– Ale dlaczego chcecie nas złożyć w ofierze? – zapytał Dwukwiat. – Przecież nawet nas nie znacie!
– W tym właśnie rzecz. Składanie w ofierze przyjaciół dowodzi braku wychowania. Poza tym, no... zostaliście wskazani. Nie znam zbyt dobrze tego boga, o którego chodzi, ale udzielił bardzo wyraźnych instrukcji. (...)
(...)Rów Gorunny – bruzda w powierzchni Dysku tak głęboka, czarna i tak podobno groźna, że nawet krakeny zapuszczały się tam lękliwie i tylko parami. W podobno mniej groźnych szczelinach ryby używały swych naturalnych świateł i na ogół radziły sobie całkiem nieźle. W Gorunnie ich nie zapalały; skradały się, jeśli w ogóle istota bez nóg może się skradać. Często wpadały na różne przeszkody. Przerażające przeszkody.
Opis czerni niemal namacalnej kojarzy mi się najbardziej chyba z „Opowieściami z Narnii" Lewisa. Był tam rozdział o płynięciu przez obszar tak ciemny, że nie było widać nic. Pamiętam, że mocne to wrażenie na mnie, jako dzieciaku, zrobiło. O ile nie pomyliłem książek
– Czasami wydaje mi się, że można przez całe życie wędrować po Dysku i nie zobaczyć wszystkiego – westchnął Dwukwiat. – A teraz okazuje się, że są jeszcze inne światy. Kiedy pomyślę, że mogę umrzeć i nie widzieć nawet setnej części tego, co bym chciał, czuję się, no... – Urwał na chwilę. – Chyba pokorny. I bardzo zły, naturalnie.
(...) Nienawiść jest siłą przyciągającą, tak jak miłość. Oni czują obrzydzenie do wody, sama idea wody budzi w nich wstręt. Naprawdę dobrego hydrofoba trzeba szkolić od urodzenia, na odwodnionej wodzie. Kosztuje to majątek, nawet jeśli liczyć samą magię. Za to potem umieją znakomicie zamawiać pogodę. Chmury deszczowe zwyczajnie rezygnują i płyną gdzie indziej.
– Wy jesteście z brudu – mówił dalej troll. – Ale ja nie wygłaszam uwag na temat spraw, na które nic nie możecie poradzić, prawda? Nie mamy wpływu na to, jak skonstruował nas Stwórca. Tak uważam. (...)
Mag i Dwukwiat wyszli na pomost i Rincewind po raz pierwszy ujrzał trolla.
Nie wyglądał tak strasznie, jak go sobie wyobrażał.
Hmm, mruknęła po chwili wyobraźnia.
Rzecz nie w tym, że troll był przerażający. Zamiast gnijącego, uzbrojonego w macki monstrum, jakiego oczekiwał, Rincewind zobaczył przed sobą krępego, ale nieszczególnie brzydkiego staruszka, który mógłby bez zwracania uwagi przejść po dowolnej ulicy. Pod warunkiem oczywiście, że przechodnie byliby przyzwyczajeni do widoku staruszków zbudowanych głównie z wody i prawie niczego więcej. Sprawiał wrażenie, jakby ocean postanowił stworzyć życie bez angażowania się w męczące dzieło ewolucji; zwyczajnie uformował część siebie na kształt dwunoga, po czym wysłał go, by chlupocząc spacerował po brzegu. Troll miał przyjemną, przejrzystoniebieską barwę. Rincewind zauważył niewielką ławicę srebrnych rybek, która przemknęła mu przez pierś.
Niektórzy z piratów zyskiwali nieśmiertelność przez okrutne i śmiałe czyny. Inni zyskiwali nieśmiertelność gromadząc olbrzymie skarby. Lecz kapitan już bardzo dawno temu zdecydował, że ogólnie rzecz biorąc wolałby osiągnąć nieśmiertelność nie umierając.
(...) Potwór ruszył prosto na nich. Zanim w pełni zrozumiano jego straszliwą naturę, kilku ludzi spróbowało ataku siekierami. W rezultacie porzucił wytrwałe przeszukiwanie statku i albo wypchnął ich za burtę, albo... pożarł? Kapitan nie był całkiem pewien. Potwór wyglądał jak zwykły kufer, może nieco większy niż przeciętny, ale nie aż tak, by wzbudzić jakieś podejrzenia. Co prawda, czasami zawierał w sobie takie rzeczy jak stare skarpety, jednak kiedy indziej... kapitan zadrżał... wydawał się... zdawał się mieć... Spróbował o tym nie myśleć. Tyle że ludzie, którzy utonęli za burtą, mieli chyba więcej szczęścia od tych, których dogonił. O tym również spróbował nie myśleć. Tam były zęby, straszne zęby podobne do drewnianych, białych nagrobków, i jęzor czerwony jak mahoń...
