Z pamiętnika lidera - LinkedIn
hejto.plDzień dobry,
Dziś porozmawiamy o jednym z moich ulubionych tematów, czyli jednym z najdziwniejszych portali społecznościowych. Herbatki, kawki, soczki i inne napoje w dłoń i zapraszam do lektury, a następnie do komentarzy.
Zwolennicy LinkedIna zachwalają, jak cudowny jest to portal, jakie daje możliwości budowania własnej marki, jak łatwo można pokazać to, czym się akurat zajmujecie, czy jakimi ekspertami jesteście w swojej dziedzinie. Wreszcie, jak łatwo zostać docenionym przez innych i jak szybko można zbudować ogromne zasięgi. Zapominają tylko wspomnieć o tym, że jak na każdym innym portalu, relatywnie trudno na nim odnieść sukces. Bo czy sukcesem można nazwać 5-10 lajków pod postem, czy 10-20 na wieść o awansie czy zmianie pracy? Zapominają wspomnieć o tym, że treści na LinkedIn są również promowane, jak na każdym innym protalu dla podbicia zasięgów. Zapominają wspomnieć o tym, że wciskane każdemu na siłę konto Premium nie daje właściwie żadnych wymiernych korzyści poza LinkedIn Learning, jeśli interesują Was dość ogólne szkolenia z certyfikatem ukończenia i możliwością wrzucenia go od razu na walla.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że LinkedIn stał się miejscem, w którym porażka praktycznie nie istnieje. Widzicie tam głównie idealnie wyretuszowane historie: spektakularne awanse, rekordowe wyniki, “przypadkowe” rekrutacje do firm marzeń i niekończące się pasmo wzajemnej inspiracji do odniesienia sukcesu. Tyle że życie tak nie wygląda, a karmienie się taką narracją działa na głowę jak powolna trucizna. Kiedy codziennie przewijacie feed pełen cudzych triumfów, zaczynacie myśleć, że tylko Wy stoicie w miejscu, a może nawet robicie krok w tył. Porównujecie własną codzienność, złożoną z prób, błędów, frustracji i wątpliwości, do czyjegoś starannie wyselekcjonowanego podsumowania roku. To nie jest motywujące. To jest frustrujące, a dla wielu osób zwyczajnie przygnębiające i zniechęcające do działania.
Do tego dochodzi presja, żeby też “grać w tę grę”. Nagle ważniejsze od rzetelnej pracy staje się to, jak o niej opowiecie, jaką dacie puentę i czy wrzucicie odpowiednio chwytliwy nagłówek, obrazek czy tagi. Liczy się historia, emocje i zasięg, a nie to, czy w ogóle macie coś wartościowego do przekazania. W efekcie portal, który miał być profesjonalny, zaczyna przypominać konkurs “piękności” na najlepiej opakowany chwilowy sukces. Algorytm premiuje skrajności i prostą narrację: “było ciężko, ale się udało i teraz jest za⁎⁎⁎⁎ście”. Nie ma miejsca na niuanse, na proces, na długie dochodzenie do kompetencji, na zwykłe „nie wiem”. Znikają rozmowy o tym, że ktoś ma gorszy miesiąc, że projekt nie wypalił, że rekrutacja zakończyła się odmową. A przecież to właśnie te momenty uczą najwięcej.
Najbardziej groteskowe jest “bohaterskie” opowiadanie o porażce, które porażką nie jest, bo to zazwyczaj drobne potknięcie czy mała niedogodność. Coś, co jest standardem w pracy i nikt nie pomyśli, żeby coś takiego opisać jako porażkę, a już tym bardziej taką, która umożliwia wyciągnięcie lekcji. Posty w stylu: “Kiedyś byłem zmęczony, dziś jestem CEO i mam czas na wszystko” albo “Nikt we mnie nie wierzył, teraz jeżdżę Lambo i mam trzecią firmę”. Prawdziwe upadki są brudne, kosztowne i często kończą się ciszą, a nie oklaskami. LinkedIn nauczył nas udawać, że każde potknięcie jest tylko piękną metaforą drogi do sukcesu. Z czasem wytwarza się też kultura fałszywej życzliwości. Pod każdym postem te same frazy: “Gratulacje!”, “Inspirujące!”, “Powodzenia w nowej roli”, “Świetna historia!”, nawet jeśli treść jest pusta albo zwyczajnie ściemniana. To daje złudzenie wspólnoty, ale tak naprawdę jest tylko wymianą uprzejmości pod zasięg, a nie rozmową między ludźmi. A wszyscy wiemy, jak życzliwi dla innych są nasi rodacy
Coraz częściej LinkedIn przypomina też fabrykę AI-generowanych treści, które wyglądają profesjonalnie, brzmią mądrze, ale kompletnie nic nie wnoszą. Dzięki narzędziom opartym na sztucznej inteligencji można w minutę wyprodukować post o „wyzwaniach lidera", „sile teamworku" czy „drodze do celu", który brzmi tak gładko, że mógłby zostać wygenerowany przez każdego. I tak właśnie jest. Nikt tego nie czyta do końca, nikt tego nie pamięta, ale każdy polajkuje i rzuca pod spodem „Inspirujące!", bo takie jest oczekiwanie. Algorytm nagrodzi zaangażowanie, więc gramy dalej, choć wszyscy wiemy, że to fasada. Problem w tym, że AI nie tylko ułatwia tworzenie pustych treści, ale wręcz je normalizuje. Kiedy każdy może w kilka sekund wygenerować post brzmiący „jak trzeba", próg wejścia spada do zera, a jakość przestaje mieć znaczenie. Liczy się częstotliwość, forma, zasięg. LinkedIn stał się miejscem, gdzie lepiej publikować cokolwiek niż nic, gdzie spójność stylu jest ważniejsza od treści, a prawdziwa rozmowa ginie w morzu gładkich, pozbawionych głębi komunikatów. Jeśli chcesz istnieć w tym ekosystemie, musisz grać w tę grę. Bo algorytm nie odróżnia wartości od pozoru, a ludzie przestali próbować.
I właśnie dlatego uważam, że LinkedIn jest jednym z najgorszych portali społecznościowych. Nie dlatego, że nie da się tam znaleźć wiedzy czy wartościowych kontaktów, tylko dlatego, że jako domyślne środowisko promuje iluzję nieprzerwanego sukcesu. Pokazuje wierzchołek góry lodowej, totalnie ignorując to, co ukryte jest pod powierzchnią wody. Na LinkedInie nie ma miejsca na porażkę, nie ma też miejsca na autentyczność czy bycie “sobą”, bo inaczej wyjdziesz na krytyka, cynika czy psychopatę.
I to wszystko na dziś, zapraszam do komentarzy i podzielenia się Waszymi wrażeniami z używania LinkedIna.
#pracbaza #korposwiat #zpamietnikalidera #korpo



