Zimna pokerzystka-modelka powoli zaczyna mieć obcesję na punkcie sądowej sprawy tortur i morderstwa trzech nastolatek
W teorii lubie to co ten film robi. Dotyka tematyki perwersyjnej fascynacji true crime, zapominającej o tych dotknętych tragedią a skupiającej się na rozwiązaniu zagadki. Problem w tym że film w ogóle do mnie nie trafia. Ciężko mi się oglądało, może po prostu mój gust jest w mniej edgy filmach.
@JacusDobraMorda Dla mnie to był super film, oglądałam spięta, wciągnięta -to w sensie odczuć, ładnie mnie trzymał za mordę, dzięki konstrukcji głównej bohaterki, do której nie pasuje żadna definicja.
Kategoria: Anime / Action / Comedy / Drama / Music / Sci-Fi
Reżyseria: Shingo Yamashita
Czas trwania: 2h 20min
Ocena: 8/10
Tytuł japoński: Chou Kaguya-hime!
Studio: Studio Colorido, Studio Chromato | Ocena na AniList: 8.5/10 | AniList | MyAnimeList
Miesiąc temu Netflix wypuścił bardzo przyjemny film anime. Jest to muzyczna interpretacja "Opowieści o księżniczce Kaguya" (czy też bardziej "Opowieści o zbieraczu bambusa "). Dzieło to na pewno znane dla Japończyków ale w Polsce słyszeli o nim chyba jedynie ludzie którzy bardzo interesują się kulturą Japonii albo tacy którzy oglądali jej adaptacje od studia Ghibli z 2013 roku .
Bez wątpienia najmocniejszą stroną tego filmu jest oprawa audiowizualna. Animacja trzyma wysoki poziom a kreska jest ładna. Muzyka za to, jest głównym powodem dla którego zainteresowałem się tą produkcją. Mianowicie za kilka z wykonywanych przez bohaterki utworów odpowiada sam Ryo z Supercell. Legendarny już twórca vocaloid, autor "World is Mine". I jednym z utworów w tym filmie jest własnie cover tej piosenki. Ale głównym hitem filmu jest jego nowy utwór "Ex-Otogibanashi". Uwielbiam taki typ muzyki i leciało to u mnie na okrągło jeszcze zanim obejrzałem film.
Sama fabuła jest bardzo prosta, ale raczej nie ma momentów gdzie się można nudzić bo film jest bardzo ADHD, cały czas coś się dzieje. Czasem aż za dużo bo znalazł się tu nawet czas na kilka scen walki xD. Imo te były akurat zbędne. Scenariusz raczej niczym nie zaskakuje jeżeli widziało się trailer albo zna się oryginalną opowieść na jakiej bazuje. No może poza zakończeniem. Uważam je za najsłabszą część filmu. Jest po prostu dziwne i nie wiem nawet co o nim mam myśleć. Ale ogólnie film mi się bardzo podobał i mogę polecić.
Netflix ogarnął nawet polski dubbing ale jeśli nie musicie to polecam oglądać z napisami i japońskim audio. Oryginalne seiyuu zrobiły mega robotę.
Reżyseria: Reżyserami 1. sezonu Rodu Smoka (2022) byli przede wszystkim Miguel Sapochnik, Clare Kilner, Greg Yaitanes oraz Geeta V. Patel
Czas trwania: 10x1h
Ocena: 8/10
W końcu wziąlem się za nadrabianie Rodu Smoka i podoba mi się ten serial, tyle że brakuje mi tutaj wielkiego świata jaki byl pokazany w Grze o Tron, byl odcinek, gdzie balem sie, ze pójdzie to już coraz gorzej, ale jednak na szczęście pomyliem sie i bylo coraz lepiej. Jedyny zarzut. to fakt, ze dzieje sie to w zasadzie w jednym zamku, a wolalbym bardziej otwarty teren akcji. Super rozgrzewka przed Rycerzem Siedmiu Królestw.
