Nie wiedziałem który kawałek Zielonych Żabek wrzucić z tamtych lat, bo cenię wszystkie.
Tak z ciekawości. Mój najlepszy koleżka nie chciał mi więcej przegrywać kaset u siebie. Ja nie miałem jak. Kasprzaka chyba jeszcze wtedy męczyłem, albo jakiegoś "jamnika". I zawsze on mi przegrywał jak coś potrzebowałem.
W każdym razie, żeby przegrać (chyba) trzeba było to odtworzyć z dźwiękiem. I mój przyjaciel wtedy powiedział, że wstyd przed rodzicami. Jak leciał kawałek złodzieje to rodzice pytali co on słucha. Z dobrego domu, miał sprzęt jakiego prawie nikt nie miał wtedy. No i to że się kumplowaliśmy to nie znaczy, że mieliśmy takie same gusta muzyczne
@WatluszPierwszy byłem na ich koncercie w Pradze i sie zawiodłem. Spektakl, widowisko, profesjonalny event - tak. Na pewno nie koncert punkowy. A kontakt z publicznoscią to juz w ogole zerowy
@FriendGatherArena dlatego nie poszedłem na nich jak miałem okazję ostatnio i nie idę na najbliższy koncert w Warszawie. Byłem 15 lat temu jak jeszcze grali punkowe koncerty w klubach o było rewelacyjnie.
#winyle #punk #biedronka #muzyka
Biedronka znowu uraczyła winylimaniaków płytami. Niestety są to wydania typowo bootlegowe. Koncerty zgrywane z transmisji radiowych. Kupiłem The Clash tylko dlatego, bo jestem psychofanem i jakość nagrań w tym wypadku jest dla mnie drugorzędna. Brzmi to słabo, ale okładka fajna. Poza tym zawsze przyjemniej mieć coś takiego na winylu a nie na CD czy odsłuchiwać przez youtube. W każdym razie mi słucha się przyjemnie. Ma to swój klimat i czuć tzw. ducha czasu. Jednak zaznaczam, gdyby ktoś chciał kupić, że to są nagrania raczej do uzupełnienia kolekcji dla świrów.
Niniejszym postanowiłem utworzyć tag #posluchajtego pod którym będę wrzucał płyty, które posiadam, dobrze znam i uważam za warte odsłuchu przez innych.
Oxymoron i ich "The Pack is Back", to jedna z najlepszych punkowych płyt lat 90. na spółkę z ich debiutanckim materiałem "Fuck The Nineties...". Jak pierwszy raz usłyszałem to jeszcze z kasety, to spadłem z krzesła z wrażenia. Przy tych płytach tańczyłem pogo w swoim pokoju i do dziś do nich wracam. Mam obie w kolekcji na CD i planuję zakup winyli. bo taka muzyka najlepiej gra z takiego właśnie nośnika. Agresja, melodia. Solidny punk rock wszak to Niemcy. Aha, na żywo też miałem szczęście ich zobaczyć w 2002 w Krakowie na słynnej Punkowej Orkiestrze przed startem której policja urządziła sobie plac zabaw jak za czasów PRL.
Dziś taka propozycja muzyczna ze świata hc/punk i straight edge.
Jak mówią słowa pewnej piosenki "punk rock ruined my life but never changed a thing". Chociaż w moim przypadku to punk rock raczej uratował mi życie i sprawił, że nie skończyłem jak przegryw. Z kolei hardcore i pewne idee bliski straight edge pokazały mi, że pozytywny bunt jest możliwy a dawanie w banię co weekend i schlewanie się w trupa, to średnio fajne rozwiązanie. Gdy jako nastolatek usłyszałem Shelter, to zgoliłem głowę, zamieniłem glany na trampki a skórzaną marynarkę z przypinkami na bluzę z kapturem. Do dziś lubię wracać do ich płyt.
Aha no i pomyśleć, że kiedyś teledyski Sheltera śmigały w Polsacie tak było... nie zmyślam.
Nowy kawałek i przy okazji teledysk od Anglików z Grade 2. Jak dla mnie mega udana piosenka. Jest melodia, jest refren. Noga sama tupie. Samą kapelę widziałem na żywo trzy razy i z czystym sumieniem polecam. Jako nerd punkowy mam oczywiście trzy ich płyty w kolekcji.
@modulator_serwisu chcesz nabić pioruny to dobrze sie składa bo mam doskonały plan. Wysylam Ci na PW listę 290 utworów Ryszarda Rynkowskiego, więcej info
#muzyka #reggae ale jak ktoś pamięta jak punk się mieszał z reggae na jednych i tych samych imprezach, to może #punk też pasuje.
