I wojna światowa. Spokojny chłopak Pierre w okopach, poza frontem, w obozie poznaje wesołka Francisa, który lubi umilać czas żołnierzom. Jest artystą, robi występy. Oboje zakochują się w sobie.
Pierre'a przeraża groza wojny, a tego drugiego to, że straci wolność bycia sobą, gdy wojna się skończy.
Piękny film, choć wojna jest tam pokazana czasami dosadnie. Wzruszający, jak to bywa u tego reżysera, chociaż muszę przyznać, że "Girl" czy "Blisko" miały dla mnie większą siłę rażenia.
Tutaj najbardziej dramatyczne są sceny na froncie - dosłownie czuć strach naszych bohaterów. Zresztą jeden z nich dostaje kompletnego załamania. Pierre w obliczu ponownego uczestniczenia w walkach po zagojeniu rany staje przed wyborem, który z każdej strony ma złe konsekwencje. Ale może "tchórzostwo" pozostaje tchórzostwem, jednak warto zachować życie.
Może pewnego dnia twój los odmieni się i spełni się to, czego najbardziej chcesz? W innym przypadku możesz po prostu gnić w dołach z innymi zmarłymi żołnierzami.
Miałam sporo tych "gejowskich" seansów muszę przyznać i "Tchórz" jest moim numerem 2 z tego festiwalu. Na pewno warto obejrzeć dla scen wielu - i tych zbliżeń między bohaterami i dla tych scen, gdy groza wojny wali nas w oczy.
Film o deszczu. Aligatory też są. A że to amerykański film to są turboagresywne. Z drugiej strony te tutaj bały się wyjść z wody w przeciwieństwie do prawdziwych.
Laska lubi jeść, ale też chce się odchudzić, by zyskać sympatię ładnej trenerki.
Koleżanka podsuwa jej tabsy: „Możesz jeść, ile chcesz, ale i tak chudniesz”. Nasza bohaterka sprawdza to i działa.
Jako studentka medycyny sprawdza skład i okazuje się, że to ludzkie prochy. Podkrada części ciała, na których pracuje na zajęciach, tzw. Grubej Berty, spopiela je i robi sobie tabsy. Ale nie wszystko idzie po myśli – Berta jako duch pilnuje, by bohaterka ciągle jadła. Nasza girl chudnie coraz bardziej, a apetyt tylko rośnie.
Zgrabny body horrorek. Mimo że się nie bałam, to czułam napięcie w wielu scenach, ciekawa, jak się sprawa rozwinie.
I drugie spotkanie z panią Ottinger, nawet była przed seansem, już starsza pani taka, opowiadała z chęcią i pasją, głównie o swojej miłości do Berlina i jak wpadła na pomysł Freak Orlando.
Po⁎⁎⁎⁎ny film, w którym nie do końca wiem, co się działo. Jedyne, co było dla mnie jasne, to trzy rzeczy: pochwała brzydoty i pojebaności, mit Orlando z Woolf oraz freakland jak w słynnym filmie Dziwolągi.
O ile Portret pijaczki tej reżyserki oglądało się easy, tak tutaj było trudno, ale w sumie zaczęłam dopiero doceniać ten obraz po seansie.
Przy tym filmie obrazy Jodorovskiego wydają łatwiutkie i fabularne i zrozumiałe jak nic innego!
Tylko dla hardkorowców. Ale polecam, niezwykłe doświadczenie, choć czasem się męczyłam - to zdecydowanie lepiej oglądać na spokojnie, ze świeżą głową, a nie jako czwarty seans w ciągu dnia, po lataniu od sali kinowej do następnej sali kinowej.
Członkowie neonazistowskiej grupy zorganizowanej zabijają kilku mieszkańców romskiego osiedla, w tym dziecko. To zapis procesu toczącego się przeciwko czterem mężczyznom. Którzy uważają się za lepszych i sądzą, że mogą sami eliminować Cyganów. Charyzmatyczny sędzia w roli głównej, który nie oszczędza ani oskarżonych, ani świadków.
Arogancja oskarżonych neonaziolków bardzo razi. Świadkowie bywają różni, niektórzy niewiele pomagają, innych ponoszą emocje. Największym bohaterem jest pan sędzia, który wydaje się wielkim skurwielem wobec KAŻDEGO. A jednak na sam koniec wyda wyrok, który nie będzie kontrowersyjny, wręcz przeciwnie - wprost proporcjonalny do czynów oskarżonych, jak na prawne warunki.