Baz Luhrmann, twórca wizualnych widowisk takich jak Wielki Gatsby czy mój ukochany Moulin Rouge!, tym razem wziął na warsztat historię Króla Rock and Rolla. Mimo wysokich oczekiwań, seans pozostawił mnie z mieszanymi uczuciami. Moja ocena to solidne, choć niepozbawione uwag 7/10.
Moje wrażenia:
Gatunkowy rozjazd: Spodziewałem się czegoś bliższego musicalowi, radosnej celebracji muzyki. Otrzymałem jednak dość ciężką, momentami depresyjną biografię, skupioną na mrokach życia artysty, a nie tylko na jego sukcesach.
Tempo i realizacja: Film jest nakręcony z ogromnym rozmachem i wizualną finezją, co jest znakiem rozpoznawczym reżysera. Niestety, metraż daje się we znaki – produkcja dłuży się niemiłosiernie i niektóre wątki można było skrócić bez straty dla całości.
Obsada:
Na duży plus zasługuje Tom Hanks w roli Pułkownika Parkera – postaci tragicznej, która pośrednio doprowadziła do upadku Elvisa. Zaskoczeniem był Austin Butler. Trudno uwierzyć, że ten sam aktor, który tak świetnie oddał charyzmę i "wygibasy" Króla, grał później psychopatycznego Feyd-Rauthę w drugiej części Diuny.
Werdykt:
Film wydaje się rzetelny i niezbyt przekoloryzowany. Jeśli ktoś chce poznać życiorys Elvisa Presleya podany w efektownej formie, to na pewno warto poświęcić mu czas. Fani machania biodrami i klasycznego rock and rolla znajdą tu sporo dla siebie, o ile przygotują się na długi i momentami przygnębiający seans.
Powrót do świata wykreowanego przez Danny’ego Boyle’a budził ogromne nadzieje, ale finalny produkt pozostawia po sobie pewien niedosyt. Film otrzymuje ode mnie naciągane 6/10. Choć technicznie jest poprawny, odnosi się wrażenie, że cała historia została stworzona nieco na siłę, bez tej surowej energii, która definiowała pierwszą część.
Fajnie operowali kamerą podczas pokazywania postrzałów z łuków w zombiaki.
Główne zastrzeżenia:
Kierunek fabuły: Zamiast skupić się na walce z wirusem i napięciu znanym z poprzedników, scenariusz zbyt mocno ucieka w stronę „życia codziennego” w postapokaliptycznym świecie. Jest to momentami nużące i irytujące.
Przeciwnicy: Same zombiaki (zarażeni) wypadają blado na tle poprzednich części. Straciły swój pierwotny, przerażający impet i wygląd.
Niewykorzystany potencjał: Najciekawszym punktem filmu jest postać Doktora. Niestety, pojawia się on na ekranie „jak na lekarstwo”. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejny film, skupiony właśnie na tej postaci, naprawi błędy tej produkcji.
Lokalne akcenty i realizm:
Największą zaletą filmu są zdjęcia zrealizowane na Holy Island w północnej Anglii. Dla kogoś, kto zna to miejsce, oglądanie znanych punktów – jak kopczyki z kamieni czy charakterystyczne magazyny w odwróconych łodziach – sprawia dużą frajdę.
Warto jednak odnotować pewne filmowe „przekłamania”:
Dojazd: Filmowa ścieżka prowadząca na wyspę różni się od rzeczywistej, asfaltowej drogi, która faktycznie jest zalewana podczas przypływu.
Otoczenie: Filmowy las w miejscu wjazdu na wyspę to fikcja – w rzeczywistości są tam po prostu domy i otwarta przestrzeń.
Podsumowując, to film poprawny, ale raczej zawodzi oczekiwania fanów serii.
