Wielki gad, czyli Gadzilla. Zapraszam na #piechuroglada
----------
Tytuł: Godzilla
Rok produkcji: 2014
Reżyseria: Gareth Edwards
Kategoria: #scifi #akcja
Czas trwania: 123 min
Moja ocena: 5/10
Po katastrofie w japońskiej elektrowni jądrowej pracujący w niej naukowiec próbuje dotrzeć do prawdy na temat jej przyczyny. A był nią duży potwór.
Co za paździerz. Nic w tym filmie nie gra, a zwłaszcza główny bohater, którym nie jest o dziwo Cranston. Scenariusz pisany na kolanie wypełniony po brzegi banałami, sceny nie wywołujące w widzu żadnych emocji, brak jakiegokolwiek napięcia i jedna myśl - po co to właściwie oglądam? Byle jakość bije z tego filmu na kilometr i nie ratują go sceny z olbrzymimi potworami ani pojawiająca się w końcu Godzilla. Aktorsko bardzo słabo. Szkoda czasu ogólnie. Nie polecam, może jako film w tle, na który zerka się co kilkanaście minut się nada.
Fun fact: Pomysłem naczelnego Japończyka amerykańskich produkcji było wprowadzenie nazwy tytułowego potwora nie jako "Godzilla", ale "Gojira", czyli tak jak w oryginale.
@PaczamTylko wcześniej też potrafił zaskakiwać, chociażby What Dreams May Come czy też oskarowy Good Will Hunting - nie wspominając już o The Fisher King
@deafone a tak, jak najbardziej. Ale dość rzadko grywał czarne charaktery, co w zestawieniu z jego bardziej typowymi rolami, sprawia że widz (przynajmniej ja) czuję pewnego rodzaju dyskomfort - ale w pozytywnym znaczeniu, bo dzięki temu dana rola działa mocniej. Będę musiał sobie coś odświeżyć z jego filmografii...
Kiedy Viktor Navorski przylatuje z Europy Wschodniej do US, władze nie uznają jego paszportu, gdyż w kraju Viktora wybuchła wojna. Navorski zostaje zatrzymany na nieokreślony czas na lotnisku, gdzie zaczyna się urządzać i poznaje nowych przyjaciół.
Tak to nawet spoko film, ale strasznie mi przeszkadzało nierówne poprowadzenie protagonisty - raz scenariusz robił z niego debila, by w następnej scenie Navorski wykazać się miał niezwykłym sprytem, takie chamskie naginanie charakteru postaci pod widzimisię twórców. Mogli też mniej polukrować finał, bo mimo braku romantycznego happyendu z winy logiki różowych pasków, i tak wyszło za słodko.
Fajna bajka, postanowilem ocenic z poziomu wewnętrznego dziecka i kurcze, az odlozylem telefon. Stestuje w niedziele na rodzicach. Wpadl za free na sweettv wiec skorzystalem.
Nie wiem, jak to się stało, że kompletnie ominął mnie ten film. W czasie, gdy się pojawił przypadł moment mojej sporej deskorolkowej zajawki. No ale do brzegu i bez dygresji. Film opowiada historię trzech skaterów, którzy odmienili na zawsze ten sport a są to Stacy Perlata, Tony Alva i Jay Adams. Chłopaki wraz z jeszcze kilkoma kumplami i kilka lat starszym Skipem, swoim mentorem ze sklepu z deskami do surfingu, bujają się po mieście na deskach, przeżywają typowe nastoletnie problemy i sytuacje. Całość fabuły jest prosta jak przysłowiowa budowa cepa. Chłopaki tworzą zgraną ekipę, wszędzie są razem, jeżdżą, podrywają dziewczyny, żartują... Problem pojawia się, gdy zaczynają być mistrzami w swoim fachu i zaczynają się o nich bić sponsorzy. Kasa niszczy przyjaźń i więzi. Nie ma tutaj nic rewelacyjnego jeśli chodzi o scenariusz. Film jednak może się podobać. Świetnie wypadają sekwencje z jazdą na deskach, a główni bohaterowie dają się lubić i cały czas im kibicujemy. Ponadto fajnie oddano klimat kalifornijskiego, gorącego lata i nastoletnich problemów. Całości dopełnia fajna ścieżka dźwiękowa z hitami klasyki rocka i klimat lat 70.
