W lato oświadczylem się swojej dziewczynie, z ktorą jestem od końca liceum (prawie 6 lat razem). Wszystko jest spoko, mamy praktycznie taki sam światopogląd, dogadujemy się, dużo oboje sobie zawdzięczamy. Jej rodzina mnie lubi, moja ją. Ale niestety jak to zwykle bywa, nic nie jest doskonałe.
Moja narzeczona pochodzi z rodziny wierzącej i sama jest wierząca, ale nie jakos skrajnie. Stara sie być co tydzień na mszy, co jakiś czas spowiedź. Jakoś rok temu kiedy byla u spowiedzi, ksiądz nie chciał jej dać rozgrzeszenia, bo powiedziala mu, ze mieszka ze mną bez ślubu xD Od tego czasu przestała chodzić do spowiedzi, ale na msze dalej dość regularnie chodzi. Ogólnie ta sytuacja sprawiła w niej niechęć do instytucji kościoła, ale nie do wiary, lecz to nie temat tego wpisu. Ja z kolei jestem niewierzacy i dobrze ona o tym wie i do tej pory w normalnym naszym życiu to jakoś nie przeszkadzało.
Wcześniej, jeszcze przed zaręczynami staralem sie unikać tematu ślubu. Niestety po oświadczynach, juz się tego nie da. Tam zbytnio ucinałem temat, aby nie było kłótni. Ok miesiąc temu byłem u przyszłego teścia na urodzinach i w trakcie rozmowa też zeszła na temat ślubu. Oczywiście narzeczona się gorączkowała co to nie będzie za wesele, a ja znowu aby szambo nie wybuchlo mówiłem, że jeszcze musimy się zastanowić itp.
Pod koniec poprzedniego tygodnia narzeczona przycisnęła mnie o ślub, to jej wprost powiedzialem, ze wolę cywilny i maly poczestunek dla najbliższych i jakiś dłuższy wypad zza granicę. Nie zamierzam też obarczać naszych rodziców kosztami wesela, bo nas po prostu nie stać, a wiem, że z kopert w znacznej większości się nie zwraca. Zaczęła się kłótnia, że jak to tak bez ślubu kościelnego i wesela, ze co sobie rodzina pomyśli i znajomi, a bo ktoś tam miał i my też musimy, czy uwaga, że nic mi się nie stanie jak wezmę kościelny. Skończyło się tak, że zrobiła focha i się do dzisiaj praktycznie do mnie nie odzywa (mieszkamy razem).
Naprawdę jestem załamany, że przez taką głupotę są takie problemy, a nie chce pomyśleć co sie stanie, jak powiem, że nie chcę aby nasze dzieci były ochrzczone.....
Wychowałam się w kochającej rodzinie, która na pierwszy rzut oka była normalna. Ale mój ojciec jest alkoholikiem. Wysoko funkcjonującym. Lat temu parę dostał udaru, teraz jest na rencie, miał wszystkie choroby w których przeciwwskazany jest alkohol. Cukrzyca, wysokie ciśnienie, problem z żyłami. A pije do tej pory. Mniej. Ale nie jest w stanie przetrwać dnia bez piwa. Jego miłość była, jest interesowna. Zawsze po alkoholu wypominał mi, że tyle dla mnie zrobił, że mnie utrzymywał. A ja co dla niego zrobiłam? Jak się odwdzięczam? Nie byliśmy bogaci, mam starszych braci. Moja edukacja, rozwój ograniczało się do zdania matury. Nigdy nie byłam na zielonej szkole, za granicą, nie jeździłam na droższe wycieczki bo nie było na to pieniędzy, nie mogłam się zapisać do harcerstwa, bo nikt nie chciał mnie wozić na zbiórki, bo było za daleko. Nie chodziłam na siatkówkę bo zajęcia kończyły się po odjeździe ostatniego autobusu szkolnego sprzed szkoly. Nie mogłam rozwijać żadnych pasji, bo czasami moje kieszonkowe nie przekraczało 10zł miesiecznie. Każdy mój pomysł był gaszony. Kiedy w liceum trafiłam na toksyczna klasę i chciałam zmienić szkołę, nawet nie było takiej opcji. Nikt nie interesował się tym co robię, co czuje, ważne żebym zamknęła się w pokoju, była cicho i niczego nie chciała. Czas wolny to była praca w polu, tyle gwoli moich "zainteresowań". W końcu mieszkałam na wsi.
Nie poszłam na studia, bo nie było mnie stać, rodziców też. Rodzice nie byli w stanie zasponsorować mi prawka, bo nie było kasy. Pracę zaczęłam w zakładzie na produkcji gdzie mój ojciec jeździł na wózku widłowym. Dojazd w jedną stronę 3h. Praca zmianowa. Pracujące weekendy. Totalne zadupie. Zarabiałam grosze, a i tak większość szła dla moich rodziców bo wiecznie były jakieś zadłużenia i pożyczki. Teraz w dorosłym życiu żyje od pierwszego do pierwszego, nie potrafię odłożyć i zbudować poduszki finansowej. Ale wracając: mój ojciec choleryk i alkoholik. Zazwyczaj kłótnie po alkoholu wyglądały tak, że ciągle wałkował wszystkie krzywdy jakie ktoś mu wyrządził. Ciągle kłócił się z moją matką i wypominał jej dużo, dużo więcej. Ona zazwyczaj wtedy zamykała się w innym pokoju na klucz i miała go w d⁎⁎ie, albo wychodziła z domu i wracała bardzo późno jak już poszedł spać. I wtedy zazwyczaj spała ze mną w pokoju, bo z ojcem byli obrażeni. Ciche dni. Ale za każdym razem jak wychodziła (uciekała od kłótni) to ojciec szukał towarzystwa do rozmowy, nie potrafił po alkoholu położyć się spać. Więc wtedy przyczepiał się do mnie. Zawsze to samo czyli na początku jaka to nie jestem dobra córka, a za 5 minut nienawiść i wypominanie wszystkiego. Często już od samego początku mnie nienawidził jak wtrącam się do kłótni jego i matki bo zaczynał ją obrażać, albo bałam się że ją uderzy. Mam jakieś flashbacki z dzieciństwa, że coś takiego miało miejsce. Zazwyczaj jak zwracałam się do niego per "ty" w stylu "Zostaw ją", a nie "Zostaw ją, tato" to dostawał białej piany, że jak ja śmie się do niego tak zwracać. Lubił mnie gnoić pytaniami w stylu: "Co ty w życiu osiągnęłaś?". Jednym słowem przez niemal całe życie czułam się niewystarczająca.