Polskie reggae powinno zostać ustawowo zakazane (nie licząc kilku wyjątków). Jednym z nich jest Shashamane. I o ile ich płyta debiutancka ma swoje mankamenty np. banalne do bólu teksty o boskim działaniu marihuany, to jej dubowa wersja "Dubmasters meets Shashamane", to jest klasa. U mnie to CD długo nie schodziło z odtwarzacza. Kocham dub, kocham te echa, pogłosy, rozciągnięte dźwięki. Zamykam oczy i mam odlot.
Jestem ciekawy jakie to wyjątki ʕ•ᴥ•ʔ Swoją drogą - nie do końca rozumiem skąd się wzięło darcie łacha z polskiego reggae. Nie wiem co teraz się gra, ale to stare nie było takie złe.
@WatluszPierwszy przecież polskie reggae jest podobne jak dowolne zagraniczne - czasem jest spoko, a czasem mniej. Czasem ktoś ma jeden kawałek, który nadaje się do czegoś, a czasem jest wspaniałą cała płyta.
@Statyczny_Stefek Mam wrażenie, że jednak u nas jest i było więcej słabego reggae niż dobrego. Problem chyba w tym, że u nas mało kto zna korzenie tej muzyki i umie wyłapać coś więcej niż "cyk cyk" na gitarce.
@WatluszPierwszy miałem kiedyś fazę na zgłębianie reggae z innych krajów (francuskie, czeskie, nawet japońskie). Moim zdaniem ta reguła obowiązuje wszędzie.
@Boksik Mieli swój czas wśród moich znajomych Kumpel jakąś ich płytę dorwał bodaj w Holandii i przywiózł ze sobą. To były okolice 2004-2006. Dla mnie czasy imprez powtarzających się niemal co weekend i chlania w lokalnym pubie. Z tym mi się chyba kojarzy ten zespół najbardziej.
Poranna tzw. polecajka (nie lubię tego słowa). O zespole Distance znaleźć cokolwiek trudno. Wiem, że są z Bordeaux i grają w tej kapeli ludzie związani od la z tamtejszą sceną i aktywni w jakichś innych muzycznych projektach. Muzycznie jest to.. bardzo francuskie Po prostu melodie, trochę melancholii, gdzieś w tle klawisze a wszystko to pozostaje jednak mocno punkowe. Ta debiutancka epka jest niesamowicie przebojowa. Planuję zakręcić się za zakupem fizycznego nośnika, bo słuchanie takiej dobrej muzyki ze spotify czy youtube, to zbrodnia na sztuce.
Francuska scena punk od zawsze była silna. Już u zarania zespoły miały swój styl. Rodziły się w tych gorszych częściach miast. Paryż zakwitał pąkami róż, modnie ubrane kobiety siedziały w kawiarniach w Bordeaux studenci szaleli na imprezach, a turyści podziwiali zabytki... gdzieś tam, w innym, bogatszym, lepiej urodzonym świecie. Daleko od problemów przeciętnej młodzieży, daleko od jej frustracji, smutków i radości. Lata 80. we Francji pełne były niepokojów. To czas rządów Francoisa Mitterranda, okres kryzysu naftowego, bezrobocia, strajków studenckich, protestów przeciwko prywatyzacji szkolnictwa. W letni dzień 1980 powstaje kapela. To Camera Silens. Powstaje przy okazji spotkania Gillesa Bertina i Benoita Destriau. Szczególnie pierwszy z tych chłopaków będzie istotny dla tej opowieści. Wywodzą się z tego "gorszego Bordeaux" z dzielnicy Saint-Pierre. Zainfekowani brytyjską sceną punkową, a szczególnie UK Subs, Cockney Rejects i północnoirlandzkim Stiff Little Fingers też chcą grać. Nazwę dla zespołu biorą od komórek izolacyjnych dla niebezpiecznych więźniów. Dwa lata później wygrywają konkurs dla kapel i nagrywają demo. Przez kolejne lata grając, chociażby u boku kultowych The Outcasts z Irlandii Północnej, Bertin i jego kumple zdobywają szturmem kolejne sceny i kolejne miasta. Niestety Gilles trafia za kratki za kradzież. Trwają bez swojego koła napędowego, a skład się zmienia. GDy ich kumpel wreszcie wychodzi na wolność, mają swój styl, swoje brzmienie. W 1984 nagrywają "Realite" najlepszą punkową płytę, jaka kiedykolwiek powstała w kraju bagietek i wpierdzielania