Taki sobie film. Trzyma w napięciu nawet, dobrze zagrany, muzyka mi się w nim podobała, ale fabularnie ogólnie taki średni. W ogóle to był mój pierwszy film Polańskiego jaki oglądałem w życiu chyba. Zaintrygował mnie opis, pomysł na fabułę, ale rozegrane to zostało małostkowo, spodziewałem się czegoś więcej
Obsada: Peter Ustinov, Dean Jones, Suzanne Pleshette
Czas trwania: 1h 46min
Ocena: 8/10
Trener lekkoatletyczny kupuje na wyprzedaży prastary podgrzewacz pościeli, a wraz z nim ducha słynnego pirata, Czarnobrodego, który został przeklęty i musi błąkać się w nicości, dopóki nie spełni dobrego uczynku.
Zakupiony przez pewną rodzinę Android zaczyna zachowywać się w dość nieoczekiwany sposób, przejawiając oznaki inteligencji.
Mam słabość do tego filmu. Ja wiem, że jest ckliwy, naiwny, w wielu momentach ociera się o żenadę, ale ma w sobie coś przytulnego, ciepłego, coś co sprawia, że czuję się dobrze. Polecam na wieczór z drugą połówką, najlepiej pod kocem i z kubkiem kakao.
Fun fact: Naturalnie włochaty Williams musiał zgolić włosy ze swojego ciała, żeby zagrać robota Andrew, gdy ten zaczyna już modyfikować swój wygląd tak, aby być bardziej podobnym do ludzi.
Jak usłyszałem na start Country Roads, to myślałem, że coś jest nie tak ze ścieżką dźwiękową. Pogodna historia. Dużo w niej codzienności pomieszanej z tajemnicami i wyobraźnią.
Para paleontologów zostaje zaproszona do znajdującego się na wyspie parku tematycznego, którego właścicielowi udało się wskrzesić do życia dinozaury.
Klasyczny Spielberg. W tym obrazie zostały wykorzystane prawdopodobnie wszystkie sztuczki z jego katalogu, które zapewniły mu popularność i rozpoznawalność. Wydaje mi się, że ten styl kręcenia może wydać się współczesnemu widzowi przestarzały, ale jako film familijny, który można oglądnąć z nastolatkami wprowadzając ich w świat thrilleru i trochę horroru, robi robotę. Efekty w niektórych momentach w dalszym ciągu robią wrażenie, w innych natomiast zestarzały się jak mleko. Mimo wszystko, jeśli zna się historię produkcji, tego jak wyglądało modelowanie i animacja komputerowa w tamtych czasach (mowa o filmie sprzed ponad 30 lat!), to nie sposób nie oddać hołdu programistom i artystom zaangażowanym w stworzenie tego dzieła. Polecam jako obowiązkową pozycję przedstawiającą styl przygodówek lat 80. i 90. poprzedniego już wieku.
@PlatynowyBazant Byliśmy w kinie parę klas jednocześnie. Pamiętam jak się zaczynał to jakieś gwizdy, buczenie, itp. Był już hajp na ten film i niektórzy chcieli się wykazać, że oni mają to w dupie. Po pierwszej scenie z klatką, w kinie nastała cisza absolutna
Scooby z przyjaciółmi rozpracowuje tajemnicę Pana Hyde'a, który zrobi wszystko, by nie dopuścić do premiery filmu o przygodach legendarnego Błękitnego Sokoła.
Russellowski biopic Mahlera, czyli nie może być normalnie.
