portal słusznie miniony chyba inspirował się nowym layoutem mangadexa
#manga #hejto #animedyskusja
portal słusznie miniony chyba inspirował się nowym layoutem mangadexa
#manga #hejto #animedyskusja
@tobaccotobacco chyba już od godziny nowy wypok chodzi jak gówno. Aż jestem ciekawy jak to będzie, gdy dzienna się obudzi i będzie masowo szturmować mirkobloga. Serwery mogą tego nie przetrwać. W sumie to Hejto powinno się zastanowić na udostepnieniem aplikacji mobilnej dla wszystkich już teraz specjalnie dla expatów z wykopu. Co wy na to @hejto
@GeneralX może mieli na myśli żeby działało mniej, będzie co naprawiać aż do kolejnej wersji wykopu xD
Zaloguj się aby komentować
#anime #animedyskusja
Nie zapominajcie, co Wam odebrano - chociażby ciąg dalszy Ayane-chan High Kick! (1997), którego łącznie naprodukowano dwa odcinki i sprzedano jako OVA, żeby nie poszło na zmarnowanie. To sportowa komedia o dziewuszce, która marzy o debiucie w pro wrestlingu, ale podstępem trener zapisuje ją na walkę kickboxerską.
Jest ładnie, z fajną muzyczką, historyjka jest sympatycznie głupiutka i nie traktuje samą siebie serio, ma też dobre designy (mi główna bohaterka kojarzy się z Liną z Magicznych Wojowników, czyli jest wspaniała). Absolutnie nie jest to jakiś dramat w typie mangi Teppuu, tylko cute girls obijające się po mordzie. Za mikrofonami same sławy, p. Miyamura (Asuka), p. Otsuka (Batou), p. Kappei Yamaguchi (Ranma), p. Maria Kawamura (Naga)...
Wrzucam link do pierwszego odcinka poniżej, drugi również dostępny jest na YT. Gdyby istniała sprawiedliwość, to zapewne dostałaby ta zabawa ze 2 coury, ale sprawiedliwości nie ma - jest tylko gówniany japoński gust.
Zaloguj się aby komentować
Wychodzi drugi sezon "Shinka no Mi: Shiranai Uchi ni Kachigumi Jinsei", a jakoś pierwszy pominąłem i dałem mu szanse - głupi ten isekai, czasem zabawny i prosty, nic dodać, spoko do pooglądania na luzie.
#animedyskusja
Zaloguj się aby komentować
#anime #animedyskusja
Heisei Tanuki Gassen Ponpoko (1994), albo Pom Poko, albo The Raccoon War po ludzku, to pełnometrażowy film od Ghibli, który zdarzyło mi się obejrzeć z nieoczekiwaną przyjemnością. Ba, szybko wskoczył do czołówki Ghibli w moich oczach, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, nie jest to film stricte dziecięco-familijny. Po drugie, nie jest to kronika życia jakiejś lolity w bielutkich majtaskach. Już te dwa argumenty z marszu pozycjonują film jako ciekawy, a im dalej w las, tym lepiej.
Tanuki (pol. dosłownie jenoty) w folklorze japońskim mają miejsce szczególne, jako zwierzęta zmiennokształtne - jak lisy, i niektóre koty. W przeciwieństwie jednak do lisów szczególnie, które bywają wprost przerażające, tanuki przedstawiane są niemal zawsze jako rubaszne fajtłapy, nieco durne, ale bardzo dobroduszne. I tu mamy obrazek z kilku lat życia stada tanuki, zamieszkujących polankę nieopodal Tokio, a którą to polankę deweloper postanowił przerobić na dzielnicę-sypialnię.
Nagle znika naszym bohaterom pół domu, i co z tym fantem zrobić? Gonta burzy się głośno i wściekle namawia resztę do ostatecznego rozwiązania kwestii ludzkiej, co zupełnie nie leży w naturze tanuki, i do czego słabo się garną. Spolegliwy Shokichi najchętniej by z ludźmi wprost egzystował. Ostatecznie jednak społeczność, korzystając z wyłączenia Gonty z dyskusji w wyniku poniesionych ran, postanawia ożywić z dawna zapomnianą umiejętność zmieniania kształtu, by ludzi nastraszyć precz, ale to też im się nie udaje. Wiecie, jak film się kończy. Tokio ma dziś 2200km2.
