Kiedyś w BP (a był to 2010 bodajże) wyskoczyliśmy z przyjacielem to jednego z lokalnych barów.
Siedzimy, pijemy, bajerujemy jakieś 2 Węgierki, jest miło. Panny się zawinęły a my przykuliśmy uwagę łysych ziomków we flakach i glanach. Łyse głowy, niemieckie symbole z czasów drugiej wojny światowej, no neo naziole.
Dla nich Polski a rosyjski, to prawie jedno i to samo. Podobne brzmienie, jeszcze piją do tego.
Podeszli do nas i zaczęli coś tam po madziarsku gadać, przyjaciel na szczęście znał 2 sentencje w lokalnych narzeczu:
“Nie jestem rosjaninem, jestem Polakiem” i “Polak, Węgier, dwa bratanki”
Skończyło się na wspólnym piwie, pluciu na ruskich, komunistow i chyba wspominaniu wielkiej Polski, wielkich Węgier i całego tego pompatycznego gówna.
Uwielbiam Budapeszt.