Polecam dość mocno. Proces ostatecznie trwał 4 lata i został zminimalizowany w formie dokumentu do około dwóch godzin.
Moje pierwsze zetknięcie z filmami pani Ulrike Ottinger. Pytałam się koleżanki czy to takie żeńskie "fassbindery", ale zaprzeczyła - "u Fassbindera masz przynajmniej fabułę".
Madame, czyli jakaś bogata obcokrajowczyni, przyjeżdża do Berlina z biletem w jedną stronę, by pić. Cały film to pijackie przygody Madame, która robi pijackie burdy, jest wywalana z restauracji, pije z bezdomną, a czasem spotyka gdzieś obok trzy kobiety, które nazywają się: Zdrowy Rozsądek, Ścisła Statystyka i Pytanie.
Te trzy kobiety często mówią o problemie alkoholizmu, głównie wśród kobiet. Film jest zapisem upadku? Nie wiem, ale to taki lekko absurdalny niemiecki Zostawić Las Vegas.
Ogólnie byłam w szoku jak dobrze to się oglądało i jak dobrze mi to weszło. Film częściej jest zabawny niż można sobie wyobrazić. Specyficzny klimat bardzo. Raczej już dla doświadczonych kinomanów.
Religijna rodzina w Norwegii traci dzieci, które zostają odebrane przez urząd z powodu podejrzeń o stosowanie przemocy fizycznej. W praktyce chodzi o klapsy, których dzieci doświadczały, gdy były małe. Rozpoczyna się nierówna walka z systemem, z góry wydająca się skazana na porażkę. Pomocną dłoń wyciąga sąsiadka – adwokatka.
Film zderza ze sobą dwa odmienne systemy i dwa zupełnie różne spojrzenia na wychowanie dzieci. Nie podaje jednoznacznej odpowiedzi, kto ma rację, choć bardzo łatwo stanąć po stronie rodziców, którzy wyraźnie kochają swoje dzieci i za wszelką cenę chcą odzyskać możliwość bycia z nimi.
System jest niedoskonały, ciężko oszacować skalę zniszczeń, choć tu wydaje się, że przewagę moralną mają rodzice, mimo ich mocno konserwatywnych poglądów. A z drugiej strony system zazwyczaj się sprawdza. Ten przypadek jednak jest bardziej skomplikowany, jak widać.
<spoiler alert>
W filmie lekko przez ostatnią scenę przebija się motyw, że miłość nie uznaje w sumie żadnych praw, nawet praw fizyki czy grawitacji, gdy przyjaciółka Noory biegnie za promem, którym Norę opuszcza jej przyjaciółka z rodziną, i staje praktycznie na wodzie.
Obejrzałam 46 filmów. Robiłam notatki, niestety żadnego sztosu (czyli 10/10) nie uraczyłam. Za to sporo kanowskich rzeczy jak nowego Farhadiego, Dhonta czy Almdodovara.
Z polskich filmów tylko jeden. I akurat nie ten Smoczyńskiej.
Odkryłam Ulrike Ottinger (co prawda widziałam tylko 2 filmy, ale za to jakie!), znaczy odkryłam - widziałam program i miałam zapisane jej filmy. Przy jej filmografii to Jodorovsky to king od spójnej fabuły! Będę kontynuować w przyszłości przygody z filmami tej pani.
Widziałam "Historie równoległe" czy "Josephine".
Widziałam jeden za⁎⁎⁎⁎sty horror z przekazem i masę ujowych horrorów. Widziałam meksykański pierwowzór "Kła" Lanhimosa.
To ten moment, że jeszcze nie chce mi się spisywać osobno na każdy film notatek, ale też ten moment, że z chęcią coś opowiem, jeśli ktoś zainteresowany - jeśli nie, to od jutra postaram się wrzucać te obejrzane filmy na filmmetera
Książę Adam musi uciekać z mieczem mocy z Eternii. Wraca tam po wielu latach, jako już dorosły człowiek (który ostatnie 15 lat spędził na Ziemi). Z chuderlaka zrobił się mężczyzna, ale taki trochę oklapły - zwykły biurowiec i lekki nieudacznik. Z tym, że tęsknota za ojczystą planetą jest duża - Adam w końcu odnajduje miecz i wraca do swojej krainy.