To jak najbardziej film nachalnie ekologiczny, chociaż przez większość seansu ukrywa to w formie żartobliwej, słodko-gorzkiej. Myślę jednak, że to w równiej mierze też film napędzany nostalgią do Japonii lat minionych, pełnej sielskiego życia obok przyrody (tj. biednych wsi na zadupiu). W istocie, finałowa sekwencja wprost szczuje nostalgią do starych dobrych czasów, i to w sposób na tyle uniwersalny, by westchnął ciężko mieszkaniec dowolnego zadupia na świecie, który przed sobą ma autostrady, co zjadły cały las.
Świetna kreska, absolutne wyżyny tej branży. Co dodatkowo zasługuje na gigantyczne uznanie - tanuki na ekranie płynnie przeskakują między realistycznymi formami znanymi z przyrody, a uczłowieczonymi nieco komicznymi formami. O ile te drugie są po prostu czarujące, to te pierwsze to majstersztyk animacji. Trudno byłoby mi wymienić zbyt wiele tytułów, w których animacja zwierząt jest na tyle zgrabna - jak to określił dziadek w Shirobako, animatorzy po prostu nie widzą już zwierząt, więc nie wiedzą, jak się poruszają zwierzęta.
Niewątpliwie miał ten film potężniejszy wydźwięk lata temu, gdy wciąż jeszcze trwał w Japonii bum na budownictwo. Dzisiaj już nieco stracił na wartości, ale z artystycznego punktu widzenia to wciąż top. Seans obowiązkowy dla wszelkich entuzjastów japońskiego folkloru, a sekwencja parady duchów powinna być wyświetlana na projektorze na ścianach bloków mieszkalnych. Wspaniała zabawa, 2/10.

Zaloguj się aby komentować
Większość anime obejrzałem tylko dlatego, że miały fajne utwory i zazwyczaj byłem zadowolony.
Dobre anime ma zazwyczaj dobrą muzykę, przypadek nie sądzę.
https://www.youtube.com/watch?v=SBQprWeOx8g
https://www.youtube.com/watch?v=MM8RufZr5lw
#anime #animedyskusja
Zaloguj się aby komentować
Taka mała #animedyskusja - jakie jest anime, które jest powszechnie uważane za dobre, a wy go zdzierżyć nie możecie? Nie chcę zacząć gównoburzy i bronienia każdego z wymienionych, po prostu ciekawi mnie jak to u was było, bo chyba każdy ma coś takiego.
U mnie czymś takim były Mahou Shoujo Madoka★Magica - postacie denerwujące jak drzazga pod paznokciem, akcja porwała mnie jak wiatr górę, jedyne co w tym było dobrego to chyba ending.
Honorable mention - Magi: The Labyrinth of Magic. Oglądane w czasach kiedy robiło się po naście odcinków na dzień, a 25 odcinków Magi było dla mnie tak nudne, że robiłem je chyba przez tydzień.
#anime


Code Geass, ktore porzucilem po 2 odcinkach jakis rok temu. Dalem szanse kolejny raz i teraz na chorobowym obejrzalem 10-11 odcinkow i porzucilem tym razem ostatecznie.
Sword art online nie bylo zle dopoki byli w tym pierwszym swiecie i wtedy dalbym ocene 6/7 ,potem w polowie sezonu przerzucenie do innego swiata, tym razem z wrozkami to juz kompletnie do mnie nie trafilo. Poskipowalem odcinki zeby zobaczyc jak to ma sie mniej wiecej zakonczyc i tyle. Dalszy pomysl na fabule tez mi sie nie podoba.
