Ten film mnie totalnie zmęczył, może o to właśnie chodziło by pokazać trudy życia słomianej samotnej matki - dziecko chore cały czas wymaga opieki, w mieszkaniu zawalił się sufit (dosłownie!), mąż daleko w robocie, wredna kasjerka nie chce sprzedać butelki wina bo za 2 minuty nocna prohibicja, w pracy same problemy i natrętni klienci.
I tak obserwujemy poczynania głównej bohaterki, która powoli stacza się w odmęty lekkiego szaleństwa z powodu samotności.
Zestresowany życiem człek postanawia wymusić na doradcach finansowych przeprosiny, za to, że zrujnowali jego interes. Bierze więc obrzyna, idzie do siedziby firmy i drutem przywiązuje trzymaną broń do szyi doradcy (oryginalny tytuł to "Dead Man's Wire").
Teraz ten stanie się jego zakładnikiem, póki nie zostaną spełnione warunki głównego bohatera.
Bardzo dobrze się ogląda, głównie dzięki młodszemu z familii Skarsgardów, który wbija się na aktorskie wyżyny.
Leonardo DiCaprio jako lewicowy rewolucjonista i jako ojciec, który próbuje uratować swoją córkę.
DiCaprio nie występuje w słabych filmach, to postanowiłem obejrzeć. Sam Leo zagrał dobrze, ale nie jakoś wybitnie. Moim zdaniem Sean Penn zagrał bardzo dobrze i ma dużą szansę na nagrodę Oscara za tę rolę.
Spodobały mi się długie ujęcia filmowe, nie jesteśmy atakowani całą masą cięć filmowych. Fabuła może nie była jakość wybitnie złożona, ale nie zauważyłem tam żadnych dziur.
Widzę, że kina zdecydowały się na puszczanie Funny Games z 1997. Czekam na rzeszę straumatyzowanych "fanów brutalnego kina" jak (o ile w ogóle) dotrwają do końca.
Zacząłem czytać Dwie wieże także chciałem sobie przypomnieć co było poprzednio - tym razem w wersji rozszerzonej. Co więcej w tej edycji było nie wyłapałem ale jak na prawie 4h nie nudził.
Oglądasz sobie ten film z Meg Ryan i Tomem Hanksem gdzie jest chłop, który przez internet poznaje laskę co się okazuje w realu się znają i ona go nienawidzi bo przez typa musiała zamknąć swoją małą księgarnię. Typ tam miał takiego dzieciaka co się nim opiekował bo to był jego dużo młodszy przyrodni brat. No i kurde oglądasz ten film i oglądasz a tutaj ta typiara nie ma księgarni, typ też nie ma księgarni. Sceny co się spotykać mają w kawiarni nie ma, tylko na szczycie wieżowca.
Co tu się odpierdala, jakiś efekt Mandeli?
Chcesz potwierdzić czy może ci się coś ubzdurało i pytasz narzeczonej.
- Cipcia, pamiętasz ten film co grał w nim Tom Hanks i Meg Ryan? Taka tam komedia romantyczna z lat dziewięćdziesiątych.
- Jo, pamiętam. Ten co Tom Hanks chciał wskoczyć do wulkanu.
Aż się boję wrzucać tu swoją opinię na temat tego filmu, bo wiem, że komedia obrosła kultem dla niektórych, sam fakt, że puszczano to na festiwalu w ramach jakiś tam komedii amerykańskich, może o tym świadczyć oraz wypowiedź prowadzących sekcję, którzy wprost powiedzieli, że zazdroszczą tym, którzy będą oglądać ten film po raz pierwszy.
To ja. Nie widziałam wcześniej "Jaj w tropikach".
Napiszę krótko: przez pierwsze pół godziny śmiałam się jak po⁎⁎⁎⁎na. Potem był koniec śmiania, czułam się jakbym oglądała polsatowskie kabarety.
Przepraszam fanów tej komedii, mi nie pykła, miałam dość tych dowcipów po 30 minutach już.
@Mahjong - rozumiem, że dla niektórych "włączających myślenie" to może być kultowy film bo może być odbierany jako naśmiewający się z politycznej poprawności - niemniej przy głębszej analizie (chociaż nie trzeba wcale kopać głęboko) wcale nie popiera rasizmu czy kulturowego zawłaszczania
Mnie osobiście część rzeczy w nim śmieszy - ale większość gagów odbieram jako meh (zwłaszcza po drugim obejrzeniu w tamtym roku zastanawiałem się nad skalą miałkości tego filmu i oceniam go na 5/10).