A tam zmiany, zmiany, zmiany!
Szkieletor rządzi całą krainą i szuka miecza mocy, który jest w posiadaniu Adama.
Ludzie pisali, że jest dużo humoru, no jest. Ale mi to nie przeszkadzało - to typowy hamburgerowy akcyjniak. Tu przynajmniej wszystko jest z polotem. Ogląda się szybko, mimo że film trwa ponad 2h, jest sporo akcji. Wszystko się kręci. Dla mnie udany seans, na moc posępnego czerepu!
PS. A teraz wybywam na festiwal, więc z kolejną porcją filmową wrócę za 1,5 tygodnia. Wasz Szkieletor.
Widziałem, bo recenzenci się zachwycali. Ale imho to jest gniot - poza fajnymi kostiumami i nienajgorszym CGI, to scenariusz i bohaterowie są tragiczni. Lubię głupie, hollywoodzkie produkcje i nastawiłem się na lekki popcorniak, a mega się wymęczyłem, strasznie rozwleczony i wykastrowany film. Chwilę wcześniej obejrzałem MK2, który przy nim jest arcydziełem :)
Nastraszyła mnie znajoma, że w drugiej części poziom drastycznie spada, ale ja nie odczułam czegoś takiego. Dla mnie akcja w końcu posuwa się ostro do przodu - dowiadujemy się jak powstał Blaszany Drwal oraz Strach na Wróble (lwa można było domyśleć się już w pierwszej części). Dla miłośników złodziejki czerwonych butów mam złą informację - Dorotka jest tylko statystką w całej tej części.
Piosenki fajne, sporo się dzieje, jest wzrusz i jest śmianko. Ideolo.
Mike Terry to mistrz jujitsu. Prowadzi swoją akademię, ledwo utrzymując się finansowo na powierzchni. Ale mu to nie przeszkadza - ma swoją filozofię życia - być człowiekiem zasad, uczciwym i empatycznym.
Terry mógłby łatwo zarobić szmal, biorąc udział w walkach, ale nie uznaje rywalizacji, która uderza w jego kodeks.
Splot mnogości niesprzyjających przypadków + pomoc złych ludzi sprowadza na Terry'ego szereg nieszczęść. Jest zmuszony ostatecznie wziąć udział w walkach, ale odkrywa, że to i tak nie będzie czysta rywalizacja .
Oto Mike Terry (Hiob) wystawiony na wszelkie przeszkody zrzucone przez los (Boga), który mimo tego do samego końca nie ugnie swojego moralnego kręgosłupa.
Ogólnie to jest bardziej dramat niż kopanina, więc tak należy do tego podejść. Jest to przypowieść tak naprawdę. Jeden z bardziej średnich filmów Mameta, niektórzy uważają. Czy ja wiem? Aktorstwo robi robotę, i jeśli wbić sobie do głowy, że to interpretacja biblijnej opowieści o Hobie to ogląda się to dość dobrze.
16-letnia Juno zachodzi w ciążę, ale zamiast wybrać najbardziej logiczną opcję postanawia urodzić dzieciaka i oddać go na dożywotnie przechowanie pewnej przemiłej parze. Poglądy na życie niektórych ludzi zostaną przez to skorygowane, w tym nieco i samej Juno.
Nie przekonał mnie ten film, gdy widziałam go zaraz po premierze, i nie przekonał mnie i teraz. Ale nie żałuję seansu - fajna muzyczka, trochę humoru i ten luzacki nastoletni styl - to z pewnością zalety tego obrazu.
Elliot jeszcze w starej skórze - chyba od tego filmu w sumie zaczęła się jego (wtedy jej kariera)? Już nie pamiętam, ale wcale mnie to nie dziwi - ta rola to największy atut "Juno", filmu w sumie dość średniego - chociaż wtedy robił furorę, szczególnie wśród dorastających nastolatków.
Dopiero wczoraj skończyłam, jebitnie długi ten musical. Ale bardzo dobry. Jak nie lubię musicali to tutaj obczajka była dobra - piękne głosy, fajne piosenki, idzie przeżyć.
