Jeździliście na Woodstocki?

Mnie zdarzyło się parę razy i z wielkim rozbawieniem wspominam kontrast między pierwszym a ostatnim (jeszcze lata temu).


Uwaga, długie i nudne xD


Pierwszy Woodstock


Miałam już skończone 18 lat, bo mama mnie wcześniej na żadne imprezy nie puszczała. Ale marzyłam o tym już od lat. Oczywiście nie było możliwości aby rodzice mi taki bezbożny wyjazd zafundowali, więc zaraz po maturze znalazłam robotę w jakiejś fabryce zapierdolu za zawrotne 700 zł miesięcznie.

Mimo że pracy fizycznej nigdy się nie bałam, to ta robota odebrała mi chęci do życia i cofnęła z radosnego życia licealnego do patologicznego środowiska gimnazjum.

Jak możecie się domyślić, w takiej fabryce pracują specyficzni ludzie, większość jak ja zatrudnieni przez pośrednictwo, czasem na chwilę, ale w większości dlatego, bo nie mają w życiu innych perspektyw. Ci drudzy działali na mnie najbardziej depresyjnie. W takim środowisku, ten kto zarabiał 10 groszy na godzinę więcej, był typowym dupolizem i z pogardą patrzył na zarabiających mniej biedaków.

Nie czułam się dobrze w tym środowisku, dodatkowo drenowanie nas przez technicznych zarządzających halą, którzy traktowali nas jak zarazę, szybko doprowadziło moje poczucie własnej wartości do poziomów krytycznych. Byłam przerażona, że tak wygląda dorosłość i praca, którą wkrótce będę wykonywać do usranej śmierci.

Mój introwertycznym i brak ochoty na jakiekolwiek znajomości tam, nie polepszał sprawy. A w tym miejscu rządziły układy i kto z kim plotkuje.

Wytrzymalam tam miesiąc. W nagrodę za męki dostałam swoje 7 stów i AZS z którym walczę do dziś.

No to w drogę! Za zarobione pieniądze kupiłam w końcu komórkę, bo od dawna byłam bez a to już były czasy, że pisanie smsów miało znaczenie.

Reszta kasy poszła na ciuchy, szlugi i zostało 100 zł, które miało starczyć na podróż do Kostrzyna oraz przetrwanie tam 4 dni.

Uzbrojona w pożyczony namiot, kostkę, dowód osobisty oraz 100 zł wyruszyłam na dworzec. Nie, nie miałam ze sobą nic więcej poza ciuchami na sobie, nie miałam nawet bluzy, bo przecież środek lata, lol. Spotkałam się ze znajomymi i poszliśmy na peron. Okazało się że nikt z nas nie ma doświadczenia w samodzielnej jeździe pociągami i nie mieliśmy zielonego pojęcia gdzie się kierować. Ale oto i pojawił się on, pociąg pośpieszny czy inne Intercity (w sumie nie wiem czy wtedy istniały), który na tablicy miał wpisany Kostrzyn. Znaleźliśmy nawet wolny przedział w którym można było jarać szlugi. Niestety kłopoty nadeszły szybko, bo na kolejnej stacji wsiedli ludzie, którzy twierdzili, że siedzimy na ich miejscach. Koncepcja rezerwacji miejsc w pociągach była mi wcześniej nie znana, bo za miasto zawsze jeździliśmy z rodzicami autem. Ale spoko, pociąg nie był przepełniony więc ulokowaliśmy się gdzie indziej. Nie na długo. Oto wszedł konduktor, cały na biało, i po zerknięciu na nasze bilety, stwierdził że jesteśmy w złym pociągu. Po zapoznaniu się z naszymi życiorysami (a raczej ich brakiem), stwierdził że mandatu nie dostaniemy, ale na najbliższym przystanku mamy wypierdalać. Zaczęliśmy w panice przeszukiwać kible w celu odnalezienia kolegi, który biletu nie miał w ogóle i na postoju opuściliśmy lokal. Trzeba było wcześniej ruszyć głową, że ten piękny, czysty pociąg zajmowany przez dostojnych panów z aktówkami, nie zawiezie nas do naszego celu. I właśnie po kondycji pociągu, wypełnionego drącymi mordy punkami, rozpoznaliśmy, że oto nadjechał nasz pociung.