(Woda na Dysku ma niezwykły, czwarty stan skupienia, wynikający z intensywnego upału oraz wysuszającego działania oktarynowego światła; pod wpływem tych czynników odwadnia się, pozostawiając srebrzysty pył podobny do płynącego swobodnie piasku. Dobrze zaprojektowany kadłub może bez wysiłku sunąć po takim podłożu. Odwodniony Ocean to dziwne miejsce, lecz nie aż tak dziwne, jak żyjące w nim ryby.)
[Rincewind] Zastanawiał się, co to właściwie za życie, kiedy trzeba płynąć bez przerwy, by pozostać w tym samym miejscu. Bardzo podobne do jego życia, uznał.
Coś szło stamtąd do przodu. Coś dużego, podłużnego, drewnianego i obitego mosiądzem. Miało setki nóżek. I było tym, czym się wydawało: chodzącym kufrem tego rodzaju, jakie występują w książkach o piratach, po brzegi wypełnione zdobytym nieuczciwie złotem i drogimi kamieniami...
A potem to, co pewnie służyło za wieko, otworzyło się szeroko.
Nie było tam żadnych klejnotów. Było za to mnóstwo wielkich, kwadratowych zębów, białych jak sykomor. I jeszcze pulsujący jęzor, czerwony jak mahoń.
Rzecz w tym, że kilka kwintylionów atomów zmaterializowało się właśnie (chociaż z drugiej strony wcale nie; patrz poniżej) we wszechświecie, gdzie, formalnie rzecz ujmując, być ich nie powinno. Na ogół rezultatem takiego zjawiska są potężne eksplozje. Ponieważ jednak wszechświaty są dość elastyczne, ten szczególny uratował się, natychmiastowo rozwijając swe czasoprzestrzenne kontinuum w tył, aż do miejsca, gdzie dodatkowe atomy mogły zostać bezpiecznie przyjęte. Potem szybko przewinął z powrotem do tego kręgu blasku, który z braku lepszego terminu jego mieszkańcy zwykli nazywać Teraźniejszością. Oczywiście, zmieniło to historię: wybuchło parę wojen mniej, żyło parę dinozaurów więcej i tak dalej, ale ogólnie rzecz biorąc, cały epizod minął zadziwiająco spokojnie.
Rincewind próbował wypchnąć z umysłu to wspomnienie, ale ono najwyraźniej świetnie się tam czuło, terroryzowało innych mieszkańców i kopało meble.
Niejaki Moist von Lipwig, po sukcesach na stanowisku głównego poczmistrza, w ekstraordynaryjnych okolicznościach otrzymuje propozycję zarządzania Królewskim Bankiem i Mennicą w Ankh-Morpork. Propozycja kusząca, ale już na wstępie mnożą się problemy. Główny kasjer wygląda na wampira, w piwnicach Igor z Hubertem budują tajemniczą machinę która nazywają Chluperem, w mennicy okazuje się że produkcja monet kosztuje więcej niż są one warte, a na dodatek codziennie trzeba wyprowadzać prezesa na spacer. Sprawy nie ułatwia też fakt, że sam Lipwig to były oszust, a w tych okolicznościach jego mroczna przeszłość jest o krok od ujawnienia.
Nie nazwałbym się jakimś wielkim fanem Pratchetta, czytałem w życiu kilka tomów, ale to tak od przypadku do przypadku z różnych serii - ot co wpadło w ręce. Z tym bohaterem jeszcze się nie spotkałem, ale z miejsca zaskarbił sobie moją sympatię. Książka
zdecydowanie jedna z lepszych z tych które czytałem. Mamy wszystko z czego słynie Świat Dysku - specyficzny humor, świetne postacie i trzymającą w napięciu fabułę. Serdecznie polecam, a na zakończenie podaję przepis na kanapki wykonywane przez Golema, w sam raz na tag #uuk
"Zabrzmiało dyskretne pukanie do drzwi i weszła Gladys. Z najwyższą ostrożnością niosła tacę kanapek z szynką, bardzo, bardzo cienkich, jak tylko Gladys potrafiła robić - wkładała jedną szynkę między dwa bochenki chleba i bardzo mocno przyciskała swoją dłonią wielkości łopaty.
- Domyśliłam Się, Że Nie Jadł Pan Drugiego Śniadania, Poczmistrzu - zadudniła.
- Dziękuję Ci, Gladys - Moist otrząsnął się w myślach
(...)
Kiedy wyszła, Moist wyjął z szuflady biurka pęsetę, rozłożył kanapkę i zaczął wyciągać z niej kawałki kości, będące skutkiem stosowanej przez Gladys techniki młota parowego.
Idę po kolei. Jestem już po 8 tomie. Straż straż. Świat ankh jest super, ale coś czuję, że muszę zrobić sobie odskocznię. Podziwiam tych, którzy ciągiem idą 50 sztuk.