Zrobiłem to całe na jeden raz xd. Miałem nie robić osobnego posta o drugim sezonie bo spodziewałem się że będzie podobny jak pierwszy ale w sumie to było lepiej. Widać, że przez popularność pierwszego sezonu budżet na drugi wywaliło w kosmos. Te wszystkie sceny walki lol. Mimo, że dalej każde starcie jest mocno przewidywalne to tym razem są one tak świetnie narysowane i animowane, że można to wybaczyć. Po prostu audiowizualna uczta dla oka. Największy plus dużej popularności tego. Fabularnie nadal jest biednie ale na pewno ciekawiej. Pojawiło się kilka wątków które choć trochę zachęcają do czekania na kolejny sezon. Ogólnie traktowałbym to jako taki przyjemny dla oka serial dla dużych dzieci. Wyłączasz myślenie i oglądasz (coś jak filmy Marvela xD). Dlatego oba sezony oceniam na aż 7, tak to jest przehajpowane, tak to jest biedne fabularnie ale przymykając oko na scenariusz ogląda się przyjemnie.
Na tyle dobrze, że chętnie obejrzałbym trzeci sezon, ale z tego co widzę to na ten moment nie jest w planach. Zamiast tego dostaniemy w tym roku film, a wszystko zapewne przez to, ze inwestorzy poczuli łatwy hajs patrząc jak dobrze sobie poradził Demon Slayer w kinach. Niestety wydaje mi się, że teraz będzie to trendem i więcej anime będzie miało swoją kontynuacje jako kinówki. Miejmy nadzieję, że chociaż będzie to faktyczny pełnoprawny film a nie jak ten poprzedni, że recap + parę pierwszych odc kolejnego sezonu.
---
I jeszcze na koniec sprostuje jedną rzecz z poprzedniego posta gdzie pisałem o podobieństwie tego do Sword Art Online. Żeby nie było, uważam, że ogólnie SAO to jest słabe anime i na pewno gorsze niż oba sezony SL. Pisząc, że SAO "jest wyżej" miałem na myśli, że SAO ma jakąkolwiek fabułę i nie jest ona aż tak liniowa i przewidywalna jak w SL. Tak, jest głupia i dziecinna, irytująca momentami, wiem xd. Po prostu ciężko tego nie porównywać do SAO bo jest naprawdę podobne w wielu kwestiach, no i nie tylko ja tak uważam bo zarówno na MAL i AniList w rekomendacjach podobnych anime od użytkowników to właśnie SAO jest najwyżej. No tylko SAO nie ma tak epicko narysowanych pojedynków i jest ogólnie bardziej infantylne. Więc jeżeli nie podobało wam się SAO to jest jakaś mała szansa, że SL wam się spodoba ale nie obiecuje.
A no i piosenka w ED drugiego sezonu to jest mistrzostwo, spokojnie mogli jej użyć do openingu, imo pasuje dużo lepiej do klimatu tej serii niż kpop. https://www.youtube.com/watch?v=KxeHOxO3A3I
Bardzo znana produkcja, pewnie każdy na tagu #anime kojarzy bądź też już dawno obejrzał. To anime wyszło kiedy miałem "przerwę" od oglądania chińskich bajek a mimo to i tak docierało do mnie pełno info o tym z każdej strony. Robiło to ogromny szum wokół siebie. Od kiedy wróciłem do oglądania to z premedytacją tego unikałem ponieważ bazuje to na manhwie, a tych nie trawię. Uważam, że większość z nich to są kopiuj-wklej historie bez większej głębi i pomysłu na siebie.
No ale każdy zachwalał więc postanowiłem dać szansę i to było dokładnie tym czego się spodziewałem. Typowy overrated af shounen z op postacią i biedną fabułą. Żeby nie było, nie uważam, że to jest zła produkcja. Ogólnie jest całkiem ok pod większością względów poza scenariuszem. Od początku do końca idzie przewidzieć co się stanie dalej i fabuła nie wyróżnia się niczym. Standardowa historia od zera do bohatera. Podczas oglądania cały czas się ma uczucie, że gdzieś się już to widziało. Każdy pojedynek kończy się tak samo itd. No ale mimo wszystko oglądało się przyjemnie. Animacja i sceny walki trzymały poziom.