Mahler rozpamiętuje fragmenty swojego życia, jadąc pociągiem ze swoją żoną. Przypomina sobie swoje najlepsze momenty twórczości przy boku żony nad pięknym jeziorem. Ale cofa się też dalej w przeszłość, gdy był dzieckiem i później, gdy był podporą swojego rodzeństwa. Nad każdym wspomnieniem wisi cień śmierci, Mahler jest przekonany o swoim przedwczesnym końcu, chociaż stara się odsunąć śmierć jak najdalej, nie godząc się na nią w rozmowach z innymi ludźmi. Zaprzecza śmierci, przywołując w jej miejsce miłość. To, czy mu uwierzymy, to wyłącznie nasza sprawa lub osobista interpretacja jego utworów.
Każdy etap wspomnienia jest nasycony muzyką słynnego kompozytora.
I tylko jeden fragment filmu przybiera groteskową wręcz formę - gdy Mahler postawia dla dobra własnej kariery przetransformować się z żyda w katolika. W niesamowicie rozegranej scenie Mahler ugina się pod wolą Cosimy Wagner, ubranej w sadomasostrój, z batem, hełmem na głowie i swastyką na tyłku, i przy dźwiękach Walkirii Wagnera przechodzi "chrzest" ognia i schodzi z krzyża już jako katolik, w niemym wręcz przedstawieniu, by ostatecznie przejść w lekki, krótki musical.
Dziś będzie recenzja domu spokojnej starości, czyli:
Tytuł: Diabeł ubiera się u Prady 2
Rok produkcji: 2026
Kategoria: Komedia
Reżyseria: David Frankel
Czas trwania: 2h
Ocena: 4/10
Spodziewałam się odgrzewanego dla kasy kotleta i odgrzewanym kotletem ten film się okazał. Fabularnie jest bardzo miałko, w dodatku kilka ważniejszych wątków jest dość niewiarygodnych nawet jak na standardy omawianego gatunku, np. wielka burza medialna po jednym wtopionym artykule, czy związek Emily - kierowniczki sklepu i chada pierdyliardera nachalnie wzorowanego na Zukerbegu (nawet kolesiowi dali byłą żonę - Azjatkę, lol). Chociaż w filmie poruszono ważkie tematy, jak gównowacenie legendarnych marek przez skupionych tylko na Excelu inwestorów, czy gównowacenie samego dziennikarstwa przez niskie standardy pracy dziennikarzy i rozwój AI, sequel nie jest nawet w połowie tak zgryźliwą satyrą na światek korporacji modowych i rozbuchanego konsumpcjonizmu, jaką była jedynka.
Wykastrowano fabułę, żeby była family friendly średniakiem, wykastrowani (i skopani) zostali również bohaterowie, i to zarówno przez scenarzystów, jak i odtwórców głównych ról. Miranda Priestly na początku usiłuje być po staremu wredna, ale dość szybko zmienia się w przyjazną Babcię Józię z Plebanii. Andy niby jest Poważną Dziennikarką, ale równie szybko wychodzi z niej nieopierzona trzpiotka, zupełnie, jakby 20 lat pracy, a zwłaszcza poprzedni staż w Runway, nie nauczyły jej powagi i pewności siebie w dealowaniu z bucowatymi przełożonymi. Stanleyowi Tucciemu to widać, że się nie chciało wgl grać w tym filmie i ciągnął rolę z miną "Jak długo jeszcze". Jedynie Emily Blunt trzymała poziom z pierwszej części. Z nowych postaci, to chińska sekretarka Andy i utyty sekretarz Mirandy byli spoko.
Uwaga, teraz kącik dla pań: co do mody, to stylizacje w dwójce d⁎⁎y nie urywają. W jedynce było rzeczywiście na co popatrzeć, w sequelu nie ma. Andy ubiera się jak typowa hrówka, Emily jak nowobogacka karyna, a Mirandę stylizowali od czapy (nie wiem, może chcieli dodatkowo podkreślić, że jest już starą, zniedołężniałą babą i nie ogarnia?).