Moja matka za to jest zagorzałą katoliczką, co niedzielę musiałam chodzić do kościoła, jak w trakcie jakiegoś większego święta nie chciałam iść do spowiedzi to był płacz i ciche dni i oczywiście takie pasywne "nic nie dostaniesz, nie możesz nigdzie wyjść dopóki się nie wyspowiadasz". Jestem zbyt mocno empatyczna, co uważam za przekleństwo, więc dla świętego spokoju szłam do tej spowiedzi, żeby nie było w domu tej ciężkiej atmosfery. Za wszystko potem musiałam oczywiście przepraszać. Nie wierzę. Czasami bym chciała, bo wydaje mi się że byłoby mi łatwiej gdybym wierzyła, że jak się pomodlę to wszystkie moje problemy trafią do tego na górze i on wszystko rozwiąże, albo postawi na mojej drodze odpowiednich ludzi. Ale nie wierzę, po prostu. Ale do tej pory jak jestem u rodziców to chodzę z nimi do kościoła, bo wiem, że dla mnie to tylko godzina, a dla mojej mamy to bardzo dużo. Nie wiem, czy to empatia, czy miłość, ale chcę by było jej miło, po prostu, bo wiem, że to dla niej ważne. Sama lata do tego kościoła trzy razy dziennie od kiedy przeszła na emeryturę. Po roku pracy na produkcji zapisałam się na studia zaoczne z fotografii, ślepy strzał i pudło, chociaż musiałam zrezygnować bo nie miałam odpowiedniego sprzętu do nauki, chodziło o komputer. Nie wiem czy to było coś co chciałam robić, ale potrzebowałam czegoś. W każdym razie jak przyjaciółka dała mi cynk, że zwolniło jej się miejsce w wynajmowanym mieszkaniu w większym mieście, to nie wahałam się ani chwili. Miałam wtedy 19 lat. Jak zaczęłam przeglądać ogłoszenia moje poczucie własnej wartości i wiara we własne możliwości była na tak niskim poziomie, że jedyne do czego czułam że się nadaje to praca fizyczna. Zatrudniłam się w hotelu jako pokojówka. Trochę odżyłam wyprowadzając się od rodziców, ale po ciężkiej fizycznej pracy nie miałam siły by myśleć o tym by wrócić na studia. Zmarnowałam tak 10 lat. W między czasie weszłam w związek z chłopakiem który wprowadził się do mojego pokoju. Byliśmy razem sześć lat. Byłam w nich zakochana. Pierwsza miłość, pierwszy seks. Był ateistą. W moim rodzinnym domu był może dwa razy. Od kiedy rodzice się dowiedzieli że z kimś chodzę zadręczali mnie pytaniami, gdzie pierścionek, kiedy ślub. Nawet nie wiecie jak te pytania mnie bolały... Tak jakby sugerowali mi, że sama mam się tym zająć. Albo, że dopóki się nie hajtnę i nie urodzę dziecka to będę niekompletna i nie tak wyglądała instrukcja życia, którą mi wpoili od najmłodszych lat (sami się hajtneli jak wpadli, wielka miłość, doprawdy...). Jestem romantyczką, ale nigdy nie wierzyłam, więc nie potrzebowałam ślubu by być z kimś, potrzebowałam tylko by osoba z którą jestem powiedziała mi że mnie kocha i chce spędzić ze mną resztę życia. Tylko tyle. Oczywiście od kiedy mieszkałam razem z partnerem nie mogłam dostać rozgrzeszenia, bo to ciężki grzech więc miałam spokój od tej strony. Ale usłyszałam od mojej matki, że gdyby tego nie zaakceptowała zerwałaby ze mną kontakt i nie miałaby córki. Tak jakby próbowała dać mi do zrozumienia że bardzo dużo ją kosztuje zaakceptowanie tego, że musi na to przyzwalać. Ale ten mój związek się rozpadł, głównie dlatego, że mój partner był chłodny i niedostępny emocjonalnie. No i zdradził mnie z koleżanką z pracy. A ja byłam tak ślepo wpatrzona w ten związek, że dawałam mu dwa razy szansę. Byłam o niego bardzo zazdrosna, gdy nie było go w mieszkaniu przeczytałam jego korespondencję z dziewczyną z którą mnie zdradził i się okazało że nigdy nic do mnie nie czuł (byłam jego pierwszą dziewczyną), że jest ze mną z przyzwyczajenia. To podcięło moje jakiekolwiek poczucie własnej wartości tak bardzo, że po zerwaniu na niemal trzy lata byłam zamknięta na jakiekolwiek relacje. Coś we mnie umarło tamtego dnia. Jeszcze jak usłyszysz, że jesteś mało ambitna i prawdopodobnie całe życie będziesz pracować jako pokojówka (rodzice często porównywali mnie do dorosłych dzieci innych sąsiadów czy znajomych i podśmiewali się że pracuje jako pokojówka bo jestem bałaganiarzem z natury i to taka karma) i kiedy facet z którym jesteś sześć lat uważa że to się nigdy nie zmieni, to zaczynasz w to wierzyć. Tak naprawdę po tym związku nie weszłam w żaden inny. Chyba nie potrafię, po prostu zaczęłam uważać, że jedyne do czego się nadaje to przelotne znajomości. Miałam ich sześć na przestrzeni 6 lat. Mam wrażenie że specjalnie świadomie robiłam sobie w ten sposób krzywdę, na zasadzie, że miałam często myśli "jesteś nikim, nic nie osiagnęłaś, jedyna forma bliskości z drugim człowiekiem na jaki możesz liczyć to nic nie znaczący seks, odczuwałam jakąś masochistyczną przyjemność z tego, że jestem traktowana jak rzecz do wykorzystania. To nie było tak, że umawiałam się na seks. Zazwyczaj pisałam z nimi bardzo długo, a spotkania były takie typowo zapoznawcze. Seks wychodził jeżeli się polubiliśmy. Nikt nie ustalał w jaką stronę to idzie, ale jakby podświadomie obie strony zdawały sobie sprawę, że to tylko przelotna znajomość. W jedną z takich znajomości się zaangażowałam, ale zostałam odtrącona, nawet straciłam do siebie całkowity szacunek jak żebrałam u tej osoby o utrzymanie tej relacji na stopie czysto przyjacielskiej bez seksu, ale widocznie tylko ja uważałam że ta relacja jest coś więcej warta. Rok później jak odezwał się do mnie, że chętnie by się spotkał, poleciałam za nim z językiem na brodzie bez godności i szacunku do siebie... i znów dostałam kosza po paru miesiącach. Stwierdził, że był samolubny i odezwał się do mnie bo to był łatwy sposób na seks. Więc jestem łatwa, bez żadnego szacunku do siebie. Miło mi poznać. Po prostu chce mi się płakać. Fakt, że nie jestem w stanie w wieku ponad 30 lat zbudować stałego związku, ani zainteresować sobą drugiego człowieka na tyle by chciał się ze mną przyjaźnić mnie dobija. Już nie wspominając o tych luźnych relacjach, które były tak jakby gwoździem do trumny, bo przecież jaki mężczyzna chciałby wchodzić w związek z laską bez wykształcenia, która ma za sobą tylu partnerów i nie ma nic do zaoferowania?
Po pracy w hotelu z którego mnie wyrzucili jak zaczął się covid, zaczęłam pracę w sklepie spożywczym. Awansowałam najpierw na lidera, a później managera, ale dorobiłam się tylko depresji przez mobbing i niewyobrażalne do ogarnięcia zadania, bo wiecznie za mało ludzi, więc zamiast na wyższym stanowisku pracować lżej pracowałam trzy razy ciężej. W końcu doszłam do takiego momentu, że mam dość. Fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. Zwolniłam się, chociaż byłam przerażona. Ale znalazłam pracę biurową i pierwszy raz w życiu mam po pracy czas i siłę by pomyśleć o swoim rozwoju. Chce się rozwijać, chce iść na studia. Pomimo wieku. Mam jakiś nieśmiały plan na siebie. Straciłam już wiarę w to, że kiedyś pokocham jakiegoś mężczyznę z wzajemnością. Ale chciałabym się nauczyć być szczęśliwa i wystarczająca sama ze sobą, taka jaka jestem. Chociaż w głowie cały czas jak mantra zapętlają mi się słowa mojego ojca "Co ty w życiu osiągnęłaś?". I wiem, terapia mogłaby naprostować we mnie te wszystkie złe myśli i przekonania jakie mam na swój temat, tylko to jest zbyt droga przyjemność jak na mój portfel. Nie wiem czemu to wszystko pisze, chyba potrzebowałam to z siebie wyrzucić. Może szukam nadziei, że jeszcze będzie lepiej, że to już nie koniec mojego życia i nawet w tym wieku można je jeszcze naprawić. Że kiedyś ta myśl "jestem niewystarczająca" zmieni się na "Kocham cię taką jaka jesteś".
Jestem po 30. Nie mam ambitnej pracy. Nie mam studiów. Mam jakieś zainteresowania, ale nie są to pasje o których mogłabym opowiadać godzinami. Bardziej coś na zasadzie, że wielu rzeczy próbuje, ale nic nie jest w stanie przykuć mojej uwagi na dłużej. Jak gdzieś wyjeżdżam to jest to inne miasto, nie kraj, nigdy nie byłam za granicą. Nie stać mnie. Mój angielski jest za słaby. Próbuje poznawać nowych ludzi i jak trafiam na takich, których rozmowa kręci się dookoła zagranicznych wyjazdów, ciekawej pracy czy zainteresowań o których mogą opowiadać bez końca i w ciekawy sposób czuję się przy nich jak ameba. Jakbym przegrała życie. Dociera do mnie wtedy ile życia, lat przeleciało przez moje palce bez rozwoju, bez pasji, że gdybym 10 lat temu skupiła się na czymś konkretnym to teraz nie czułabym się tak nieciekawą osobą, która nie ma nic do powiedzenia. To myślenie jest bez sensu bo przecież nie cofnę czasu, po prostu takie wyjścia sprawiają, że czuje się podle sama ze sobą. Mam do siebie ogromny żal jak potoczylo się moje życie. Próbuje je zmieniać. Małymi kroczkami. Wiem, że nie powinnam porównywać się do innych bo każdy zaczynał w innym miejscu i miał inny start. Miał większe ambicje. Jakiś plan na siebie. Determinację. Po prostu dzisiaj się porównałam. I źle mi z tym.
Zdałem sobie sprawę że bede zawsze singlem. Nie dlatego że nie mam szczęścia do kobiet ale dlatego że nigdy żadnej partnerki swoją obecnością nie zadowolę.
Od dziecka pamiętam że mój kontakt z rówieśnikami był średni. Już w moich pierwszych latach życia mój jedyny kontakt był głównie ze starszymi ode mnie braćmi. Później w sąsiedztwie poznałem koleżanki. W szkole miałem swoją grupkę znajomych-nerdów z którymi się zawsze trzymałem przez prawie wszystkie lata, generalnie potrafiłem się komunikować nie miałem z tym problemów ale koniec końców lubiłem bycie sam na sam, na tyle że tak większość czasu spędzałem w domu. Wszystko się pogorszyło kiedy z domu wyprowadzili sie bracia i siostra gdy zalozyli rodziny, poszli na dwoje, a miałem wtedy 14-15 lat i zostałem sam z mamą.