Napisałbym, że dziwi mnie popularność tego, ale tak nie jest bo to już też gdzieś widziałem. Cała otoczka wokół tego przypomina mi SAO. To wtedy też było mega popularne mimo, że na to nie zasługiwało. Obie te produkcje kojarzą mi się z takimi bajeczkami dla gimnazjalistów. Jestem pewien że gdybym był młodszy albo to było moje pierwsze anime to bym się pewnie tym jarał fes. No bo tak właśnie było z SAO, jak to obejrzałem to się tym mega jarałem ponieważ byłem początkującym mangozjebem. Potem człowiek pooglądał więcej dobrych chińskich bajek i zauważył, że to wcale nie było takie wybitne jak się wydawało. Ale żeby było śmieszniej to fabularnie SAO i tak stoi wyżej niż to xD. Jeśli ktoś nie oglądał to polecić mogę ale na pewno nie jest to tak dobre jak wskazuje na to ten cały hype. A ja się zabieram za sezon 2 xd.
@maly_ludek_lego Sword Art Online, anime które było bardzo popularne kiedy zaczynałem oglądać anime i też było wtedy mega przehajpowane. Aktualnie nadal top 6 pod względem popularności na MALu czyli najpopularniejszej stronie listującej seriale anime. https://myanimelist.net/anime/11757/Sword_Art_Online
@Catharsis dzięki. Nawet się zastanawiałem, czy tego nie obejrzeć, bo urywki walk były fajne, ale jak to aż tak przypomina SAO, to nie tknę tego nawet h⁎⁎em.
@sawa12721 Bo właśnie najlepsze co oferuje to anime to sceny walki, oglądam teraz drugi sezon i te są jeszcze lepsze. To jest spoko jeśli chcesz sobie popatrzeć na coś ładnie zanimowanego i nie przeszkadza ci że fabuła jest do bólu przeciętna i przewidywalna.
Ale żeby nie było to uważam, że SAO jako ogół jest gorsze. Napisałem po prostu, że ma jakąś fabułę (głupią ale ma). Tymczasem tutaj fabułę można streścić do jednego zdania "główny bohater wygrywa pojedynki" więc poprzeczka naprawdę nie jest postawiona wysoko xD.
@Catharsis Największe zastrzeżenie jakie mam do tego tytułu co słabo oceniam to przede wszystkim płytkość fabuły, mała ilość postaci pobocznych, które mają sens i zbyt wysokie podobieństwo do Hunter x Hunter pewnych wątków. Nie wiem jak te anime mogło zostać tytułem roku.
Obsada: Lee Marvin, John Cassavetes, Ronald Reagan - tak ten Regan
Czas trwania: 1h 33min
Ocena: 8/10
Dwóch zabójców realizuje zlecenie zlikwidowania byłego kierowcy rajdowego. Zaskoczeni, że ich ofiara nie próbowała uciekać, próbują dowiedzieć się, kto ich zatrudnił.
@cyberpunkowy_neuromantyk UPS edytować już nie mogę . Nie jest to jednostkowy przypadek bo teraz chciałem testowo dodać i widzę że licznik nadal popsuty
Nie widziałem tutaj tego "serialu". Top Gear można kochać albo nie lubieć to fakt. Tak samo jak to, że jest to wyreżyserowane show mające być programem motoryzacyjnym. A co w tym jest innego? Przede wszystkim chemia między trzema prowadzącymi, którzy udowodnili, że łączy ich nie tylko praca a również przyjaźń. Bo nie da się udawać przyjaźni tak długo w programach na żywo. TG jest pełne humoru, sarkazmu i pokory. Jeremy Clarkson, bardzo często naśmiewa się z innych ale najczęściej on wyśmiewa siebie samego, tak, przeczytałem praktycznie wszystkie jego felietony.