Jak to zwykle z kręconymi dla kasy kontynuacjami i remake'ami bywa, miało być tak pięknie, ale najprawdopodobniej wyjdzie klapa finansowa. Na sali było łącznie może z 20 osób, w dodatku, co ciekawe, były to głównie osoby powyżej 30. (wypatrzyłam tylko dwie Julki licealistki), czyli pewnie inni, przywiedzeni, tak jak ja, ciekawością i pewnym sentymentem do jedynki. Ja tam polecam - jak ktoś już naprawdę chce zobaczyć, jak wyszło - poczekać, aż film znajdzie się na streamingach albo pożeglować do zatoczki, bo nie ma co nabijać kabzy leniwym twórcom.
@lexico bo niepotrzebnie wprowadzali poboczne wątki Zukerberga i jego byłej czy sporo młodszego męża Mirandy, skoro i tak ich, koniec końców, porządnie nie rozwinęli. No chyba, że chcieli się tylko popisać "patrzcie, mamy w obsadzie Branagha i Lucy Liu".
@Telezajaczek ten film to typowy odgrzewany kotlet, ale jednak o dziwo oglądało się go dobrze, więc ja bym dał nawet 6/10. Miranda wg mnie akurat trzymała poziom, Andy jako już 40+ nadal oczekująca klepania po pleckach i chichocząca w nieodpowiednich momentach nieco wkurzająca. Nowa "Emily" to lekki powiew świeżości wśród starych bab, ale jednak nie mój typ... Na modzie się nie znam, wiec szmaty jak szmaty - parę ładnych, reszta w stylu "co to kurde jest".
@JackDaniels dla mnie Miranda była najgorzej poprowadzoną postacią w porównaniu do jedynki. Meryl Streep jak zwykle trzymała poziom, ale nawet jej gra nie mogła przykryć braków scenariusza. Mam wrażenie, że twórcy nie wiedzieli, jak właściwie chcą pokazać Mirandę - czy ma być dalej megierą rozstawiającą wszystkich po kątach, kobietą u progu śmierci, która przemyślała swoje życie i postępowanie wobec innych i postanowiła się zmienić, czy zniedołężniałą starą babą, która nie ogarnia własnej kuwety. W efekcie, wrzucili te wszystkie pomysły do kreatora postaci i Miranda całkowicie straciła pazur.
@Telezajaczek wiadomo że kotlet, ale faktycznie 4/10 można mu dać. Jeśli chodzi o postaci - nie nazwałabym owego pierdyliardera chadem. Emily Blunt zaś dostała rolę karyny, której się w doopie poprzewracało. Podobnie groteskowy był ten nowy właściciel Runway. Sama Andy... no cóż - wiem po sobie, że można być po czterdziestce, mieć niby "poważne" stanowisko i nie koniecznie być "poważną panią". W dzisiejszych czasach to już raczej coraz większy mit. Dziury fabularne były większe niż dziura ozonowa w latach 80. i 90. I do tej pory nie wiem czemu czasopismo modowe miałoby urządzać pokaz mody. Przecież jej nie projektuje. Ale - nie znam się na tym biznesie, może to ma jakiś sens. Podobał mi się za to mercedes, którym wożono bohaterów.
@rain w przypadku tego Zukerberga z filmu było parę razy podkreślone, że wcześniej był typowym nerdem-ulańcem, ale jak się dorobił miliardów zrobił looksmaxxing i teraz jest chadem.
Emily w tym filmie zdecydowanie była karyną, tylko mam wrażenie, że w 1 była o wiele inteligentniejsza, a tutaj nawet jej "cięte" riposty były przewidywalne (ten tekst że wszyscy na pogrzebie noszą Dolce czy jakoś tak).
A u Andy ta trzpiotowatość nie razi w kontekście wieku, a bardziej tego, że jej postać zatoczyła jakby koło na odwrót - w sensie jak w jedynce na początku jest niedoświadczoną trzpiotką, by na końcu zrozumieć, co jest w życiu ważne i nauczyć się pewności siebie, tak tutaj jakby puścił od tyłu taśmę z tej ewolucji charakteru.