Szkoła, dom, szkoła, dom. Często wracałem do pustego mieszkania bo mama pracowała na zmiany często popołudniami. Generalnie jakoś sobie radziłem, wtedy mi to nie przeszkadzało, w końcu wolna chata, nie uważałem nawet że to jest jakiś duży problem, przywykłem do tej samotności i pustki w mieszkaniu. Problemy niestety zaczęły wychodzić gdy robiłem się starszy. Gdy miałem 21 lat wyjechalem do wiekszego miasta i wynająłem kawalerkę w ktorej mieszkałem prawie 4 lata samemu, wtedy mocno pogłębił się mój problem który powoli zacząłem dostrzegać - za bardzo polubiłem tą izolacje do tego stopnia ze ciężko mi bylo sobie wyobrazić jak miałby wyglądać mój normalny dzień z partnerką. Byłem w kilku relacjach, ale byłem też w 2 poważnych relacjach (z czego w jednym jestem nadal). Pierwszy raz w życiu postanowiłem zamieszkać ze swoją dziewczyną. Mieszkamy już 7 miesięcy i jest mi czasami ciężko, nie tylko mi, ale chyba również mojej dziewczynie. Moja produktywnosc spadla bo ciagle zamartwiam sie tym czy dziewczyna jest szczesliwa czy nie. Czasami mam wrazenie ze oszlalalem. Troche roznie sie od partnerki, bo moja dziewczyna wychowywala sie rodzinie z ktora byla bardzo zżyta i widać że jej tego kontaktu ludzkiego brakuje bardziej niz mi. Mnie natomiast nadmierna obecność przytłacza, lubie ludzi, ale lubie tez ten kontakt ograniczac. Moje poprzednie relacje tez konczyly sie czesto dlatego bo nie potrafilem towarzyszyc dziewczynie non stop i odbierac kazdego telefonu gdy zwyczajnie bylem czyms zajety. Moje zycie jest dziwne, nie lubie go ale jednoczesnie je lubie. Chcialbym byc w zwiazku w ktorym nie musze sie ciagle zamartwiac czy kogos zadowolilem, czy jestem wystarczajacy, czy kogos nie krzywdze, czy moge realizowac swoje zainteresowania a jesli moge to jak to pogodzic z innymi zwiazkowymi obowiazkami? Nie potrafie tego wszystkiego pogodzić a chcialbym. Nie jestem pracoholikiem. Fakt, duzo pracuje, ale duzo tez poswiecam sie zainteresowaniom, sklejam samoloty, czolgi, maluje je, duzo czytam, biegam, chodze na silownie, od 2 miesiecy chodze na pilke po czym czesto potrzebuje chwili na izolacje bo moja obecnosc wsrod ludzi wyczerpala moje baterie, generalnie gdyby ktos mnie zostawil na bezludnej wyspie to na 99% znalazlbym sobie jakies ciekawe zajecie - tak mialem w dziecinstwie i tak mi zostalo, bo zawsze mi rodzice mowili "znajdz sobie sam jakas zabawe".
Po pierwsze - chciałem wyjaśnić kwestie bo zostałem nazwany złodziejem na PW więc gwoli wyjaśnienia - nie ukradłem żadnego kodu. Kod został skopiowany za pozwoleniem oryginalnego twórcy. Ja również musiałem dostosować API jak i trochę wizualnie pod Hejto, więc sam poświęciłem wiele wieczorów i godzin na ten projekt więc nie, nic nie ukradłem. Jeśli ktoś ma jakieś obiekcje lub wątpliwości to zapraszam do repozytorium na githubie oryginalnego twórcy, które linkuje to mojego projektu
Po drugie - Przez ostatnie kilka godzin anonimowe było dość niestabilne bo chyba komuś nie spodobała się myśl że ktoś może przenieść anonimowe na inną platformę i AHW było ostatnie kilka godzin "nękane" przez zawistnego twora z pewnej konkurencyjnej platformy (tak podejrzewam lecz brak dowodów z mojej strony). Wszystko już powinno być stabilne więc przepraszam jeśli ktoś chciał coś napisać ale nie był wstanie się dobić do anonimowych.
Na własne życzenie chyba zniszczylem sobie życie i jestem tym kompletnie przerażony.
Pochodzę z dość zamożnej rodziny, nigdy niczego mi nie brakowalo, mialem w większości to co chcialem, dobre ubrania, co chwila wyjazdy na wczasy/wycieczki, na 18 dostalem auto. W szkole tez bylem lubiany, dodatkowo byłem bardzo wysportowany.W podstawówce już pierwsze dziewczyny zaczęły mnie podrywać - wszystkie odrzucalem. Z jednej strony bylem za młody (tak myślalem) a po drugie bałem się być w związku, a bardziej bliskiej relacji z dziewczyną. Mialem koleżanki, kolegów, potrafilem z nimi spędzać czas, ale jeżeli chodzi o relacje milosne to nic, zero.
Gimnazjum to samo, masa dziewczyn mnie chciala, a ja je wszystkie zlewałem. Od ginnazjum tez po prostu zacząłem unikać dziewczyn, nie potrafilem z nimi rozmawiać oprócz pierdól np. sprawy szkolne. W tym okresie tez usprawiedliwialem to tym, że jestem zbyt mlody. Nie spodziewałem się, że takie myślenie doprowadzi do tego co jest teraz.
Liceum, nowy start. Trochę bardziej zacząłem być otwarty do kobiet ale nadal nie pozwalalem dopuscić do siebie dziewczyn. To byl okres, gdzie najwięcej dziewczyn mnie podrywalo. W pewnym momencie 3 dziewczyny do mnie pisaly i o mnie zabiegały..... Skończyłem liceum z przeświadczeniem, że nadal jestem młody i bez peoblrmu kogoś znajdę, bo jak teraz mnie podrywaja, to będą potem.
Zaczęły się studia i to samo. Znowu bylem podrywany. Jedną dziewczynę tak okrutnie olewalem i dawalem kosza i to nawet 2x, ze do tej pory mam wyrzuty sumienia, co najśmieszniejsze jest aktualnie moja najlepszą koleżanką, a ona ma mnie za najbliższego męskiego kolege mimo tego jak ją potraktowałem i....... żałuje teraz, że nie dalem jej szansy. Zauroczylem się w niej i zaczęla bardzo mi się podobać. Niestety od kilku lat jest w związku.
Dopiero w trakcie 3 roku, zacząłem dostrzegać, że jestem samotny i wypadałoby byc w związku, niestety jak na przekór nikt już o mnie nie zabiegał. Każdy już na studiach był w związkach więc to normalne. Mijają kolejne lata i jest to samo, czuje się niesanowicie samotny, a świadomość, że nigdy nikogo nie mialem i mam zerowe doświadczenie związkowe sprowadza moją samoocenę na samo dno. Dodatkowo to juz ten czas, aby zacząc powoli się ogarniać życiowo.
Jestem wysportowany, ćwiczę często, dbam o siebie, nie mam nałogów, potrafię gotować, sprzątać, prać, przystojny też musze być, skoro na przestrzeni lat, tyle dziewczyn mnie podrywało. Mam kilku znajomych potrafię przy nich normalnie roznawiać, czasem jak katarynka, nie czuję sie przy nich skrępowany, ale kiedy dochodzi do poznania kogoś z płci przeciwnej, to się stresuje, język staje mi w gardle i jestem spięty jak debil. Wyglądam idiotycznie wtedy.
Przebywając trochę ze swoimi koleżankami zrozumiałem, ze nie roznią się niczym od mężczyzn. Z facetami nigdy się nie krępowalem i nie balem nawet glupiej rozmowy, a z dziewczynami bylo zawsze z tym tragicznie i czulem się niezręcznie.
Teraz ciągle się zastanawiam, czy zakladac portale randkowe czy dopiero kiedy obronię sie i znajde prace, czyli ok pół roku. Ostatnio poznałem dziewczynę na discordzie, to nawet bylem w szoku, bo bez problemu dzwonilismy do siebie i poteafiliśmy rozmawiac ze sobą po ponad godzinę. Dziewczynę tą traktowalem jedynie jako taki eskperyment czy w ogólę potrafię w relacje damsko-męsie i okazało się, że jednak potrafię. Nic więcej z nią nie robilem, bo po pierwsze była na drugim koncu polwki, a po drugie byla w związku, lecz miala z nim problemy.
Zaraz mam 26 lat i zamierzam szukać dziewczyn o kilka lat młodszych z racji mojego braku doświadczenia. Znam wiele par, gdzie róznica wieku wynosi 3-5 lat i wszystko jest ok.
Macie jakieś rady? Czy możliwe jest stworzyć pierwszy związek majac ponad 25 lat i będąc nieśmialym wobec kobiet? Nadal czuję strach przed założeniem portali randkowych, ale wiem, ze to pewnie jest tak jak z kontaktami z dziewczynami - nie ma się czegoś bać. Musze się orzełamać
Naprawdę żałuję jak sobie skomplikowałem życie. 26 lat, niby jeszcze jestem mlody, zdrowy, atrakcyjny fizycznie, a nadal jestem sam....