Angel Beats, bo nie trafilem z oczekiwaniami. Myslalem, ze seria bedzie duzo bardziej powazna, ale miala chociaz bardzo dobry opening, wiec ocena podskoczyla do 6.
@Rozpierpapierduchacz chyba najbardziej sie rozczarowalem na steins;gate obejrzec obejrzalem ale z niesmakiem sie strasznie zanudzilem na tym
@Rozpierpapierduchacz dla mnie wszystko od shaftu, do tego dodalbym gintame, seria fate (oprocz unlimited blade works i fsn mi sie tez podobalo) i jej dalsze spinoffy, wszelkiej masci zyciowe dramaty to nie moje klimaty
Zaloguj się aby komentować
Po kilku latach stagnacji postanowiłem zanurkować spowrotem w świat anime, więc stwierdziłem, że na to podejście wybiorę coś przyjemnego zwłaszcza dla oka i nieciążącego na głowie. Padło na Kimetsu no Yaiba czy bardziej powszednie Demon Slayer - chyba wszyscy już widzieli, a ja jeszcze nie zdążyłem. I to był strzał w dziesiątkę. Fabuły na tyle, żeby pchnąć akcję od walki od walki, gdzie każda jest zrobiona przepięknie. Pierwszy sezon już za mną (zajął mi 3 dni nierobocze - nie jest to żaden genialny wynik, ale zdecydowanie lepszy niż nic) drugi w trakcie i im dalej, tym tylko lepiej. Nie jest to anime wybitne, ale na przetarcie czy reset po pracy w sam raz.
#anime #animedyskusja


@Rozpierpapierduchacz niski próg wejścia faktycznie, a to z racji tego, że jest to jak najbardziej rozrywkowa młócka, a przy tym zamyka się w sensownej ilości odcinków/rozdziałów mangi - podobnie jak kiedyś fullmetal alchemist
@tobaccotobacco full metal alchemist bym chyba nie chciał na rozruch, mimo, że uwielbiam to anime. FMA jest mimo wszystko cięższe w odbiorze, za dużo fabuły i moralniaków po drodze, za dużo dramatów etc.
A kny jest proste jak budowa cepa, iść na misję, zabić demona, iść na następną, fabuła ze sznurka. Co nie znaczy absolutnie, że mi się nie podoba, drugi/trzeci sezon jest genialny a akcja z dzielnicy czerwonych latarni wchodzi we mnie jak w masło
@Rozpierpapierduchacz ja sobie z tego typu zabawy obecnie po robocie ogarniam odcinek czy dwa ranma 1/2 i uśmiech z mordy nie znika
Zaloguj się aby komentować
#anime #animedyskusja
Bounen no Xam'd (2008) od studio Bones to straszne dziwadło, i o ile jawi się raczej jako seans obowiązkowy z racji estetyki przede wszystkim, to bardzo trudno polecać je jako historię, i wielbicieli przede wszystkim fabuł wielkich bardzo szybko i, powiem szczerze, niepotrzebnie odrzuci. Bardzo złudny początek nastawia na zupełnie inny typ bajki, i nie radzę sugerować się nim to wcale. Co jeszcze złudniejsze - przecież ta bajka wygląda niemal kropka w kropkę jak Eureka Seven. Mimo to, obydwa seriale wcale nie dzielą tej samej ekipy designerskiej, i można raczej stwierdzić, że jest to styl wewnętrznie odziedziczony przez tę akurat komórkę produkcyjną.
Na jej czele stoi p. Miyaji, jednoosobowo reżyser i scenarzysta, i to on jest najważniejszym (i jednym z niewielu w sumie) zworników między Eureką, a BnX. W starszej bajce był asystentem reżyserskim, i zapewne za zasługi dostał projekt BnX. Można z lupą doszukiwać się podobieństwa bajki do co poważniejszych odcinków Eureki, niewątpliwie należy uznać za element jej rodowodu tamtejsze inteligentne rafy koralowe, może nawet pewne rodzinne obsesje są tu wspólne, ale równie dobrze można zrzucić je na karb anime z okresu w ogóle. Stąd, od tego akapitu już nie wspomnę wcale Eureki Seven, bo niewiele się ma ta bajka do BnX.