W środku, wiecie, impreza, na⁎⁎⁎⁎ni ludzie już na podłodze, ciasno jak jasna cholera, ale już witaliśmy się z gąską.

Od tej pory zostaliśmy zwolnieni z myślenia dokąd należy się udać, na której stacji wysiąść, bo oto staliśmy się jednym tłumem, z własną świadomością.

Na miejscu wysypaliśmy się z pociągu i ruszyliśmy całą drużyną, niesieni przez ducha bliskiej zagłady.

Dotarliśmy! Nie wierzyliśmy własnemu szczęściu, bo oto co do tej pory widzieliśmy tylko w telewizji, teraz stało przed nami otworem. Zapach tojtojów wymieszany z zapachem pobliskiej fabryki zapiexów działał kojąco.

Znaleźliśmy całkiem dogodne miejsce do rozbicia się, w lasku, nieopodal głównej sceny. Znajomi rozbili spory, komfortowy namiot w którym mieli spać w trójkę, ja natomiast rozbiłam się obok, starym pożyczonym namiotem, który niebezpiecznie uginał się przy mocniejszym oddechu. O swój dobytek się nie martwiłam, miałam przecież tylko kostkę z ukrytym w doszywanej kieszonce dowodem i tym co zostało ze 100 zł po kupnie biletów.

Ruszyliśmy na szamę, nie pamiętam ile wtedy kosztowały, ale te 50cm zapiexy zdawały się warte swojej ceny. No ale nie po to przyszliśmy aby jeść, tylko aby pić! Stanie w gigantycznej kolejce do wodopoju, wynagrodziło nam chłodne tyskie, które na tamte czasy było szczytem naszych ambicji.

Ugółem było dobrze, impreza się rozkręcała, tyskacze wchodziły aż miło, poznawało się kolejnych zakręconych ziomków, wielu z nich ubranych zjawiskowo, co i mnie się wkrótce udzieliło, bo łaziłam obwinięta taśmą do kwiatów z uroczym napisem 'ostatnie pożegnanie', pic rel, bo zachowałam na pamiątkę.

Z czasem moja ekipa zaczęła się rozdzielać, dziewczyny były nieco bardziej 'rozrywkowe' i poniosły je jakieś dragi, co zupełnie nie było w moim klimacie, natomiast kolega gdzieś zabalował i nie widzieliśmy go do końca imprezy. Udało mi się spotkać różnych znajomych z Wrocławia, ale poznawałam też innych, na co pozwolił klimat miejsca i alkohol, który zdecydowanie osłabił mój introwertyzm.

Pierwszy dzień udał się znakomicie, problemy pojawiły się dopiero kiedy wróciłam do namiotu zwabiona obietnicą błogiego snu. Niestety namiot nie wytrzymał mojego nagłego wtargnięcia I zaszła potrzeba postawienia go ponownie, już w ciemnościach i innym stanie świadomości.

Ale oto i sukces, wszystko stoi, można iść w kimę. Muszę dodać że był to mój pierwszy w życiu nocleg na łonie natury i byłam absolutnie zaskoczona, że ziemia jest twarda, a wraz z odejściem słońca nastąpił chłód. A miałam na sobie tylko koszulkę z krótkim rękawem, jeansy i glany. Ciężka to była noc, nie zapomnę jej nigdy.

Nad ranem zorientowałam się, że nikt ze znajomych nie wrócił. Udałam się więc do kolegi od którego pożyczyłam namiot i poszliśmy na krysznę i rajd po sklepikach.