Człowiek prowadzi firmę eksportową od dobrych kilku lat, zostawił już kilkaset tys. w samym PIT nie mówiąc o innych podatkach i daninach. Jak to przy eksporcie bywa są tu ciągłe zwroty VAT na które do tej pory grzecznie zawsze czekałem i nie narzekałem. Do tej pory zwroty albo przychodziły na kilka dni przed czasem albo na sam koniec. Ten jeden jedyny raz zależało mi bardzo na przyspieszenie zwrotu o choćby tydzień czy dwa bo była to spora kwota a z płynnością ostatnio nie najlepiej. Żona mówi, zadzwoń tam do US i poproś to może jakoś da się wystąpić o przyspieszony zwrot. No to ja głupi telefon do US i się pytam co i jak, pani bardzo miła mówi żebym złożył wniosek i "zobaczymy co da się zrobić". Dosłownie 20 minut po odłożeniu słuchawki przychodzi email z urzędu, czynności sprawdzające. No to ja sobie myślę, spoko pewnie chcą przyspieszyć mi ten zwrot ale zanim to zrobią chcą sobie posprawdzać że wszystko się zgadza. Było tego sporo to ja i księgowa spędzamy całe popołudniu żeby wszystko przygotować i jak najszybciej odesłać. Czekam tydzień, dzwonię, wciąż nic nie wiadomo. Czekam kolejny tydzień, w międzyczasie maile i telefony z US z prośbą o kolejne faktury, umowy, coś tam im się nie zgadza, trzeba coś tam prostować ale finalnie wszystko jest OK i się zgadza. Po kolejnym tygodniu i kolejnych moich telefonach udało się, dyspozycja zwrotu poszła do rachunkowości! No to ja proszę o tel do rachunkowości i się pytam kiedy będą pieniądze. A pani Grażynka na to: "przelew zaplanowany na xx.yy". JA: Ale jak to, przecież to jest ostatni możliwy dzień a ja prosiłem o przyspieszony zwrot!? Grażynka: "Takie dostałam polecenie z góry i nic z tym zrobić nie mogę".
Pieniądze dostałem w ostatni możliwy dzień ostatnią sesją elixir. Poczułem się jakby ktoś mi napluł w twarz. Ale pocieszam się że Pan i władca mnie gorzej nie potraktował, mogli przecież w ogóle zablokować kasę na pół roku albo pod byle pretekstem zablokować rachunek firmowy na pół roku.
Członek mojej rodziny walczy o życie. Potrzebne jest dużo krwi dla szpitala w Łodzi. Jeżeli jesteście dawcami to podajcie proszę poniższe dane szpitala przy następnej okazji. Być może czyta to ktoś, kto kiedyś oddawał krew ale z jakiegoś powodu przestał - jest to dobry moment na wizytę w RCKiK. Możecie uratować komuś życie.
Grupa krwi nie jest istotna, można oddawać w dowolnym miejscu w Polsce.
Centralny Szpital Kliniczny Uniwersytetu Medycznego w Łodzi
Dwie rzeczy sprawiły, że mając 29 lat nie mam znajomych, przyjaciół, dziewczyny.
Wszystko zaczęło się końcem pierwszej klasy gimnazjum - po lekcjach staliśmy w grupie znajomych i czekaliśmy na autobus do domu.
Tak się złożyło, że jeden z kolegów mojego brata (a zarazem mój znajomy) nie za bardzo lubił się z jednym gościem z którym chodziłem do klasy.
I tak sobie stoimy stoimy, i ten mój znajomy coś tam pokazał odnośnie do wyglądu tego gościa (jakaś pierdoła). Cała grupa bez wyjątku odruchowo się zaśmiała, ale to wydarzenie zmieniło tylko moje życie (pozostali ludzie w grupie to osoby z jego sąsiedztwa).
Zwrócił przeciwko mnie większość osób, z biegiem czasu coraz większa część klasy zaczynała ze mnie szydzić z byle powodu, szukali tylko okazji żeby mi dopiec, a ja za bardzo nie miałem co zrobić. Lubiłem wtedy grać w gry, a to wydarzenie sprawiło, że grałem jeszcze więcej, nie miałem co innego robić po szkole. Nie byłem nigdzie zapraszany, omijałem z daleka imprezy szkolne itp., jak jechałem na wycieczkę szkolną to spędzałem ją sam. Przez to wszystko nie nabyłem podstawowej umiejętności poznawania ludzi i rozmawiania z nimi (do tego wrócę).
W 3 klasie pobiłem się z gościem po szkole, ja skończyłem z podbitym okiem a on rozwalonym nosem. Nie zapomnę rodzicom nigdy tego, że zgłosili ten fakt szkole mimo moich próśb. Zostałem donosicielem, jeszcze bardziej się ze mnie śmiano, a wiecie jaka była reakcja szkoły? "nie ważne jak to się zaczęło, macie sobie podać rękę na zgodę". Jeszcze ten ch*j pedagog który kazał się nam uścisnąć na zgodę i jego przeświadczenie o tym, że dobrze zakończył sprawę.
Do końca roku zostało kilka miesięcy, nawet nie wiecie jak się cieszyłem, że nie spotkam już tych ludzi w swoim życiu.
Niestety kończąc gimnazjum popełniłem ogromny życiowy błąd - poszedłem do technikum - może sama obecność dziewczyn w liceum pomogłaby mi przełamać pewne bariery.
Już po kilku tygodniach wiedziałem, że raczej nie znajdę tu znajomych, nie żeby ludzie w mojej klasie byli jacyś źli, pod względem dogrania mieliśmy świetną klasę, wychowawczynię itp.
Problemem był mój brak przeżyć, wspomnień, umiejętności prowadzenia rozmowy. Jeśli rozmowa w grupie nie dotyczyła zajęć i nauki, to dotyczyła tego kto gdzie był, co robił, kogo poznał. Ludzie wymieniali się doświadczeniami, czego ja robić nie mogłem. Z nimi też nie mogłem się poznawać przez brak pieniędzy, nie było mnie stać na wspólne wyjścia, na to żeby komuś dać na paliwo żeby mnie podwiózł itp. Nigdy im nie powiedziałem że nie mam grosza, zawsze mówiłem, że nie mogę lub nie mam ochoty na wyjścia. Nie nawiązałem z nikim szczególnej więzi przez co od 9 lat nie mam z tymi ludźmi kontaktu. Wydawało mi się, że przynajmniej ze znajomym z którym 4 lata przesiedziałem w ławce, w niejednym mu pomogłem i przez niejedno razem przeszliśmy uda się jakiś kontakt zachować - był pierwszym który w ogóle zerwał kontakt.
Ten cały mój brak obycia z ludźmi sprawił też, że odkąd pamiętam boję się zagadywać do dziewczyn. Do dzisiaj pamiętam sytuację gdy w 4 klasie jechałem na jakąś późniejszą godzinę do szkoły, autobus był praktycznie pusty, ja siedziałem w ostatnim rzędzie i uczyłem się matematyki. Na jednym z przystanków do autobusu wsiadły 2 dziewczyny w tym jedna, która bardzo mi się podobała. Miały do wyboru wszystkie miejsca w autobusie a usiadły obok mnie w ostatnim rzędzie, dzieliło nas tylko środkowe miejsce. Nie miałem odwagi się do nich odezwać i przez kolejne 20 minut siedziałem z nosem w zeszycie. Nigdy więcej nie spotkałem ich w autobusie o tej godzinie.
Potem były studia na których też nie udało mi się z nikim na dłużej zaprzyjaźnić - każdy już miał paczkę znajomych z czasów średniej szkoły.
Ostatnia osoba z którąś miałem jakiś kontakt zaczęła mnie olewać jak poznała dziewczynę. Przez 3 lata myślałem, że kontakt urywa się przeze mnie bo jak już wspomniałem nie najlepiej wychodzi mi tworzenie więzi z ludźmi, ale w zeszłym roku ten znajomy przypadkiem pochwalił się swoją dziewczyną, powiedział że poznał ją wtedy i wtedy co dokładnie pokryło się z momentem kiedy nasza relacja zaczęła się psuć.
I tak sobie powoli żyję. Rano jadę do pracy, wracam do domu. Następnego dnia znowu jadę do pracy i wracam do domu. Na wolne prawie nie chodzę, nie lubię nawet chodzić na obowiązkowe 2 tygodnie bo nie znoszę pytań co będę robił albo co robiłem (a siedzę w domu).
Może od przyszłego tygodnia dołożę po pracy siłownię żeby trochę przybrać na masie. Nie zmienia to faktu nie widzę dla siebie nadziei na żadną zmianę jeśli chodzi o życie towarzyskie.
Na koniec chciałem was tylko przeprosić za tak długi i chaotyczny wpis. To wszystko po prostu co jakiś czas do mnie wraca i musiałem się z kimś tym podzielić.