Świetna charakteryzacja, super aktorki - to mój drugi seans (bo zobaczyłam, że jest już druga część, więc sobie chciałam odświeżyć). Wciąż mnie zachwyca rola Ariany Grande i to jak ma wspaniały talent komediowy.
Wiem, że to zapewne czysta kalka z broadwayowskiego musicalu, ale ja tylko filmy, więc...
Będą spoilery!
Historia zaczyna się niby tam gdzie kończy się "Czarnoksiężnik z krainy Oz" - czyli Dorotka z kumplami załatwiają Złą Czarownicę z Zachodu. Przybywa Dobra Czarodziejka Glinda by oznajmić o śmierci Złej Czarownicy, ale wraz z tym przybywają wspomnienia, które cofają nas do czasów, gdy Glinda była dopiero studentką Uniwersytetu Shiz, gdzie zostaje niespodziewanie współlokatorką wyśmiewanej za zielony kolor skóry Elfaby.
Gaaa-linda jest w szkole tzw. popular girl, ale mimo wrodzonej myśli o wyższości samej siebie nad innymi, ostatecznie zaprzyjaźnia się z Elfi i pomaga jej wyjść z roli gnębionej do kolejnej uwielbianej w szkole dziewczyny.
Elfi ma dar od dzieciństwa - nie wiadomo w sumie kto jest jej prawdziwym ojcem, odpowiedzialnym za zielony kolor skóry - więc i w swojej rodziny była całe życie pogardzana. Dopiero w szkole główna wykładowczyni odkrywa jak wielkie moce czarodziejskie ma Elfi i postanawia wysłać ją do stoicy Oz, by spotkała się z czarnoksiężnikiem.
Elfi na początku szkoły nawet by tego chciała - by czarnoksiężnik zlikwidował jej zielony kolor, ale w trakcie nauki stanowi się dość mocna zmiana w całej krainie - zwierzęta, które dotychczas żyły pośród ludzi jak równe, nagle zaczynają tracić głos i zostają odsuwane z "ludzkich" stanowisk, więc Elfi chce by Czarnoksiężnik to naprawił.
Oczywiście naiwne chęci dziewczyny w stolicy zostają szybko strzaskane o ziemię. Czarnoksiężnik wraz z jej mentorką mają inne plany - chcą mieć pełną kontrolę nad krainą a moce dziewczyny mają im w tym pomóc. Proponują jej deal - będzie prawą ręką czarnoksiężnika, wysoka pozycja i takie tam, ale Elfi odmawia, wkurzona na maksa, że chciano ją wykorzystać.
Musi uciekać, bo Czarnoksiężnik w ramach jej odmowy obwołuję ją w całej krainie jako wroga narodu. Glinda niby chce uciekać z przyjaciółką, ale z drugiej strony kusi ją pozycja, którą proponują starsi i ostatecznie zostaje.
I tu kończy się część pierwsza.
Znakomita, kolorowa (hołd ku technokolorowej rewolucji filmu z 1939 roku), z fajnymi piosenkami i świetną choreografią (jeśli ktoś przewija piosenki na musicalach - to dla samych tańców warto zostawić) i wspaniałym duetem aktorek (Cynthia Erivo w roli Elfi i wspomniana Grande jako Glinda).
Można się wzruszać, można się śmiać - wspaniała to bajka, chyba raczej dla dzieci, ale ja, stara baba (i miłośniczka fantasy wszelakego, ha! to wiele tłumaczy, prawda?) również!
Mam nadzieję, że uda mi się ogarnąć drugą i ostatnią część Wicked zanim porwie mnie wrocławski festiwal.
@Opornik założę się że pewnie jest już jakiś pornol z takim tytułem nawiązującym do fabuły tego filmu. Pewnie znajdą się jacyś zboczeńcy chcący zobaczyć jak się sprawuje zielona babka w zadaniach specjalnych xd
Jeśli spodziewacie się logiki to nie tutaj, gdzie egipskie rytuały są odpowiedzialne za rodzinny horror.
8-latka znika w Egipcie, gdzie tymczasowo mieszka telewizyjny reporter z rodziną. Dziewczynka nigdy nie zostaje odnaleziona. Osiem lat później, gdy rodzina żyje już w Meksyku przychodzi wstrząsająca wiadomość - dziewczyna została odnaleziona (co prawda zawinięta w jakieś pasy jak mumia w sarkofagu mającym 3000 lat, ale jednak).