Piszę o tym teraz bo przypominam sobię to najlepsze show i polecam każdemu, nawet jak się nie interesuje motoryzacją
@zjadacz_cebuli pełna zgoda. Ja na motoryzacji znam się , a jednak vibe bijący od prowadzących, poczucie humoru i docinki sprawiają, że dla mnie top gear to seria o nich a auta to tylko dodatek. Żałuję tylko, że nie obejrzałam nigdy pierwszych sezonów tego składu. Już raczej marne szanse
@zjadacz_cebuli to nie jest najlepszy program tv o motoryzacji. To jest najlepszy program tv w ogóle, na całym świecie, kiedykolwiek wyprodukowany (° ͜ʖ °)
Już w pierwszym odcinku zakochałem się w głównych bohaterach. I w początkowo małomównym Connellu, i w zadziornej Marianne, choć to tylko pozory, które z każdą kolejną minutą pękają.
Zgadzam się z opinią, że ten serial może działać terapeutycznie dla wszystkich, którzy czują, że nie pasują do grupy. W obojgu zobaczyłem siebie, przez co poczułem się lepiej z moją przeszłością, która wiązała się głównie z poczuciem braku przynależności i zrozumienia przez innych.
Jednocześnie to serial, który wielokrotnie wzbudzał mnie poczucie niepokoju. Łapałem się na tym, że czułem niechęć do włączenia kolejnego odcinka z obawy, że coś przykrego wydarzy się pomiędzy bohaterami albo ogółem w ich życiach. Równie często miałem rację.
Sama ich relacja była trudna. Connell przez długi czas był emocjonalnie niedostępny, z czasem jednak się otworzył. Z kolei Marianne po wielu przykrościach i niedopowiedzeniach coraz bardziej zamykała się w niskim poczuciu własnej wartości, a potem nienawiści do samej siebie, wiążąc się przez to z nieodpowiednimi osobami.
Normalnie ponarzekałbym także na przesyt scenami erotycznymi... ale tutaj zostały nakręcone wyjątkowo ze smakiem, że ani trochę mi nie przeszkadzały.
Dlaczego więc nie wystawiłem najwyższej oceny, mimo że tak bardzo spodobał mi się ten serial? Przez finałową scenę, która jest jedną wielką kliszą. W momencie, gdy w końcu oboje zrozumieli, ile dają sobie nawzajem szczęścia, oczywiście musiało wydarzyć się coś, z czego jedno z nich nie było w stanie zrezygnować. I znowu zamiast być szczęśliwi, to muszą się rozstać i nie wiadomo, czy kiedykolwiek wrócą do siebie. Być może kolejnego razu już nie będzie.
I tak, jestem trochę zły, że historia nie zakończyła się szczęśliwym zakończeniem, chociaż z tym też można się kłócić, bo gdyby popatrzeć na nich z osobna, to każde z nich miało swój „happy end”. Szkoda tylko, że nie wspólny.
Seans po latach - odświeżam sobie trochę serię, bo ostatnia część pojawiła się na streamingu.
Muszę przyznać, że był to nader udany rewatch, znaczy niewiele moje reakcje różniły się wiele od tych po pierwszym seansie. To dalej dobry straszak, który brutalnie wyciąga ludzkie przywary na wierzch.
Fabuła znana - Jim budzi się w opustoszałym szpitalu (ten sam motyw z głównym bohaterem pojawia się w komiksie i serialu na jego podstawie "The Walking Dead"), przemierza puste ulice by w końcu odkryć, że wyspa została ogarnięta przez wirus, który zamienia ludzi w bezmyślne, agresywne maszyny. Z czasem zdobywa kompanów, z którymi próbuje się odnaleźć w tej postapokaliptycznej atmosferze. Ale spotkanie z bandą żołnierzy uświadomi mu, że to dalej najbardziej niebezpieczni są ludzie, a nie zarażone osobniki.
Świetnie zrealizowany jak na niski budżet, niekomercyjny horror. Praktycznie już klasyka.