Bardzo źle będzie to odebrane, jeśli odejdę z firmy 1,5 miesiąca przed końcem stażu? Znalazłem pracę jako junior dev w innej firmie, ta obecna nie zbyt mi się podoba, przestarzałe technologie i trochę januszex, gorsza pensja. Ale jednak nie chciałbym palić mostów, skoro dali mi szanse. Mam tygodniowy okres wypowiedzenia, UZ.
@anonimowehejto a jak bardzo to będzie odebrane kiedy pracowałem ledwo tydzień czasu i się tak pokłóciłem z przełożoną że kazała mi WYPIERDALAĆ do biura na górę bo nie miała racji? Pracuję już tam 5 lat a jak nie masz JAJ JAK FACET to wybacz chłopczyku.
Co sądzicie na temat zagadywania do obcych osób w miejscach publicznych?
Nie mam tutaj na myśli zagadywania i podrywania kobiet. Nie mam również na myśli sytuacji, w których łatwo jest nawiązać kontakt w określonych grupach np. grupa na studiach, grupy skupione wokół jakiegoś hobby, wspólni znajomi na imprezach itp.
Chodzi mi bardziej o taki mały, niezobowiązujący small talk na ulicy,w zbiorkomie, w kawiarni, w barze, w muzeum, w parku, stojąc w kolejce itd., niezależnie od płci i wieku.
Chętnie poczytam wypowiedzi osób, które sami zagadują w ten sposób lub byli zagadywani przez innych. Jakie ogólnie macie przemyślenia na ten temat? Lubicie takie interakcje czy raczej cenicie sobie spokój od obcych ludzi? Jak oceniacie takie doświadczenia i co w nich najbardziej lubicie, a czego nie? Jak bardzo zgadzacie się z powszechną opinią, że Polacy nie przepadają za tego typu interakcjami w przeciwieństwie do np. amerykanów?
Pytanie skierowane głównie do mieszkańców większych miast, zwłaszcza #wroclaw, ale wszelkie opinie są mile widziane ( ͡° ͜ʖ ͡°)
@anonimowehejto w Polsce to wiadomo że jest różnie z tym ale we Włoszech czy w innych południowych krajach wszyscy ze sobą na ulicy rozmawiają i jest fajnie. u nas to w ryj tylko można dostać xd
Wolelibyscie być z typowym materiałem na żonę, gdzie interesuje się Wami, dzieli obowiązki domu, ale jest beznadziejny seks od kiedy opadło zauroczenie z 3 lata temu (różnice libido, były badania, wizyty u specjalistów)
Czy pójść w nieznane, bo jednak zawsze się wydaje, że może być z kimś innym "lepiej"?
Różowy teraz chodzi do specjalisty, ale i tak uważam, że "ten typ tak ma" i po co zmieniać kogoś na siłę.. Chociaż teraz sama z siebie chce zmiany, ale ja czuję, że jej nawet raz na kwartał by wystarczyło (sam problemu z kobietami nie mam, więc to nie problem w zachowaniu, zmianie w wyglądzie czy nudzie w związku)
Tu jest pewnie, spokojne, normalne życie, ale prawie totalnie bez seksu, co widzę, że jest ogromnie frustrujące mając duże potrzeby i ponadprzecietne wyniki testosteronu ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Zastanawiam się na ile po kilku latach w związku ma się i tak takie myśli, chociaż jednak seks to fundamentalna sprawa i taka miłość platoniczna to wcale nie jest szukanie ideału, a bardziej jedna z podstawowych cech doboru partnera pod siebie
@anonimowehejto hm. Tez mialem dziewczyny, które chciały mi wskoczyć do łóżka. Jedna przychodziła do mnie do pokoju na wyjeździe integracyjnym dwa razy (bo odmawialem) i prosiła, żebym z nią spał (ładna blondi).
Moja historia:
Byłem 4 lata z dziewczyną, która się we mnie zakochała a ja bylem z nią bo lepsze to niz nic. Seks był super. Dawałem jej po 5 orgazmow aż jej się uda trzęsły. Z czasem też ją pokochałem. Byłem dla niej za dobry.
z czasem sexu było coraz mniej. Zauważyłem jakby go unikała. Wyszło, ze mnie zdradzała i to chyba nie raz (plotki byly różne). Wydał ja kolega z pracy, że pisze do niego i chce się spotkać.
Zanim się to wydalo to bylem wrakiem nerwów. Czułem podskórnie, że to sie dzieje (dziwne akcje z telefonem i inne takie). Wyszło, że byłem za dobry (w sensie ciapciak).
Zaczęła sie spotykać z jakimś patusem i on zrobił jej dziecko. Jak rodziła to (miała 22 lata) a on siedział w tym czasie w areszcie. Dlugo nie mogłem się z tego otrząsnąć.
Spotykałem się z kilkoma dziewczynami ale albo coś nie pykło albo bałem się cos zaczynać, żeby mnie ktoś znowu nie zranił. W międzyczasie byłem średnio szczęśliwy. Pomagałem sobie lataniem po imprezach i ćpaniem.
Na jednej z takich imprez poznalem moją żonę. Ona byla tak przypadkiem (wizyta u siostry). Spotkalem się z nią za parę dni na kebsie zeby pogadać. Wzbudziła moje zaufanie bo dużo mówiła o rodzinie (byla ze wsi).
Ja szukałem dziewczyny z miasta, dobrze ubranej, zadbanej która mnie zwali z nóg.
Jak wychodziliśmy z tego kebsa mówię sobie albo ja zabieram do domu albo odwożę na dworzec.
No i wzialem ja do domu.
Za tydzien pojechaliśmy na wesele u niej na wsi. Poznalem całą jej rodzinę. Byłem mega zestresowany ale przyjeli mnie jak swego.
Spodobała mi się ta serdeczność, rodzinność, ktorej u mnie w domu nie bylo.
Było duzo czułości ale właśnie sex to była tylko moja strefa zainteresowania. Po 3 miesiącach poznalem w pracy w korpo dziewczynę. Ladna, sexy, po zachowaniu juz było widac, że lubi ten sport. Flirtowała ze mną. Fajnie się ubierała i była taka przekorna.
No wszystko czego szukałem.
Wiec z zerwałem z moją żoną. Czułem się wtedy bardzo głupio, że nie daje nam szansy. Ze to samolubne. Bo chciałem tylko swojego szczescia.
Ona normalnie nie okazywała uczuć ale wtedy się popłakała
Nie powiedziałem jej o co chodzi tylko, ze to nie to.
Zacząłem spotykać się z ta drugą (ona tez nie wiedziała, że miałem wcześniej dziewczynę). Nawet sexu jeszcze nie było a ona zaczela się dziwnie zachowywać. Miałem flashbacki z przeszłości, nieodbieranie telefonów itp itd. W koncu się okazało, że ma chłopaka ktory przyjechał z nią z jakiegoś malego miasteczka i nie wiem czy chciała mu zrobić na złość, może szukała zmiany a może imponowało jej, że poderwała miejscowego chłopaka (to glupie ale ona chyba tak myślała).
No i wybrała jego a ja zostałem jak frajer na lodzie.
Już witał się z gąską.
Zacząłem pisać do żony, że za nią tęsknię i że mi smutno (było, bo dałem d⁎⁎y, miałem dobrą dziewczynę a zachowałem się jak palant). Ona oczywiście nie znała prawdy (pewnie się domyślała bo głupia nie była).
No i wróciliśmy do siebie. W końcu miałem poczucie bezpieczeństwa, oddania i tego, ze jestem tym jedynym.
Po 3 latach wizelismy ślub.
No i problem sexu ciezki. Ja duże Libido ona male. Nie znaczy to, że mnie nie kocha czy nie pragnie. Po prostu chce jej się rzadko.
z badań prof. Lwa-Starowicza wynika, że blisko 70 proc. kobiet nie osiąga orgazmu podczas stosunku w wyniku penetracji i stymulacji penisem i potrzebuje do tego pieszczot łechtaczki.
Czyli większość kobiet może nie mieć przyjemności z penetracji. Pewnie udają orgazmy, zeby partner nie zostawił.
Moja przynajmniej była szczera.
Dopiero jak mi spadło Libido to miedzy nami zrobiło się lepiej. Wszesniej byly ukryte pretensje.
Chciałem odejść albo znaleźć kochanke ale mamy dziecko i postanowiłem, że c⁎⁎j jak chcialem odejść to wtedy jak pierwszy raz z nią zerwalem teraz juz wez się w garść i badz mężczyzną.
Wiem, że jest ci ciężko ale ja jestem teraz bardzo szczęśliwy a tak nie wiem gdzie bymteraz byl i co bym robił gdybym odszedl te pare lat temu.
Pewnie bylbym zalosnym samotnym alkusem albo z jakąś dziunia niestabilne emocjonalnie (w moim wieku juz same przechodzone towary).