Nie wiem czego spodziewałam się po darmowym żarciu, ale na pewno nie tego że nie zdołam wciągnąć tego bez odruchu wymiotnego. Z całym szacunkiem. Wolę tanie zapiexy. Na krysznie spotkałam koleżanki, nie do końca ogarniające rzeczywistość, ale wychwalające to jedzenie niczym dar od bogów. Stoiska z fantami okazały się być kopalnią 'chcę to', ale mój budżet po ubiegłonocnej imprezie, pozwolił jedynie na stanie w bezpieczniej odległości. A byłam wtedy fanatyczką pieszczoch I koszulek z ulubionymi zespołami.

Myślę że od tej pory już nie pamiętam co się działo w jaki dzień i w jakiej kolejności, ale właśnie wtedy zaczął się prawdziwy melanż. Ostatnie złotówki poszły na tyskacze i zapiexy i od tego czasu uzbrojona w wymięty kubek po piwie, łaziłam po każdym kto miał choć trochę alko i żebrałam o małą dolewkę na bideną maturzystkę. Nie będę jeszcze mówić jaki miałam do tego stosunek na kolejnych woodstockach, ale wtedy jeszcze żebrałam bezwstydnie I z dużymi sukcesami xD

Ogółem wszystko było dzikie, fajne, bawiłam się jakby jutra miało nie być. Ale niestety nadeszło. W pewnym momencie zaczęłam czuć się źle, okazało się że mimo 18 lat, niezniszczalna nie jestem i dopadł mnie kac gigant jakiego nigdy w życiu nie miałam. Gdyby ktoś mi wtedy przystawił pistolet do skroni to powiedziałabym strzelaj! Mój namiot leżał na płasko, wczołgałam się więc do namiotu znajomych, gdzie wkrótce zjawiła się jedna z koleżanek i choć nie wiem co przeżywała, byłyśmy w tym cierpieniu razem.

Kolejny dzień przyniósł ulgę. Ale to nie znaczy że zwinęłam manatki I wróciłam do ciepłego, wygodnego domu. Impreza musi trwać.

Tym razem skupiłam się na koncertach i taplaniu w błocie. Przypomnę tu, że nie miałam ciuchów na zmianę, a glany miałam nieustannie na nogach od wyjścia z domu. Tylko nasrać na środku.

Ale zabawa była pryma sort. Pogo uwolniło całą wściekłość na zapierdol, który przeszłam aby mieć kasę na wyjazd. Czułam się z ludźmi niczym jedno ciało, które musi wyrzucić całą nienawiść i zwątpienia. Po raz pierwszy w życiu dostąpiłam crowd surfingu, to było niesamowite przeżycie płynąć nad tłumem, do momentu aż nie trafiłam na dziurę i nie zjebałam się prosto na glebę. Na szczęście alkohol nieco zamortyzował upadek.

Trochę bolała noga ale impreza musi trwać. Trafiłam tuż pod scenę, gdzie ludzie półlegalnie popijali browary. Bardzo fajnie spędziłam z nimi czas, ale coraz mocniej odczuwałam ból w nodze. W tłumie wypatrzyłam jakiegoś znajomego, który nie chcąc słyszeć słowa odmowy, zaniósł mnie na rękach na szpital polowy. Do dziś współczuję lekarzowi, który musiał zdjąć mi glana i opatrzyć stopę. Na szczęście nie było to nic poważnego, dostałam maść i bandaż, na który od razu włożyłam glana. Pozostał tam niesciagany do powrotu do domu.

Nie mam pewności, ale to chyba była ta noc kiedy przyszła burza. Wymęczona wróciłam do namiotu, okazało się że koleżanki kimają u siebie, więc podjęłam próbę postawienia swojego namiotu. Bez sukcesu. Sytuacja w tamtej chwili była beznadziejna. Padał deszcz, nie miałam ciepłych ciuchów, mój namiot leżał niczym ówczesna polska gospodarka. Walnęłam się na ten żałosny namiot i w zimnie i deszczu doczekałam poranka.