@Mahjong kultowa scena z przechadzki po pustym Londynie
Jako gówniarz oglądałem ten film na pirackich streamingach i się denerwowałem czemu wszystkie mają go w tak tragicznej jakości. Po latach dopiero przeczytałem, że to celowy zabieg.
Trzecia część przygód psychopaty w pasiastym sweterku, który zamęcza nastolatków koszmarami.
Grupa nastolatków, podejrzana o próby samobójcze, przebywa w szpitalu pod pieczą doktora Gordona. Do szpitala zostaje oddelegowana absolwentka - jest nią Nancy, jedyna ocalała z rzezi nastolatków z pierwszej części. Podejrzewa już co tak naprawdę nęka nastolatków i zamierza im pomóc. Odkrywa, że nastoletni pacjenci szpitala mają we śnie specjalne zdolności. Czy dzięki temu uda się pokonać Freddiego Kruegera?
W aktorskiej obsadzie debiutująca Patricia Arquette oraz młody Laurence Fishburne (który później przecież zagra Morfeusza w Matrixie).
Konwencja fantasy jak zwykle i w tym przypadku pozwoliła mi milej przysposobić ten seans. Z ciekawszych rzeczy to w filmie poznajemy historię Kruegera - to, jak się narodził. Sama historia jest równie straszna co nasz psychopatyczny męczyciel snów.
Sam film trzyma się reguł serii - czyli zdecydowana większość nastolatków to mięso armatnie, uśmiechnięty Krueger z przyjemnością bodyhorroruje swoje ofiary, mamy powrót do pierwszej części i znanych bohaterów oraz nowe motywy (specjalnie zdolności w świecie snów, stąd też tytuł Wojownicy Snów).
@TyGrySSek to są filmy z ostatnich trzech dni A co ja mam robić wieczorami kolego? Nie mam dzieci, psów czy innych rzeczy a oglądanie filmów to moja wielka pasja.
Gdy znajdę w końcu jakąś stałą robotę na etat + będzie wiosna = rower, to pewnie ta liczba się zmniejszy oglądanych rzeczy, przynajmniej do pierwszego festiwalu
Ciekawy zabieg by okupację nazistowską umieścić we współczesnych czasach. Ale to tylko tło do szerszej opowieści - o poszukiwaniu tożsamości, celu oraz kwestii wysiedlenia, zostania bezkrajowcem.
Georg ucieka do Marsylii. Stamtąd odpływają statki, które mogą zabrać go z daleka od nazistowskiej okupacji, która opanowuje Francję. Po drodze traci towarzysza, który umiera w trakcie ucieczki. Sam Georg ma w swoim arsenale dokumenty na tranzyt i wizę do Meksyku zmarłego pisarza. Georg postanawia to wykorzystać by uciec z Marsylii. Sprawy trochę się komplikują gdy odwiedza rodzinę zmarłego towarzysza i nasz bohater zawiązuje szczególną więź z synem zmarłego kolegi.
Ale prawdziwa burza rozegra się gdy Georg pozna Marie - żonę pisarza, którego przejął dokumenty. Ta, wiedząc dzięki kontaktom w ambasadzie, że jej mąż jest w Marsylii próbuje go odnaleźć, nie wiedząc, że on nie żyje. Kobieta z łatwością nawiązuje najpierw romans z Richardem, lekarzem, który ma tranzyt na statek z Marsylii, który zabierze go w bezpieczniejsze rejony, ale też wchodzi idealnie w romans z samym Georgem.
Rozbudzony wielorakimi uczuciami mężczyzna nie wie w które strony chce się kierować. Z jednej strony zakochany w Marie, mógłby z nią uciec do Meksyku, ale ona ciągle badając ślady pobytu męża w Marsylii (nie wie, że tak naprawdę ślady te zostawia sam Georg), jest pewna, że w końcu spotka go na statku.