Więc przemyśl. Czy ją kochasz? Jak bardzo ja zranisz jak odejdziesz? Jaka jest szansa na to, ze znajdziesz właśnie taka osobę jak chcesz. Bo przypadkowy sex to jedno a wierna i oddana partnerka, która widzi w tobie ojca swoich dzieci to drugie.
@anonimowehejto tak jest tez wedlug mnie, ale przekonalem sie osobiscie, ze to tez bylo za duzo. Wiec pytanie do Ciebie, czy chcesz byc z kims, dla kogo to tez jest za duzo. Mowie tutaj o jakims kompromisie, brak nie swiadczy dobrze o zwiazku.
CzarodziejskaKreatura: Ja pi⁎⁎⁎⁎le nawet nie wiesz jak często mam podobne myśli a mam 35 lat.
Ja 35, ona 30 jesteśmy razem 6 lat i z seksem zawsze nadawaliśmy na odmiennych falach. Ja mogłem zawsze, mogłem dwa razy dziennie i najchętniej robiłbym z nią wszystko i eksperymentował dosłownie ze wszystkim bo czemu nie. Ona też mogłaby mi zrobić praktycznie wszystko co chce i nie miałbym z tym problemów byleby tylko spróbować znaleźć coś co nas wspólnie seksualnie połączy.
Początkowo mieliśmy zresztą na tyle otwartość że rozmawialiśmy dużo na te tematy i początkowo delikatnie próbowaliśmy różnych rzeczy.
Ale finalnie jakoś szybko się to skończyło - ona nie ma po prostu tych potrzeb. Raz na dwa tygodnie? Ideał.
Sama zasugeruje seks? Tak, czasem się zdarzy ale wszystko i tak jest po mojej stronie i chyba ani razu nie było tak że sam się poczułem podrywany ani żeby mnie rzeczywiście potrzebowała do seksu co mnie wkurwia bo nie zliczę ile razy odrzucałem inne kobiety które ewidentnie chciały tylko ONS.
A związkowo? Idealnie bo nie mam na to lepszego słowa. Związek partnerski, dużo śmiechu jeszcze więcej życiowych rozmów, wspólnych tematów i wszystkiego tego czego mógłbym sobie życzyć u kobiety. Wizualnie piękna, umysł niesamowity oboje wyciągaliśmy się z naprawdę złych sytuacji życiowych a seks 5/10 i rzadko.
Nawet nie wiesz jak często miewałem myśli czy to wszystko ma pod tym względem sens i czy iść tylko za głosem seksu którego nadal potrzebuję a wiem że jeszcze naście lat i pewnie nawet mi nie będzie k⁎⁎wa stawać.
Może seksuolog? A może następna rozmowa? A może po prostu iść i poderwać kogoś tylko po to żeby porządnie cię wygrzmocił?
A może powiedzieć wprost - mam dość tej sytuacji i co z tym razem robimy bo ja już nie wytrzymuję?
Nie mam odpowiedzi na Twoje pytania, nie mam odpowiedzi też na swoje ale prawdziwie kochając wybieram partnerkę i ten związek bo wiem, że tutaj nie zmieniłbym nic a ona zrobiłaby dla mnie wszystko tylko nie to co związane z seksem. I to jest przejebane i dobrze wiem, że nie zmieni moich myśli raz na jakiś czas.
Na pewno będzie pora na poważną rozmowę i ten tekst tylko przyspiesza tą decyzję, ale Tobie nie będę radzić co robić.
Wazę 100kg przy 180cm, przechodzę na dietę 2.2-2.3k kcal i pytanie, co lepiej do redukcji: 1h treningu siłowego czy 1h cardio? Pewnie na start cardio to jakieś wolniejsze tempo bieżnia (spacer) bądź rowerek. Nie mogę tego i tego połączyć. Co da lepszy efekt?
trening silowy wysokiej intensywnosci. Nie mozesz polaczyc w jedym treningu czy w ogole? bo jak tylko w jedym treningu to bym zrobil 70/30 silowy/cardio
@anonimowehejto co to znaczy lepiej? Lepiej do czego? Jaki jest Twoj cel? Co zrobisz jak juz zjedziesz z waga? Jestes grubszy, ale nigdy nie cwiczyles, czy cwiczyles wczesniej?(przez cwiczenie mam na mysli, ze jestes wiekszy, miskowaty, miales kiedys miesnie) Ile razy w tygodniu chcesz ten trening silowy lub cardio robic? Pytam powaznie, sam lece obecnie na mocnej redukcji, mam swietne efekty i doradze, ale potrzebuje wiecej informacji
Lepiej jak z samym deficytem kalorycznym. Nigdy miesni jakos nie mialem, forma miska. Teraz chodze na silke x3 w tygodniu od 3msc, i moze spadlo ze mnie z 1kg, ale generalnie widze duzy progres silowy + zakres ruchu. Chodze z trenerem, ale generalnie juz mnie psychicznie meczy i mysle o przerwie na 2msc i 5x w tyg zrobic trening cardio docelowo po okolo godzinie (pewnie szybki marsz na biezni).
Ten komentarz został dodany przez osobę dodającą wpis (OP)
Dałem się wykorzystać i złamać sobie serce, bo jestem naiwnym ucsuciowcem.
Przespałem się z zaręczoną dziewczyną. Z jej inicjatywy, na imprezie firmowej. Kochaliśmy się tak jak jeszcze z nikim wcześniej.
Podobała mi się już wcześniej, ale wiedziałem że kogoś ma. Tamtego dnia dowiedziałem się, że ja też jej się podobam...
Sielanka trwała przez kilka tygodni. Ja przyjeżdżałem do niej, ona do mnie. Zbliżyliśmy się do siebie tak bardzo, że nie było już mowy wyłącznie o FWB. Zasady były jednak jasne, że na ten moment nic więcej.
We mnie jednak obudził się syndrom zbawiciela. Jej chłopak, przedstawiciel "elity z osiedla", posiadający wyklejone gangsterskimi naklejkami czarne BMW, doprowadzający ją regularnie do płaczu, nie oferujący nic poza podstawami egzystencji. Ale byli zaręczeni, a ona nie chciała go zostawić "na ten moment".
Uwierzyłem, że mnie kocha. Zaczęliśmy planować co zrobimy, gdy już go zostawi. Pisaliśmy ciągle, rozmawialiśmy jak najęci. Seks był cudowny, gęsia skórka pojawiała się za każdym razem na obydwu ciałach, gdy byliśmy obok siebie.
Jednak w pewnym momencie przekroczyłem granice. Zacząłem podświadomie wymagać więcej. Chciałem, żeby zaczęła dawać mi więcej siebie - czułości, miłych słów, deklaracji miłości i czasu. Ona jednak nie była w stanie, tłumacząc że ma wyrzuty sumienia i widzi, że rani "narzeczonego i mnie".
Minęły kolejne tygodnie, ze spotkań po 5 razy w tygodniu zostało jedno. Wciąż pisaliśmy codziennie, ale ona przestała narzekać na narzeczonego, wydawała się szczęśliwa, zaczęła pisać coraz rzadziej i coraz mniej aktywnie. Odpisywanie po 6 godzinach stało się standardem.
A ja co? Zakochany na zabój przeżyłem załamanie nerwowe. Nie mogłem przeżyć tego, że jest z osobą, którą jak mówiła mi prosto w oczy - nie kocha, która ją rani.
Dałem z siebie za dużo. Obfite okazywanie uczuć w tekście, czułe słowa, karteczki z wyznaniami miłości, no ogólnie jestem cholernie wrażliwy i uczuciowy, będąc przy tym cholernym romantykiem. I dałem jej wszystko co mogłem dać.
Do momentu, aż miesiąc temu nie przyjęła prezentów na urodziny. Powiedziała, że już nie ma gdzie trzymać rzeczy ode mnie i że po prostu przesadzam.
Dwa dni później powiedziała mi, że na ten moment musimy zakończyć tę relację, bo ona nie ma racji bytu.
Za kolejne dwa dni zaczęła pisać, jakbyśmy nie przeżyli ze sobą tych wszystkich chwil, tłumacząc że "ona sobie poradzi z tym co było".
A ja?
Siedzę na psychotropach, wizyty u terapeuty to teraz cotygodniowy spacerek. I choć rozumiem, że nie jest w stanie z dnia na dzień zmienić swojego życia, odejść z patologicznego i toksycznego związku, tak nie rozumiem dlaczego robiła mi tak wielkie nadzieje. Gdyby nie to, nadal widywalibyśmy się wyłącznie na seks i przyjemne spędzenie czasu.
A teraz żyję w bańce, w której nadal czekam aż go zostawi, w której nie mogę wyobrazić sobie życia bez niej. Mijają dni i tygodnie i moje uczucia po prostu nie znikają.
I do diabła z moralnością. Nie ma jej już na tym świecie, a jej patus od dawna powinien być pożarty przez własną karmę. Jestem wręcz pewien, że sam dopuścił się zdrady więcej, niż raz.
