Ja akurat rozumiem. Bezsilność i frustracja wobec państwa z dykty. Lokalne ulice to sajgon parkingowy i pełno zapierdalaczy. Ludzie zgłaszają, proszą o rozwiązania i interwencje, a urzędnicy i służby mają to w tyle. To co pozostaje?
PS. Tak dodam, że u nas lubi się obwiniać "sprawcę", gdy tymczasem winny jest ten, kto nie dopatrzył i nie pomyślał - wydał pozwolenie na deweloperski kołchoz, nie uspokoił ruchu na wyremontowanej drodze, nie zapewnił miejsc parkingowych, itp., itd. Takie akcje, to dobitny przykład bylejakości aparatu urzędniczego, który przecież o wszystkim decyduje.
Brutalne i groźne, ale popieram, skoro inaczej się nie da.