Najnowszy film Kelly Reichardt to antyheist movie. Mamy bohatera, który na początku wydaję się kolejnym sprytnym cwaniakiem chcącym zarobić na kradzieży dzieł sztuki. Plan wygląda niby ok, ale z czasem się okaże, że ten napad na muzeum to zwykła porażka, a główny "mastermind" musi się zmierzyć z jej konsekwencjami.
Kolega wychodził z kina zrozpaczony, bo zamiast ambitnego akcyjniaka dostał nieciekawą historyjkę, błąkającego się nudnawo bohatera, który unika odsiadki. Dla mnie to było fajne, że film zdemaskował takiego cwaniaka i zamiast superbohatera filmowego niczym z serii Ocean's (podaj dowolny numerek) dostajemy zwykłego lesera, który myślał o prostym zarobku i skrewił co tylko można było skrewić w swoim planie.
Więc ostrzegam - jeśli ktoś poleci na "o, jaki fajny opis, akurat Luwr okradli, zobaczmy!", to się może mocno rozczarować, bo ten film ma tylko podobny punkt wyjścia i cała reszta nie idzie dalej gatunkowo w stylu heist.
Skopiuję opis z w filmwebu: młody policjant Lucas dostaje zadanie: ma uwodzić mężczyzn w toalecie centrum handlowego, by aresztować ich za nieobyczajne zachowania. Kiedy jednak spotyka Andrew, rutynowa operacja przeradza się w coś niebezpiecznie intymnego.
I dosłownie czymś takim jest ten film. Parę fajnych scen, ale ogólnie to nie ma tam nic wyjątkowego, widzieliśmy takich historii już setki - zmagania się w własną tożsamością.
Ostatni film Macieja Damięckiego, który miał premierę rok po jego śmierci. O czym on jest? Misiek z Listów do M. oczekuje potomka i szykuje remont chałupy. Na jego czas jego Stary Grzyb (M. Damięcki) ma trafić do urokliwego domów starców z empatyczną załogą troskliwie dbająca o pensjonariuszy. Ma miejscu spotyka docenta Wolańskiego (Z. Wardejn)*, Barbarę Złotopolską (A. Nehrebecka) i… Gruzina z Czterech Pancernych (W. Press). Główny bohater początkowo jest nieco zagubiony, ale dość szybko odnajduje się w nowym otoczeniu. I może byłoby fajnie gdyby nie męczące go nocami koszmary, które maja związek z pensjonariuszami…
Największym mankamentem tej produkcji jest to, że była promowana jako horror (m. in. trailer, kinowa premiera w Halloween). W rzeczywistości to dramat (psychologiczny), który staje horrorem… (więcej nie mogę napisać bez robienia spoilerów). Owszem mamy klimat i rosnące napięcie, ale akcja toczy się dość powolnym tempem i film wymaga skupienia, aby wyłapać detale, dzięki którym zrozumieć fabułę i zakończenie.
Dobra komedia, genialna rola Goodmana, oraz Bridgesa. Ocena moim zdaniem zawyzona na Filmweb, ale może nie zrozumiałem jakiejs głębi Wazne, ze kilka razy sie zaśmiałem, a oto mi chodziło.
@kopytakonia cudowny film o chłopie, któremu cały świat zawraca d⁎⁎ę, a on chciał se po prostu grać z kumplami w kręgle i mieć wyjebane. Jeden z dwóch najwybitniejszych i najczęściej przeze mnie oglądanych filmów, obok Shreka.
@kopytakonia No bo Walter był cholerykiem, ale widzisz, taki właśnie był Koleś, że akceptował i wybaczał różne rzeczy, cały czas powrót do luzu i trybu "oh, fuck it"
Film jest komediowy, przez to wytraca ładunek, szczególnie pod koniec.
Bogaty, rozpieszczony Balthazar zainspirowany ćwiczeniami w szkole na wypadek napadu masowego shootera, postanawia umówić się sposobem z pewnym typem z Texasu, który napisał mu, że planuje urządzić sobie strzelanie w szkole.
Balthazar nie myśli w sumie wcale o tym, że zrobi coś dobrego - każdy normalny by po prostu pokazał rozmowy z anonem z netu policji. On chce być KIMŚ, bohaterem, dzięki temu zyska należny mu fejm, który nie jest tak łatwo zdobyć na rolkach w internecie, choć Balthazar nawet nauczył się płakać do kamerki telefonu, byle zyskać jak najwięcej lajków i komentarzy.