@anonimowehejto Nie jestem zwolenniczką jechania po Tobie, bo sam dobrze wiesz że źle zrobiłeś i nie ma potrzeby kopać leżącego. Rozumiem że emocje i hormony wzięły górę, wtedy człowiek traci rozum i trzeźwy osąd sytuacji. Po prostu zakochałeś się i to było wzmacniane przez jej wyznania i zapewnienia, wtedy wszystko wydawało Ci się możliwe i realne, aka bycie razem. Tylko problem w tym, że ona prawdopodobnie się tylko zauroczyła, byłeś skokiem w bok, podbiciem jej ego, odskocznią od problemów w związku, rutyny, monotonii. Widocznie uznała że nie warto rezygnować z tamtego związku dla Ciebie. Byłeś dla niej dobry na chwilę, na dłużej - już nie. Przykre ale prawdziwe. Ty natomiast wpadłeś po uszy.
Jednak ja jako poboczny obserwator uważam że nawet teraz ją zbytnio idealizujesz. Piszesz że jej facet to "sebek z osiedla", raniący ją, nic jej nie dający, a ona to ta pokrzywdzona, biedna osóbka. No to w takim razie po co do niego wróciła skoro taki zły? Poza tym mamy tylko relację jednej strony, ciekawa jestem jak ten związek wygląda z perspektywy jej faceta, być może zgoła inaczej. Zauważ że nie żyłeś z nią na co dzień, spotykaliście się tylko na randki podczas których widziałeś jej najlepszą wersję.
Człowiek uczy się na błędach, wyciągnij wnioski z tej sytuacji i idź dalej będąc mądrzejszy o to doświadczenie. Twoim błędem było zakochanie się w zajętej kobiecie, tak się nie robi. Jako romantyk byleś naiwny, dałeś się wciągnąć po uszy, a jest takie powiedzenie że jak ma się miękkie serce to trzeba mieć twardą d⁎⁎ę. Tak jak pisałam na początku, wypisz sobie jej wady - na chłodno, bez idealizowania, same fakty. Pomogę Ci:
skłonna do zdrady wieloletniego partnera, a wręcz narzeczonego
obgadująca swojego faceta za plecami zamiast przegadać i rozwiązać problemy. Gdy problemy są nie do przejścia, to zakończenie związku a dopiero potem szukanie kolejnego. FBW/zdrada to nie sposób na problemy w związku
szukająca nowej gałęzi zanim nie puści poprzedniej (ty chciałbyś być kiedyś tak potraktowany?)
tkwiąca na siłę w niby złym dla siebie związku (po co? dla pieniędzy?)
skłonna powiedzieć "kocham Cię" bez przemyślenia tego, to poważne słowa którymi ona szasta bez zastanowienia. Takie słowa mówi się po dłuższym czasie, kiedy razem już trochę przeżyliscie, w tym złe i trudne momenty.
nie myśląca o konsekwencjach swoich działań, ma gdzieś to jak Ty się czujesz zostawiony z dnia na dzień (wychodzi niedojrzałość albo brak empatii - to źle wróży)
Nie łudź się że jeszcze wrócicie do siebie. Ona dostała to co chciała i już jej nie jesteś potrzebny. No chyba że odezwie się ponownie gdy znów pokłóci się z narzeczonym, ale mam nadzieję że tym razem zachowasz się rozsądnie. Poblokuj ją wszędzie, zapomnij i po prostu poczekaj, z biegiem czasu bedzie coraz lepiej a Ty z dystansu zobaczysz jaka to była nieodpowiednia kobieta i chora sytuacja.
OP: @BettyLou: dziękuję, Twoja odpowiedź jest zdecydowanie bardziej, niż wystarczająca - sprowadzenie mnie na ziemię to coś, czego nie robi nawet terapeuta na ten moment.
Cóż, chcąc czy nie, muszę się w 100% zgodzić odnośnie tego, że ona po prostu się zauroczyła. Ja zauroczeń w życiu przeżyłem w życiu wiele i wiedziałem, że teraz dzieje się coś "więcej". Ona zapewniała, że czuje to samo, że muszę jej zaufać, że wystarczy poczekać. Bardzo wygodne podejście, prawda? Ona dostała uczucie, wspaniały seks, chwilę odpoczynku od problemów w swoim związku, a gdy tylko dzięki temu polepszyła jej się relacja z narzeczonym, wyłożyła karty na stół - za duży nacisk z mojej strony to kolejne równie dobre wytłumaczenie.
Zdanie "No to w takim razie po co do niego wróciła skoro taki zły?" powinno tłumaczyć wszystko. I choć problem jest bardziej zawiły, a jej relacja to po prostu toksycznie "bezpieczny" związek z kimś, kto pasuje do jej profilu emocjonalnego wyrobionego od czasów dzieciństwa. Będąc przez chwilę ze mną była w szoku, że można żyć zupełnie inaczej.
A jak wygląda relacja z perspektywy jej faceta? Cóż, wiem to. On wie, że ona go nie zostawi, że ma ją w garści i bez niego po prostu sobie nie poradzi. Może więc sobie pozwolić na wyzwiska, zaniedbania, rujnowanie zaufania, a na urodzinową kolację może zabrać ją do sieciówki z tanim makaronem ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Dziękuję Mirabelko (czy jak to się tutaj mówi, wybacz), chciałbym z kimś takim jak Ty pogadać więcej.
Ten komentarz został dodany przez osobę dodającą wpis (OP)
@anonimowehejto Powtórzę - cieszę się że mimo wszystko patrzysz na to w miarę trzeźwo i obiektywnie, to pierwszy krok do tego aby sobie z tym poradzić. Skoro ona jest w toksycznym związku z którego nie potrafi się uwolnić, to też świadczy o niej że ma pewne problemy ze sobą, z poczuciem własnej wartości (dowodem na to jest walidacja swojej atrakcyjności u Ciebie). Zakochałeś się w młodej, ślicznej dziewczynie która przez chwilę była wpatrzona w Ciebie jak w obrazek, to nic dziwnego że straciłeś głowę, ale pomyśl jaki bałagan mogłaby przynieść do Twojego życia gdybyście jednak byli razem. Skoro piszesz że już od dzieciństwa ma jakieś wpojone schematy, to nie byłoby łatwo tego zmienić, mimo że mogłoby Ci się wydawać że ją "naprawisz".
Uwaga będą #gorzkiezale. Wybaczcie długi wpis ale i tak starałem się streścić ciemną d⁎⁎ę w jakiej się obecnie znajduję.
TL:DR
Chłop lvl 31, po studiach, bez doświadczenia w zawodzie, z beznadziejnym CV i przespanymi trzema ostatnimi latami życia chce się ogarnąć i żyć jak człowiek a nie jak ludzka ameba.
Czołem!
Potrzebuję pomocy z ogarnięciem swojego życia. Mam 31 lat i wykształcenie wyższe zdobyte w Anglii, gdzie mieszkałem 15 lat (kierunek programowanie gier). Od zakończenia studiów nie pracowałem w branży. Ba, prawie w ogóle nie szukałem pracy w IT. Przebimbałem kilka lat w supermarkecie aż zostałem zwolniony pod koniec 2019 roku. Początkowo spędziłem kilka miesięcy na zbijaniu bąków a potem zaczął się cyrk z pandemią. Na przełomie 2020/2021 roku udało mi się trochę dorobić na kryptowalutach. Napisałem kilka skryptów automatyzujących interakcje ze smart contractami no i jakoś wyszło. Z powodów osobistych od końca 2021 roku mieszkam z mamą w małej miejscowości we wschodnich Niemczech i utrzymuję się z tego co udało mi się ugrać. Strasznie się odizolowałem, mało z kim rozmawiam i rzadko wychodzę z domu. Tyle o przeszłości.
Obecnie czuję, że jestem w ciemnej d⁎⁎ie. Nie żyję tylko wegetuję. Wprawdzie nie mam żadnego doświadczenia w branży jednak wydaje mi się, że posiadam jakąś wiedzę. Ogarniam kodzenie w kilku językach, podstawy sieci, trochę Linuksów i Windowsów. Fakt, że sporo mojej wiedzy jest dość powierzchownej bo nigdy nie potrafiłem wybrać kierunku do wyspecjalizowania i od lat skaczę z kwiatka na kwiatek. Poza skryptami Web3 napisałem też prostą wtyczkę z metronomem do Firefoxa więc coś tam potrafię.
Wreszcie stwierdziłem, że pora przestać się opierdalać, wyjechać do większego miasta i próbować znaleźć stałe zatrudnienie. Moim celem stanie się chyba Warszawa. Najlepiej w IT ale może być i inna praca biurowa. Wolałbym uniknąć ciężkiej pracy fizycznej, ale też mam przekonanie, że do niczego innego się obecnie nie nadaję.