żab na obiad. Brzmienie można określić jako coś pomiędzy klasycznym oi! a zimną falą. Jest w nim coś przebojowego, a jednocześnie dołującego i niepokojącego. Frustracja, codzienność, szara rzeczywistość, to wszystko wylewa się z tego krążka. W 1987 wydają kolejny album, ale to już nie to samo co debiut. Niestety Bertin nurza się w chaosie, narkotykach, alkoholu i wpada w świat przestępczy. Żyje szybko, jakby pędził na złamanie karku w dół górskiego zbocza... ku przepaści. Jest 27 kwietnia 1988 kiedy grupa dwunastu facetów napada na w zajezdni ciężarówkę firmy Brinks przewożącej gotówkę do jednego z banków. Wszystko jest dobrze zaplanowane. Wcześniej porywają trzech pracowników firmy. Jednemu z nich każą wyłączyć system alarmowy zajezdni. Wśród rabusiów jest Gilles Bertin. Ginie mnóstwo forsy, ponad 11 milionów franków. Nie pada żaden strzał. Przestępcy są tak zuchwali, że dzwonią nawet do lokalnej prasy i chwalą się swoją akcją. Policja uruchamia specjalną "Operację Sangria". Wszystko się udaje, a kajdanki zaciskają się na nadgarstkach jedenastu bandytów. Jedenastu, a nie dwunastu, gdyż nie ma wśród nich lidera Camera Silens. Bertin ucieka do Hiszpanii. Zmienia tożsamość. Teraz nazywa się Didier Ballet. Jedzie do Portugalii. Prowadzi sklep płytowy a później ponownie w Hiszpanii małą kawiarnię. Po latach powie, że żył jako wolny człowiek z piętnem bandyty, że każda osoba wchodząca do jego sklepu jawiła mu się, jako przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości. Zawsze z tyłu głowy miał uczucie, że może to dziś, może za chwilę, sprawiedliwość upomni się o niego. Nie wiedział, że w rodzinnej Francji jest uznany za zmarłego. Mija czas. Jest 2006 rok, a Bertin ma dość, jak sam później powie, był "zmęczony kłamstwami i miał zszargane nerwy". Poza tym ma HIV. Wraca do rodzinnego kraju i oddaje się w ręce wymiaru sprawiedliwości. Na sali sądowej zapewni później, że w napadzie wziął udział nie dla pieniędzy, lecz dla adrenaliny. Bertin siedzi na sali sądowej wraz z torbą pełną drobiazgów niezbędnych w codziennym życiu. Jest pewien, że trafi od razu do więzienia. -Muszę spłacić dług. Nie mam wyboru - mówi. Ostatecznie sąd skazuje go na pięć lat w zawieszeniu. Na sali wybuchają oklaski a Bertin wreszcie może odetchnąć. Mówił, że te lata życia, gdy stał się niejako innym człowiekiem, były radością z wolności, ale też męką. Zerwał kontakt z rodziną, z synem, ze swoją pierwszą partnerką. - Jakbym przeszedł na inną stronę - powiedział kiedyś. Wspominał, że bywało, iż popadał w paranoję, wszędzie widział zagrożenie. Dwa razy nawet ktoś go rozpoznał, ale szczęśliwie nic na skutek tego się nie wydarzyło. Bertin zmarł w 2019. Żył jak chciał i na sam koniec spotkał się z synem, odpowiedział za swoje grzechy i oczyścił się. A Camera Silens nadal żyje dzięki kolejnym pokoleniom dla których jest ogromną inspiracją. Kapele do dziś garściami czerpią z jej brzmienia a francuska scena jest silna, jak nigdy dotąd. Tekst napisałem na podstawie artykułów m.in. w The Guardian, radiopunk.it , medium.com , spirit-of-rock.com i własną wiedzę Historia, którą przeczytaliście, jest maksymalnie uproszczona i skrócona, by nie zalewać informacjami, które mogłyby zanudzić czytających. Sam jestem punkowym nerdem i uwielbiam babrać się w szczegółach takich historii. Jednak wiem, że nie każdy tak ma, a miał to być tekst na hejto, a nie reportaż. Liczę, że Was chociaż trochę zainteresowałem. Punk żyje.
"Krawaty na szyje panowie urzędnicy
Łopaty do rąk panowie robotnicy
Po pracy do domu
Jest czas na rozmnażanie
Dla słabych i zmęczonych mamy sztuczne oddychanie"