W dzień wyjazdu znalazł się kolega, zebraliśmy drużynę i niczym pochód zombi ruszyliśmy na stację. W pociągu te same stare mordy, jednakże nikt nie imprezował. Nocny pociąg z mięsem, tyle że w dzień. Wróciłam szczęśliwa że byłam, ale też że mam to już za sobą a własne łóżko nigdy nie było tak wygodne.


Ostatni Woodstock


Czyli parę Woodstocków później.

Jechaliśmy autem, tym razem z inną ekipą. Znaleźliśmy miejsce w fajnym punkcie, dość wysoko, z przyjemnym widokiem na kawał terenu. Rozbiłam swój ogromny, nowy, komfortowy namiot, 4 osobowy cały dla mnie. Nadmuchałam gruby, wygodny materac, ponadto miałam śpiwór i dodatkowy koc. Drugie buty na zmianę, kurtkę, bluzy, kilka par skarpetek, chusteczki nawilżane, tabletki przeciwbólowe, plastry, latarka, zapasowe baterie, telefon, power banki, ogółem byłam gotowa jak na wojnę.

Ale wojna nie nadeszła.

Tym razem bawiliśmy się raczej we własnej grupie. Wieczorem grzecznie wracałam do namiotu przebrać się do snu. Na żebrajacych o dolewkę browara patrzyłam raczej z politowaniem pijąc za własne pieniążki zarobione w komfortowej pracy biurowej.

Do błota nie wlazłam bo nie chciało mi się marnować zapasowych ciuchów, w pogo byłam, ale na spokojnie.


Jaki z tego wniosek? Nie wiem, zostawiam wam do oceny, niemniej jednak wspomnienia z pierwszego Woodstocku pozostaną we mnie żywe zawsze.

#woodstock #wspomnienczar #nostalgia

e29c9f7b-447c-432a-8ede-725d4418fe88

Komentarze (73)

@Shivaa Kurde, a ja to żarcie Hare Kryszna wspominam jak mannę z nieba. Nigdy więcej już od tamtej pory nie jadłam już nic tak pysznego. Bywałam w różnych indyjskich knajpach ze świetnymi ocenami, ale nic nawet nie zbliżało się do tamtego smaku.

@GazelkaFarelka wydaje mi się że teraz oceniła bym to jedzenie zupełnie inaczej, ale wtedy to była dla mnie kompletna abstrakcja jak jedyne jedzenie jakie znałam to schabowy mamy i pizza

Jak ja byłem kilka razy, jeszcze w Żarach, to to żarcie było dobre bo za darmo xd

No i pamiętam scenę z toitoiów (które po godzinie od postawienia miały w środku menisk wypukły), gdy jakaś ekipa postanowiła obrócić jednego na bok. Na drzwi. Z jakimś biedakiem w środku. Xd

Piękne czasy.

@Shivaa pewnie działo się to na każdym woodstocku xd

Aa, no i jeszcze jedną scenę pamiętam - spod sceny - gdy podczas koncertu Sweet Noise Glaca postanowił skoczyć sobie na tłum. Tłum oczywiście nie taki głupi jak by się wydawało, widząc Glacę w powietrzu wziął i się przytomnie rozstąpił. Oprócz jednego typka na samym środku, który pewnie nie mógł się zdecydować w którą stronę uciec, i na którego ten Glaca się elegancko spierdolił z trzech czy czterech metrów. Muzyka stop, typek nieprzytomny leży na ziemi, Owsiak z mikrofonem ze sceny krzyczy "nic się nie stało, nic się nie stało, gościu wstawaj, nie udawaj!" Xd

@jiim Byłem pare lat temu bodajże w Solu kujawskim na koncercie co niestety KSU nie dotarło.Był Glaca i Sweet Noise.Pięknie grali.Szkoda, że swoją szansę zaprzepaścili.