W tle okupacja, przepełnione konsulaty, ale także toczące się dalej normalne życie, pomimo nadchodzącej wielkimi krokami okupacji. W samym środku Georg, rozdarty, wcześniej mający tylko jeden cel - by uciec. Teraz jednak nic nie jest proste - nie wie czy zostać, czy iść z synem kolegi i jego żoną, czy też wypłynąć z Marie.
Ciężko mi ocenić ten film, bo nie jest on podany na tacy. Ogólnie nie widzę sensu przeobrażenia okupacji na motyw współczesności, chyba że dla oszczędności na oddaniu epoki w filmie. W sumie ta całą sprawa jest tylko bazą do przedstawienia rozterek głównego bohatera, który będąc na granicy, której przekroczenie może być nową przyszłością, zastanawia się czy tak naprawdę musi uciekać, czy nie może po prostu zostać, zastygnąć tu, niczym duch.
Wcześniej tego reżysera widziałam film "Feniks", tam też podobny motyw został wzięty na warsztat - o zmianie tożsamości i co z tego wynika. Ogólnie nie są to zwyczajne filmy, bardzo duży nacisk jest położony na perspektywę bohaterów i odczytywanie z tego zmian w ludzkich relacjach. Nie wiem jak to inaczej, a jednak jakąś mądrze opisać.
Trzeba chyba to po prostu przeżyć, ale uważam, że to nie są filmy dla każdego - nieco oniryczne, bohaterowie są smutni i filozoficzne robią lica, patrząc przeciągle w ujęciach w równoczesnym poszukiwaniu przeszłości jak i przyszłości.
Zaczyna się względnie normalnie. Trochę scen, których wyjaśnienie widz spodziewa się otrzymać później. Zapowiada się jak typowy kryminał. Ale wyjaśnienie nie przychodzi, za to robi się coraz dziwniej.
Film typu "nie zadawaj zbędnych pytań". Sceny zwykle nie mają sensu. Gagi są wstawione na siłę. Postaci są nieznośnie przerysowane. Wszystkie dziwactwa zebrane do kupy tworzą ciekawy obraz. Wygląda trochę jak produkcja ZF Skurcz, tylko z większym budżetem.
Od jakiegoś czasu próbuje obejrzeć wszystkie "otome villainess isekai anime" co pewnie widać po połowie moich postów na tym tagu xd. Nie mam jakiegoś konkretnego powodu, nuda + trochę mi się spodobał ten motyw + nie jest ich dużo. Niestety chyba zaczynają mi się kończyć dobre produkcje z tego podgatunku i zostają same takie gnioty jak to.
Szkoda mi tracić swojego czasu na pisanie tego oraz waszego na czytanie więc napiszę tylko, że fabuła jak i wykonanie tego jest mega słabe. Autor scenariusza dosłownie wziął wszystkie możliwe motywy i sytuacje które mogą pasować do tego gatunku i sklecił z tego na siłę anime. To ma głębie chińskich fejków z tiktoka i jakość bajki dla małych dziewczynek.
Ale z jakiegoś powodu to ma aż 7.19 na MALu więc może faktycznie to jest bajka dla dzieci. Na to też by wskazywały pozytywne komentarze np. na OglądajAnime gdzie masa z nich jest ewidentnie napisana przez dzieci bo są głupie fes i mają masę błędów ortograficznych. No więc gdybym cofnął się w rozwoju do podstawówki i był przeciwnej płci to może by mi się podobało. Tak to nie polecam nikomu bo to coś odbiera inteligencję oglądającego.
Jeden dzień z życia nowojorskich slumsów, kontrastując skrajną biedę z luksusem na przykładzie architektury. Opowiada o walce o przetrwanie, gangstera wracającego do domu i i młodego architekta.
Wydawało mi się że gdzieś to widziałem - bardzo podobny do Aniołowie o brudnych twarzach. - 5 aktorów z tego filmu pojawia się w tym co oglądałem
Mnie najbardziej cieszy, że dzięki tej serii odrodziła się moda na klasyczny kryminał, a nie te skandynawskie ciężkie powieści, od których można dostać depresji.