Dziewczę nie przypomina w niczym ich dziecka, ledwo człowieka przypomina, jest zdeformowana i w głębokiej katatonii. My, jako widzowie, szybko łączymy kropki i wiemy, że to starożytny demon w ciele porwanej dziewczynki, ale rodzina dość długo majaczy w jakimś koszmarnym postanowieniu, że to ich dziecko w ekstremalnej traumie i trzeba jej pomóc.
Film zdecydowanie za długi, żeby jeszcze te dodatkowe sceny umilały nam czas grozą i krwią, ale niestety nie zawsze tak jest.
Ten film to takie połączenie Evil Dead + Egzorcysta + Dziedzictwo. Ostatecznie wieje wtórnością, zamiast solidną inspiracją. A jednak ogląda się.
Całkiem zgrabny slasher. W jakieś letniej posiadłości rodzinki ma odbyć się impreza z okazji rocznicy ślubu bajecznie bogatych rodziców. Czwórka rodzeństwa zjeżdża ze swoimi partnerami. Jednak nie będzie im dane "poświętować" bo posiadł oblegają tajemnicze zbiry w maskach, próbując zabić każdego.
Oczywiście wszyscy wpadają w panikę, oprócz jednej dziewczyny - niepozornej byłej studentki swojego partnera. Cóż, może naczytała się dużo literatury i coś tam wie - skoro studiuje literaturę? W sumie szybko można się domyśleć, że panna taki ekstremalny survival ma we krwi z powodu swojej przeszłości i nagle akcja zbirów zaczyna się sypać.
Bardzo fajny horrorek, można się pośmiać, można przeżywać, jucha leje się aż miło. Do tego dodać kłótnie rodzinne i mały plotwist na koniec filmu. Czy nawet dwa
Polecam, super rozrywka, aż sama jestem w szoku, że przegapiłam przez tyle lat ten horror, szczególnie, że reżyser też nie z pierwszej łapanki (to ten od "The Guest" z 2014 i dwóch franczyz z Godzillą).
Próg wejścia tego filmu bardzo mi się podobał, bo na początku poznajemy genezę pobytu naszych bohaterów w jakieś mieścinie na końcu świata w południowoamerykańskim kraju. W gruncie rzeczy, gdyby ktoś oglądał ten film bez poznania opisu mógłby pomyśleć, że to film o jakieś intrydze, bo wiele różnych rzeczy wyciąga ten wstęp - atak terrorystyczny, upadek wielkiej firmy, nieudany napad na bank.
Ostatecznie wszystko sprowadza się do tej jednej misji - nasi śmiałkowie mają przewieźć ładunek nitrogliceryny, by powstrzymać pożar szybu naftowego.
Wyruszają w czwórkę dwoma ciężarówkami z bardzo delikatnym ładunkiem w niebezpieczną drogę. Stres, który wywołuje misja maluje się nie raz na twarzach samych bohaterów, którzy co chwilę napotykają problemy - no nie jest to droga ekspresowa piękna asfaltowa, więc "przygód" co nie miara.
Sam klimat filmu to przeboska realizacja - jest południowoamerykański kraj więc jest i ten wilgotny klimat. Nasi bohaterowie są cały czas spoceni, brudni (bo są po prostu biedakami tu po ucieczkach ze swoich krajów), scena na moście po prostu zrywa człowiekowi nerwy - ściskałam się wprost obolale oglądając to, bardzo mocne doświadczenie.
Nie widziałam pierwszej wersji "Ceny strachu" więc nie wiem czy tam też to tak wygląda, ale "Sorcecer" czasami przypominał mi "Sirat" - już wiem Laxe brał inspiracje do scen z ciężarówkami.
Bardzo mi się podobał ten film, realizm niektórych scen (w sensie przedstawienia jak bardzo jest to przerażające) wbija w fotel.
I na koniec ten wzrok głównego bohatera, który tak naprawdę został gdzieś tam daleko w dżungli, razem ze swoimi kompanami, a przed nami siedzi tylko pusta skorupa, albo resztki człowieka, którego poznaliśmy na początku.
Mega polecam.