Radzę raczej odłożyć na bok wszelkie ambicje nt. zrozumienia rozkładu sił pomiędzy występującymi w Bounen no Xam'd frakcjami. Zupełnie nie warto się tym przejmować. Powiedzmy po prostu, że Republika tłucze się z Imperium, i wciągnięta w to zostaje wbrew jej woli idylliczna Japonia, to wszystko, rzecz jasna, pod alternatywnymi nazwami. Budowa tego świata aspiruje bardzo wysoko, i ten zupełny brak jakichkolwiek nieznośnych esejów geograficznych, przedstawianych głównemu bohaterowi przez przypadkowego ziutka, to argument jak najbardziej na plus. Jesteśmy wrzuceni na głęboką wodę, obcy na obcej ziemi, i sensu szukamy po omacku.
Na plus także idzie całkowite wykluczenie z fabuły jakichkolwiek podobnych wykładów nt. wszechobecnej mięso-technologii, ale to w zasadzie koniec podziwów nad dojrzałością tej serii. O ile ścisły początek nastraja na trzy konkretne kierunki - zmiennokształtne walki potworków, surogat rodziny na statku powietrznym, a także intrygę wojskową, to serial wszystkie te trzy haniebnie kastruje im dalej w las.
Status bohatera jako zmiennokształtnego xam'd i wynikające z tego brzemię szybko przestaje być przenośnią, a staje wehikułem dla ewangelionowskich bredni. Przygarniająca naszego bohatera, poszukiwanego przez wraże siły, przyszywana rodzina w stylu hosodowskim, trwa tyle, ile trwa wątek samego statku powietrznego, którym podróżują - mniej więcej do połowy serii, kiedy to statek się rozbija, i bohaterowie przypominają sobie sprawy ważkie, co to dzieją się gdzie indziej. Na miejscu pozostają, bardzo znamiennie, tylko persony wyblakłe i bezużytecznie napisane. Intryga wojskowa wreszcie skupia się nieznośnie osobistych animozji antagonisty tego akurat wątku, i gnije do postaci kolejnych okołorodzinnych rozważań.
Gigantyczna niedojrzałość tej historii wynika z faktu, że najwięcej uwagi i najwięcej słów poświęca we wszelkich kombinacjach para-rodzinnych osobom "dzieci," a "rodziców" rysuje płasko i nudno, co wcale nie może dziwić - kto niby w typowym studio produkcyjnym anime ma dzieci, żeby miał pisać wiarygodnych rodziców? Najszerzej pisani bohaterowie to, co do jednego, bachory zwykłe, i szybko ich wynurzenia stają się nie do zniesienia. Pałę goryczy przełamuje dodanie do fabuły faktycznie dzieciaka, którego odgrywał aktor lat 12. Darcie mordy nie dodaje dramaturgii, a wyłącznie psuje mikrofon w studio nagrań, oto jedyna nauczka dla studio Bones z tego projektu.
Cóż, tak skończyła się litania żali wszelkich na to, o czym Bounen no Xam'd jest, a zacznę raczej entuzjastycznie opisywać jedyne zalety tej serii, tj. - jak jest zaprezentowana. To branżowe wyżyny, i zwyczajnie nie zdarzają się odcinki brzydkie, ujęć rysowanych chyba przez praktykanta musiałem wypatrywać na siłę. Animacja również spowalnia niewiele, zbliżając się ku finałowi, gdy gadające głowy mają zastępować interesujące wydarzenia. Zasadniczo jednak utrzymuje poziom niemalże Ghibli - charakterystycznie jednak unika tłumów na jednych ujęciu, co u Ghibli jest wymogiem stylu.