@zjadacz_cebuli pierwszy 2006 a ostatni nie mam pojęcia, pewnie gdzieś 2014. Ale nie na wszystkich byłam, chyba ze 4 razy

@Shivaa to Ty taka stara jesteś? XD mój pierwszy to był właśnie 2014 i żałuję że dopiero przed 30 się tam wybrałem. Co roku myślę czy by się nie wybrać zaś, ale to lotnisko mnie nie przekonuje

@zjadacz_cebuli #geriatria hools 😏 Też myślę wielokrotnie aby się wybrać ale kurła, w Kostrzynie to było Tak samo jak starsi wspominają Żary

@zjadacz_cebuli chyba w zeszłym roku było hejto piwo na Woodstocku, ja za to byłam na woodstockowym zlocie DigArta i też pięknie wspominam 🥹

@Shivaa na polu Malinowskiego to było ale w latach 2017-19, coś takiego. Było wesoło w szczególności, że chłopaki z zespołu bawili się z nami a ja mam pamiątkę w postaci czepeczki ze śmigiełkiem i dedykacją "dla tego chuja który nie chciał sprzedać czapki" xD perkusista chciał ją kupić ode mnie ale ja nie byłem frajer xD

@zjadacz_cebuli woow to niezłe doświadczenie Plusik dla chłopaków że się z fanami bawili Ja to raz, że tak się pochwalę, piłam browara z Kostrzewskim na koncercie Kata xD

@Shivaa a to sam bym się z nim napił! A no ogólnie chłopaki są bardzo przyziemni. Była taka akcja, że jak szli do nas to z jakiegoś obozu leciała muzyka kochanków. Perkusista poleciał ich uciszyć, kazał wyłączyć to gówno, w obozie mu nadali, kazali spierdalać a chwilę później wszedł wokalista i kazał im to wyłączyć xD pojebane

Byłem raz przez przypadek. Ze znajomym odwoziliśmy koleżanki nad jezioro za Zieloną Górę. One niby trasę znały bo jeździły do rodziny co roku i tak jechaliśmy aż trafiliśmy mieścinę i ulice gdzie było pełno ludzi(Kostrzyn). Na początku myśleliśmy, że jest jakiś koncert aż to momentu gdy zobaczyliśmy bramę z napisem "Woodstock". Nasze znajome trochę drogę pomyliły i po chwilowym postoju pojechaliśmy dalej, gdy zobaczyłem tablicę z kierunkiem na Szczecin wiedziałem, że będzie Wesoło. Wracaliśmy nocą w deszczu licząc na moją "orientację w terenie" i darmowe przeglądanie mapy na stacjach paliw, bo do baku wlaliśmy za wszystkie złotówki co mieliśmy. Do domu dojechaliśmy na rezerwie i mocno wyjechani tak długa podróżą.

@Shivaa pierwszy był w Żarach w wakacje przed liceum, pojechałam pod opieką starszego brata. Ani przez moment nie byłam trzeźwa, wspominam wspaniałe.

Od tego czasu jeździłam prawie co roku i bawiłam się świetnie, poznałam mnóstwo cudownych ludzi.


Ostatni był już w Czaplinku i wspominam średnio, ekipa powoli się posypała, sam Woodstock też nie jest tym czym był wcześniej.


W zeszłym tygodniu przejeżdżaliśmy przez Kostrzyn i przejechaliśmy sobie przez teren festiwalu - było milion "a pamiętasz jak tutaj...?"