PS. już widzę po filmwebie, że zaraz mogą się pojawić wpisy, że francuska wersja lepsza, ale ja nie widziałam tej starszej "Ceny strachu", więc pozbawiona jestem porównania.
moj ojciec ma liste filmow, o ktorych w kolko gada i to jest jeden z nich (pewnie widzial w kinie za prlu, to sie wrylo w banie), wiec jak ogladalem ostatnio z rozowa, to wiedzialem o czym bedzie, ale ja wkrecilem, ze wioza to nitro do szpitala leczyc sercowcow xD skumala ze cos nie gra tak w 3/4 filmu xP
@xepo Grałem. Fizyka jest tak beznadziejna, że na Steamie pierwszy raz zażądałem zwrotu pieniędzy. Dosłownie stoisz w miejscu na moście i ciężarówka powoli przesuwa się w bok, ignorując jakąkolwiek logikę i przyczepność opon.
Cesarz chce zabić cesarzową, cesarzowa chce by jej syn zajął tron męża. Intrygi, romanse i walki. Z czego niestety te ostatnie wychodzą najsłabiej.
Wygląda na to jakby "Cesarzowa" miała celować w potężne dzieło, niczym Gra o tron, ale ostatecznie rozbija się o własne brzegi.
Może charakteryzacje i wnętrza są przepysznie przygotowane - wprost pławimy się w dostatku cesarskiego pałacu., ale całą reszta odstaje poziomem - głównie aktorstwo, bardzo toporne w niektórych przypadkach oraz sceny walk. Niby jest tam jakiś element wu xia, ale nie zachwyca, niby są starcia wojsk, ale też wypadają blado, mimo czasami ciekawych pomysłów.
Pod koniec łapałam się na tym, że chciało mi się po prostu spać, mimo że krew lała się gęsto.
Film, który odpowiada na filozoficzne pytania tym, że nie ma na to odpowiedzi. Niestety, pozostajemy w sferze domysłów. Taki nasz los.
Major Motoko to agentka Sekcji 9. Sekcja otrzymuje zadanie specjalne - schwytanie hakera Władcy Marionetek.
Oczywiście fabuła jest o wiele bardziej skomplikowana niż to co powyżej, na początku mamy politykę świata przyszłości, ale najważniejsze jest jedno - ludzie, którzy przeszli cybernetyczne modyfikacje, muszą wykonywać misje, inaczej czeka ich ponury los. Nie będą serwisowani.
Motoko szuka przede wszystkim życia. Czuje, że nie jest już człowiekiem, wątpi w jakikolwiek ludzki czynnik, chociaż przecież powinna mieć jeszcze mózg jako jedyny organ. Ale czy na pewno? Poszukiwania człowieczeństwa okazują się jednak bezowocne, przynajmniej tak to przyjmuje Motoko.
Jak można zastanawiać się nad człowieczeństwem, skoro sama definicja życia została wywrócona? Duch w skorupie może zostać z łatwością zhakowany i nagle wspomnienia okazują się złudą.
Może dlatego Motoko zgadza się na deal z Władcą Marionetek, bo przecież jeden wuj? A zyskać w zamian można wiele.
To opowieść o poszukiwaniu człowieczeństwa, które ostateczne doprowadzają do porzucenia takowego.
Sam film to bajka, w sensie, nie że animowany, ale bajka w sensie akcji i realizacji. Wspaniała muzyka Kawai, świetne pokazane miasto, futuryzm wylewa się niczym z Blade Runnera.
Scena walki z czołgiem to po prostu czyste 10/10 - niesamowite ujęcia, widać skąd Wachowskie rodzeństwo czerpało inspirację (Matrix powstał w 1999 roku).
Pamiętam, że swego czasu oglądałam ten film bardzo często, snując domysły, analizując wypowiedzi, szukając sensu - rozpisując w notatkach filozoficzne dywagacje.
Tym razem podeszłam nieco okiem kinomana - szukając perełek realizacyjnych. I tego to anime mi dostarczyło w stu procentach. Sztos.
To wspaniałe dzieło filmowe dla mózgowców. Oh wait, raczej nie.
Ogromny, bestialski mózg, hipnotyzuje ludzi przez program telewizyjny. W szranki staje niezbyt ogarnięty, napompowany hormonami nastoletni oskarek lat 80. Jim Majelewski.
Urgh, dla miłośników horroru wszelakiego oraz fanów ery VHS. Reszta może sobie darować.