Może zabrzmi to śmiesznie ale nie wiem jak ugryźć temat. Paraliżuje mnie beznadziejna historia zatrudnienia i 3-letnia dziura w CV. Kto spojrzy na kogoś takiego poważnie? Finansowo stać mnie na to, żeby pracować za niższą stawkę jeśli miałoby to pomóc mi w rozpoczęciu kariery. Mógłbym nawet za pół-darmo albo całkiem za darmo jeśli miałoby mi to pomóc. Nie szukam pracy marzeń za miliony tylko jakiejś ścieżki rozwoju, żeby móc bez wstydu odpowiedzieć na pytanie "czym się zajmujesz". Może zrobić jakiś kurs? Staż albo praktyki? Pisać do rekruterów? Odpowiadać na ogłoszenia mimo wszystko?
Doradźcie mi proszę jak się ogarnąć, na czym się skupić i zacząć żyć jak człowiek?
Trochę kodujesz to szukaj roboty w Niemczech, jak lepiej zaczniejsz ograniać to programista w niemczech może zarobić dobre siano. Zaczniej może od testera oprogramowania żeby się podpiąc pod jakąś firmę. A 3 lata to napisze że byłęś testerem w Polsce. Kto to sprawdzi? Bądz beszczelny i pi⁎⁎⁎ol wszystko. Pamiętaj że lepiej spróbować kilka razy i niż nie spróbować i żałować bo widzę że masz brak pewności siebie.
@zryyytyyy Dzięki za odpowiedź. Masz rację, że wyjście do ludzi może być kluczem do poprawy sytuacji. Pracowałem kiedyś jako picker i to fakt, robota może być nie najgorsza w zależności od tego na jakich przełożonych się trafi.
@tmg Dzięki za rady. Ciężko będzie się wytłumaczyć freelancerstwem i nie mieć niczego konkretnego do pokazania, ale pomysł niezły. Ciężko mi wybrać kierunek specjalizacji. Za dużo rzeczy mnie interesuje. Może jesteś w stanie coś polecić i doradzić gdzie szukać rekrutacji? Jestem naprawdę nieogarnięty w tym temacie
@dagarta Dzięki za odpowiedź. Też pomyślałem o wałku z pomocą komuś w rodzinie bo ciężko to zweryfikować. Z tym fachem to sam nie wiem. Niby jest ale jakby nie było.
@jimmy_gonzale Dzięki za poświęcenie czasu na odpowiedź. Weźmie ktoś kogoś w moim wieku na juniora i z taką przerwą od skończenia studiów? Na rynku w końcu jest tylu świeżaków. Niska stawka ani zrobienie kroku wstecz mi nie przeszkadza bo wiem, że trzeba zapłacić cenę za podjęte decyzje.
@atos Dzięki za odpowiedź. Niestety trochę kiepsko mówię po niemiecku a z językiem angielskim szukają raczej ludzi z doświadczeniem, którego nie mam. Choć przyznam, że zdaję sobie sprawę z lepszych perspektyw na zachodzie. Ale masz rację, że lepiej próbować niż nie bo nic mnie to nie kosztuje. A z pewnością siebie niestety walczę całe życie. Raz jest lepiej, raz gorzej.
SilnaJulka: Od paru miesięcy mam niechęć praktycznie do wszystkiego. Nic mi się nie chce. Wychodzić z piwnicy. Jedynie co by człowiek robił to się opierdalał całymi dniami. Mam dni gdzie jest dołek przez cały dzień, brakuje mi dopaminy. Jest to coraz częstsze co mnie strasznie irytuje. Naprawdę ten stan mnie wkurwia, jestem dosyć ambitnym młodym człowiekiem i jakoś nie widzi mi się napierdalać na jakiś magazynach do utraty tchu.Mam 25 lat. Chcę z tego wyjść, następne 2-3 lata poświęcić na nauke, praktyki i w wieku 30 lat zarabiać dobrą stawkę, rozpierdalać doświadczeniem i po prostu cieszyć się życiem (na początku zapracować, a potem. Ale gdy widzę siebie w jakim jestem stanie to taka sytuacja nie będzie miała racji bytu. Co robić jak żyć?
#hejto miało małe turbulencje ale wydaje się że pilotom udało się przeleciec przez tę burzę bezpieczne, więc chciałem tylko napisać małe przypomnienie dla wszystkich którzy przez te tymczasowe problemy, mogli nie zauważyć że Anonimowe Hejto Wyzniania są już z nami!
Proszę również o mała jałmużnę w postaci dla większego zasięgu oraz polecam obserwować tag #anonimowehejtowyznania jeśli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych wyznaniach!
Wstyd mi strasznie, ale mam komornika. Spłacam go miesięcznie 2.5k bo mi na pensje wszedł itp. No należało mi się, brak edukacji finansowej, wpływ rodziny itp ale koniec końców na mnie były brane pieniądze, więc wyraziłem jakoś na to zgodę, więc nie ma na co zwalać tka naprawdę, eh. Problem mam w tym, że ja kilkukrotnie zmieniałem miejsce zamieszkania, listy różnie trafiały z sądów i nie wszystkie miałem jak odebrać. Po prostu nie mam do nich dostępu i kurde nie wiem nawet jak sprawdzić ile mam jeszcze do spłacenia ani nie znam numerów spraw czy komorników :( Nie chcę unikać spłaty, ja po prostu chciałbym wiedzieć ile mi jeszcze pozostało. Jest jakiś prosty sposób aby to ogarnąć?
OP: @LITE: ale ja nie chce się ukrywać bo i tak wie wszystko o mnie xD ja po prostu chce wiedzieć ile jeszcze :( no i nie mam kontaktu do komornika + prawdopodobnie mam paru :'( i tutaj cały problem i sens mojego pytania. Bo kurde nie wiem jak to ogarnąć aby sie dowiedzieć ile jeszcze. Ja chce to spłacić. Ale łatwiej bedzie jak bede wiedział co i jak bo wtedy lepiej sie planuje
Ten komentarz został dodany przez osobę dodającą wpis (OP)
To jest raczej tak, że jak masz już komornika, to on będzie miał wszystkie Twoje sprawy, które są do egzekucji komorniczej, bo to spływają do 1 komornika a nie tak, że każda sprawa ma innego.
Więc skontaktuj się z tym, co podadzą ci go w kadrach
@OP Masz kontakt do komornika. To jest urzędnik z krwi i kości, a nie firma widmo. Jeśli dostałeś wezwanie, to dokładne dane MUSZĄ być na wezwaniu. Innej opcji nie ma.
Kiedyś razem z dziewczyną i jej przyjaciółką wzięliśmy u mnie na kwadracie trochę mdma. Jak wiadomo, po tym specyfiku ludzie robią się strasznie mili, otwarci, a stosunki między nimi się zacieśniają. Nawet rozebranie się do samej bielizny przy brzmieniu dobrej muzyki nie jest czymś dziwnym. Tak było właśnie tamtego wieczoru. W pewnym momencie moja dziewczyna będąca w euforycznym stanie bez chwili zawahania zakomunikowała, że ów przyjaciółka może śmiało ze mną spróbować coś ten tego (ekhem), od czasu do czasu przypominając, że śmiało możemy zrzucić z siebie resztę ubrań. Jakieś resztki rozumu, pomimo odmiennego stanu mojej świadomości, przemówiły mi do rozsądku i odmówiłem wszelkim dalszym czynnościom, które mogłyby pikantnie wzniecić atmosferę naszego "spotkania". Już nie jestem z tamtą dziewczyną od 3 lat. I wiecie co? Przypominam sobie o tym od czasu do czasu i k*rwa żałuję, bo miałbym pewnie nieziemski trójkąt z tymi seksownymi dziewczynami. Nie wiem co mi do łba strzeliło, żeby zachować się jak przystało... crying like a simp
OP: @BettyLou Zdecydowanie tak. To tylko nic nie znacząca chwila, która nie miała większego znaczenia w moim życiu. Trójkąt z dwiema dziewczynami, mogłoby się wydawać, że to świetna sprawa, aczkolwiek w życiu jeszcze wiele może mnie spotkać :p Nie czas by żałować.
Ten komentarz został dodany przez osobę dodającą wpis (OP)
Też kiedyś nie wykorzystałem identycznej sytuacji i wiem, że drugiej takiej okazji w życiu już nie będzie. Po 15 latach nadal żałuję, że byłem taką przyzwoitką.
Drugi dzień nie można się zalogować na kompie na żadnej przeglądarce. Nie działa większość przycisków, nie można rozwinąć komentarzy, klikać w zdjęcie, profile użytkowników.
Nie pomaga żadne czyszczenie pamieci podręcznej. Na dopiero co zainstalowanej przeglądarce, której nigdy wcześniej nie używałem jest to samo.
Naprawcie to w końcu, minął dzień i dalej nie działa.
I to nie pierwszy raz jak wprowadzacie aktualizacje i nie można się zalogować. Poprzedni problem jednak był naprawiony w kilka godzin.
@anonimowehejto To chyba w ramach przypomnienia, że na wykopie bana można było z d⁎⁎y dostać i kontaktowało się w podobny z sposób za srebrnej kurtyny. xD @hejto nie z nami te numery