No i przypinki! W końcu na hejtosoczkach będzie od razu wiadomo, kto jest Owca :D
Nigdy więcej nie idę na krwiodawstwo w taki dzień jak dziś - kiedy można sobie dwoma dniami mocno wydłużyć urlop. 160 osób (najwięcej odkąd niektóre pielęgniarki pamiętają), oczekiwanie na oddanie to było ponad 5h, parę osób zemdlało w trakcie bądź tuż po oddaniu krwi (jak ostatni posiłek jedli 7h przed faktycznym oddaniem, to nie ma się co dziwić). Nie ma co dodawać niepotrzebnej pracy pracownikom RCKiK, na przyszłość wybiorę inny dzień - piątki FTW.
Niemniej dzięki temu udało mi się zrealizować plan marzeń na ten rok, czyli oddać krew 6x w ciągu roku, to już 10 donacja z rzędu w 2-miesięcznych odstępach, łączny licznik to już 35 donacji I 15,75l oddanej krwi.
@bojowonastawionaowca Ja bardzo regularnie oddawałem, aż mi się białe i czerwone krwinki schrzaniły, teraz od jakiegoś czasu suplementuję żelazo + wit c i czekam grzecznie jeszcze 2 miechy, czy się hemoglobina poprawi, od tego biegania w tym roku ferrytyna przyrżnęła u mnie o dno, więc trzeba o to dbać, rób sobie regularnie morfologię No i gratulacje ^_^
Nie oddawałem nigdy krwi bo jakoś nie miałem zaufania do miejscowego szpitala i punktu krwiodastwa. Natomiast raz pojechaliśmy całą klasą jak kolega zadzwonił że dzisiaj nie pobierają krwi bo mają jakąś awarie, ale wystawiają papier. Wpadliśmy w 40 chłopa, powiedzieliśmy że wysłali ze szkoły. Dostaliśmy zwolnienie i prosto do baru 🙂
Na # bookmeter zostało nam już tylko 26 tytułów do okrągłej liczby 1200 w tym roku - damy radę mości panie i panowie, do czytania! Wszystkie ręce i oczy na pokład!
Najlepsze życzenia dla Was z okazji świąt w imieniu całej moderacji :p Mniej kłótni, upartości i emocji a więcej zrozumienia, empatii i dochodzenia do konsensusu życzę Wam, ale przede wszystkim sobie :D Beeee! Obyśmy po Świętach spotkali się w przynajmniej tym samym gronie, co najwyżej powiększonym o parę kilogramów obywatela