@KatieWee ehh, no właśnie nic nie pobije tych najwcześniejszych wspomnień, ale myślę że z dobrą ekipą, nawet na tym lotnisku można się dobrze pobawić, najważniejsi są ludzie, nie miejsce 😊

@Shivaa nie moje klimaty ogólnie jeśli chodzi o Woodstock ale klimat przygody i jazdy pociągiem jest mi bliski. Kiedyś pojechałem 600 km pociągami mając 16 lat do dziewczyny w zupełnie odlegle dla mnie rejony

@Belzebub na tym pierwszym woodstocku poznałam kolesia który zapoznał mnie z moim przyszłym chłopakiem. Jeździłam do niego do Warszawy z Wrocławia co tydzień więc znam ten ból xd

@Shivaa kiedyś byłem w klimatach bardziej zbliżonych do skinheadów (młody i głupi)...Mówiłem - "nigdy nie pojadę na Woodstock, bo tam same brudasy"... Z czasem, jak zmądrzałem - pojechałem. Nie zapomnę pierwszych wyjazdów nigdy. Miałbym do poopowiadania tyle co Ty. Teraz natomiast jeżdżę, bo po prostu chcę być tego częścią, jednak wpadam tylko na parę godzin. W pełni Cię rozumiem.

@Shivaa Dlatego powinno się korzystać z życia w każdej chwili, nic nie odkładać. Inaczej coś przeżywamy mając lat 20 a inaczej 40. Chociaż miejsce będzie to samo

@Shivaa Dokładnie tak Kiedyś z kolegami co piątek w zasadzie picie, często do odciny i to jakimś tanim alko z mety xD A teraz jak się spotkaliśmy to kilka piwek i w sumie po 23 zbieraliśmy się z miasta do spania xD

@Shivaa

te wcześniejsze lata są najlepsze, bo człowiek jeszcze bez zahamowań i zafascynowany życiem

Zrobiło mi się jakoś smutno na sercu. Chyba się starzeję XD

@Shivaa Ta historia przypomina kubek w kubek mój jedyny raz na woodstocku xD Tylko ja z kumplem to nawet nie miałem namiotu Wspominam tą przygodę z dreszczem zniesmaczenia ale w tamtym momencie było za⁎⁎⁎⁎ście. Jeszcze dostałem mandat jak wracaliśmy pociągiem z mięsem bo nie miałem legitymacji studenta a jechałem na ulgowym bilecie... ech, młodość.

Ja tam przez 2 lata zajadałem się tym pysznym mięskiem z kryszny. A potem dowiedziałem się, że tam żadnego mięska nie było xD

@Shivaa ło Pani kochana, ale nostalgia mi wjechała xD

Byłem na 5 (albo 6?) woodstockach, rok w rok, piękne czasy. Aczkolwiek polegalem na doświadczeniu mojej dziewoji (dziś żony), która była na jeszcze dwóch brudstokach, zanim się poznaliśmy.

Z ludźmi z ekipy poznanej za pierwszym razem trzymam się do dziś, jeden ziomek jest moim sąsiadem, drugi uratował mnie przed kilkoma mandatami, jako policjant

choć na wooda już od ponad 10 lat nikt z nas nie jeździ i nie ma ochoty xD dziś patrzyłbym z politowaniem na to wszystko, ale w wieku 18-25 nie ma lepszego miejsca, aby być na ziemi. To jest niesamowite jakim dobrem i pozytywnym zakręceniem bije ta masa ludzi. Ci, co byli wiedzą, a ci co nie byli nie zrozumieją, bo ciężko uwierzyć, że ponad pół miliona ludzi w jednym miejscu i czasie może czuć do siebie miłość.

@Rafau pięknie powiedziane 😍 ja mam nadzieję jeszcze wrócić i bawić się szampańsko aby nie dać się dorosłej codzienności

Teraz to z dzieciakami się jeździ pokazac im jak wygląda kolorowa Polska i żeby miały tez co wspominać. Poza tym myslę że wyrwanie siez haty jako 18 latek na woodstock to duże jazda bez kontroli daletego wolę to pokazac narybkowi z komentarzem ojca bawiącego się w pogo

@D21h4d paru z moich znajomych właśnie w pewnym momencie zaczęła dzieciaki zabierać, teraz to już są na tyle duże że lada chwila same będą jeździć

Zaloguj się aby komentować