Konfrontacja napuszonego nastolatka z prawdziwym biednym incelem oczywiście skończy się nie tak, jakby życzyłby sobie główny bohater.
Linklater znów zabrał się za prawdziwych ludzi. Tym razem jeden wieczór z życia Lerenza Harta, autora broadwayowskich piosenek - jak własnie np. "Blue Moon", tuż po premierze musicalu "Oklahoma!".
Cały film to praktycznie słowotok wypowiadany ustami Ethana Hawke'a, który gra Harta. I chyba na tym miało to polegać. Mnie czasem męczył ten słowotok, ale umiem docenić rolę Hawke'a.
Jakiś czas temu wspominałem o premierze polskiego filmu erpegowego LARP. Miłość, trolle i inne questy w reżyserii Kordiana Kądzieli. Produkcja mimo zagranicznych wyróżnień, polskich kin nie podbiła - nieco ponad 10 tys. widzów na otwarciu i dość szybko wypadła z repertuarów, ale patrząc na filmweba dostała przyzwoite oceny (6,8 z 2,5k głosów). W każdym razie pewnie niedługo zawita na streamingi. Natomiast dziś przypadkiem napatoczyła mi się niespełna półgodzinna etuida filmowa LARP z 2014, która była punktem wyjścia do wersji kinowej i co ciekawe jest ona do obejrzenia na YouTubie .
17-letni Sergiusz czuje się zupełnie nierozumiany w swym najbliższym środowisku. Niektóre ciocie mylą go z jego kuzynem, starszy brat Remigiusz nawet nie otwiera ust w jego stronę, zaś ojciec bardzo chciałby zrobić z niego światowej sławy boksera. Chłopiec ucieka w świat fantastyki, która jest największą z jego pasji. Podczas jednej z terenowych rozgrywek fantasy Sergiusz zostaje bohaterem, co niesie za sobą nieoczekiwane konsekwencje.
Nie wiem jak ja się wyrobię z tym wrzucaniem filmów z AFFa, no ale samodyscyplina musi mi jakoś pomóc - byle chociaż 2/3 tytuły wrzucać dziennie - a przecież filmów oglądałam około 5 dziennie! Zapewne łatwiej jest oglądać filmy niż o nich pisać, nawet gdy to się lubi.
Biopic o życiu Bruce'a Springsteetan..., nie! czekajcie, to nie jest typowy biopic "od zera do bohatera". Tutaj the Boss jest już blisko statusu gwiazdy, co prawda "Born in the USA" zawita nieco później na listy przebojów, ale już jest w jego głowie. Tymczasem obserwujemy dość cichego, depresyjnego Springsteena, który walczy z własnym projektem - płytą "Nebraska". Oprócz tego walczy ze swoimi problemami psychicznymi.
Jeremy White jako Bruce jest bardzo przekonywujący i bardzo podobny. Oglądamy więc rockmana oderwanego od stereotypowego otoczenia - Bruce nie nadużywa alkoholu, nie bierze narkotyków, czasem żyje tak mocno muzyką, że nie potrafi wskoczyć znów w zwykłe społeczne relacje.
Ogólnie polecam, nie ma wiele złego w tym filmie, jego jedyną wadą, że jest to, że niczym nie zaskakuje w sensie realizacji, ale na pewno spodoba się, nawet jeśli nie jesteśmy fanami the Bossa.
Staram się oglądać wszystkie filmy Astera, i fakt, zjazd jest lekki od Hereditary i Midsommar. Ale jednak wciąż to jest znakomite kino, chociaż w "Bo się boi" odleciał już nieźle reżyser.
O Eddington też naczytałam się, że to nie jest to i w ogóle słabe. Ale ja bawiłam się dobrze, fakt, film jest ździebko za długi, ale mi bardzo dużo wynagrodziła pięknie akcyjna końcówka.
Ot, dość taki flegmowaty szeryf grany przez Joaquina Phoenixa postanawia kandydować w wyborach na burmistrza miasteczka. Spór z obecnym burmistrzem (w tej roli Pedro Pascal) walczącym o drugą kadencję zaczyna się ostro załączać, do tego do miasteczka przybywa epidemia koronawirusa oraz "epidemia" wzburzonych ludzi zabiciem George'a Floyda.
Aster nie pozwala nam polubić właściwie żadnego z bohaterów. Prawie każdy z nich jest zwykłym chujkiem, czy to mężczyzna czy kobieta. Nagle z małego, sympatycznego miasteczka Ellington staje się poligonem walk.