Co do pokazu - możliwe, że czasopismo pokroju Vogue mogłoby zorganizować taki w ramach jakiejś akcji specjalnej, zbiórki charytatywnej czy urodzin gazety.
Mnie to bawiło, jak Miranda musiała podróżować jak plebs w drugiej klasie xDD
@Telezajaczek faktycznie - Miranda w klasie ekonomicznej to było prawdziwe zderzenie klas. Ale potem w Mediolanie i tak była wożona drogimi autami. Więc też jest tu jakiś zonk. Co do ewolucji postaci - chyba najbardziej nie podobał mi się Nigel -zrobili z niego większego dupka niż było to konieczne. Bo potem trudno zrozumieć dlaczego niby jest takim fajnym facetem i Andy tak go lubi.
Tytuł: My Conquest Is the Sea of Stars / Ginga Eiyū Densetsu: Waga Yuku wa Hoshi no Taikai
Rok produkcji: 1988
Kategoria: Anime / Sci-Fi
Reżyseria: Noboru Ishiguro
Czas trwania: 1h
Ocena: 7/10
Opowiada o pierwszym starciu dwóch genialnych strategów z przeciwnych stron trwającej 150 lat wojny: Reinharda von Lohengramma (Cesarstwo) i Yanga Wen-li (Sojusz Wolnych Planet
Całkiem fajnie choć ogólnie powolne tempo bez większych emocji
Całkiem niedawno skończyłem 110 odcinków głównej serii, jak dla mnie to arcydzieło, wciąga d⁎⁎ą większość serii (nie tylko anime) które ruszyły tematy wojny i polityki
@Kamry @TyGrySSek czasem lurkuję dział /tv/ na 4chan, sporo użytkowników entuzjastycznie ocenia tę serię (co jest ewenementem w miejscu gdzie nawet największe klasyki kina potrafią zbierać cięgi i szydercze uwagi).
Nie tak to zapamiętałam, że H+C = pukanie się all day long. Zapamiętałam to jako miłość tragiczną, bezwolne wręcz uzależnienie od drugiej osoby, z którą łączą cię lata dojrzewania, która cię rozumie jak mało kto.
I w sumie ta ekranizacja to też przedstawia, ale sposób w jaki to robi, odbiega od brudnego melodramatycznego wydźwięku powieści Emily Bronte. Wicher wieje nieco sztucznie, Margot Robbie gra wiktoriańską Barbie, i tylko Jacob Elordi wydaje się jakoś tam pływać, w tym niezbyt konwencjonalnym tonie.
Sznyt współczesności, pod młode pokolenia, moim zdaniem pozbawia całego uroku tej opowieści. Seksualne pożądanie zżera uczucia i nasze odczucia, jako widzów. Przez film prowadzi nas chaos relacji, a nie jej perypetie. Może tak miało być, może o to chodziło, a jednak sam fakt, że ta wersja próbuje nadal opowiedzieć znaną rzecz o wielkiej nieszczęśliwej miłości, nie poprawia notowań.
Bardzo fajny film, jestem nim pozytywnie zaskoczony.
Zbiera średnie recenzje, lecz właśnie brakuje nam kina które nie jest grzeczne, jest odważne i ciekawe. Od pierwszych scen to jazda bez trzymanki i to bardzo szanuję.
Mam wrażenie że średnie oceny przyznają osoby spodziewające się walentynkowej papki
Mam wrażenie że średnie oceny przyznają osoby spodziewające się walentynkowej papki
W moim przypadku wielkie wrażenie zrobiła na mnie widziana w kinie adaptacja wg Andrei Arnold i sama książka, więc jestem tu takiego typu "klasycystką", same "Wichrowe Wzgórza" nigdy nie były walentynkową papką - to dość brudna powieść.
Doceniam pomysł w nowej adaptacji, ale widocznie zbyt jestem przesycona tematyką i nawet wizualne odbieganie razi mnie w oczy - co dziwne, bo zazwyczaj jestem pierwsza do obrony innych ekranizacji.