Doskonałe są te plansze, co do jednej ładne i ze smakiem rysowane czasem nowoczesne, czasem stricte alt-średniowieczne obrazki. Jak na serię wcale zanurzoną w technologicznej spekulacji, mało jest ujęć czysto metalowych baz i wszelkiej machinerii, to seans raczej nastawiony na naturalne widoczki. Nieco za mało ujęć nieba, jak na serial gloryfikujący (w pierwszej połowie przynajmniej) niebieską wolność. W zasadzie nie ma słabych designów postaci, za wyjątkiem ognistego incela, którego główny bohater szybciuśko wyjaśnia, usuwając z tej niemrawej historii chociaż jedną zawadę.
Zaskakująco słaby soundtrack , jak na produkcję pokrewną z Eur- No, nie da się tu uniknąć porównania. Eureka Seven była sprzedawana swoją świetną muzyką house, a tu mamy, za przeproszeniem, ustawiczne brzdękanie na pianinkach z romcomów, czy jakieś orkiestry typu nasennego. Opening kłamie, ordynarnie kłamie - nie będzie takich rytmów, wybijcie sobie to z głowy. Skoro już zacząłem, to i dokończę - wraca część obsady głosowej z Eureki, a największym dziwadłem w tej zgrai jest p. Yuko Sanpei, grająca kobietę. Nie, autentycznie mnie to zdziwiło - jej niski i nieco chrapliwy głos gwiazdy jazzowej jest przyspawany do wszelkiej maści ról niedorosłych chłopaczków, a tu gra wreszcie główną rolę żeńską, bardzo dobrze zresztą.
Zasmucił mnie nieco ten serial, bo spodziewałem się cudów na kiju po tych świetnych pierwszych partiach. Możliwe, że niedojrzały reżyser wystrzelał się z pomysłów nader szybko, a wcale nie znalazł nikogo mądrzejszego od siebie do pomocy. Byłoby znacznie lepiej, gdyby pokierował nim ktoś starszy, mądrzejszy, bardziej cynicznie nastawiony do tego, czego oczekuje się od seansu przygodowego, zamiast dopuszczać do takiej projekcji pseudo-genealogicznych obsesji. Ostatniego odcinka chyba nawet wcale nie polecam oglądać, bo to pół godziny plucia widzowi do zupy. Bardzo ładnie ten potworek jednak wygląda, mocne 2/10.

Zmarnowany potencjał co tu dużo mówić. Na początku się naprawdę wciągnąłem ze względu na intrygujący klimat ale pod koniec było mi ciężko jak się zorientowałem, że fabuła w sumie to idzie do nikąd. ciekawe czy anime byłoby lepsze gdyby zostało normalnie emitowane w telewizji zamiast być uwięzionym na PSN. a co do eureka seven to ze wstydem muszę się przyznać, że nie widziałem. warto zapoznać się ze starą czy nową serią?
@UncleMcRape oglądałem wyłącznie stare eureka seven i było bardzo dobre, a mój mal tu https://myanimelist.net/profile/kaukinas
Zaloguj się aby komentować
Skończyłem wczoraj nowego Shaman Kinga i jestem zawiedziony jak cholera. Pomijając to, że nienawidzę drugiego etapu tej historii ze wszystkimi zbrojonymi duszami etc (ale to już wina mangi) to samo anime jest jak szybkie podsumowanie samego siebie. Shaman King Highlights. Spodziewałem się tego, jak się dowiedziałem ile odcinków to będzie miało, ale rozłożenie czasu jest fatalne Na historię Anny na górze Osore przeznaczyli chyba 4 czy 5 odcinków, a walki z ostatnimi bossami to wymiana 3 uderzeń. Serio? XD
Walka z Silvą która była chyba drugą najbardziej oczekiwaną to dosłownie 3 ataki XD
Już lepsze tempo miał stary Shaman King, historia fajnie płynęła, a nie leciała jakby ją ktoś kijem poganiał. Chociaż zakończenie miała jeszcze gorsze. Ale nie wiele moim zdaniem, bo tu siła przyjaźni, tam siła przyjaźni, tylko tu miało to więcej sensu.
No szkoda, przydałoby się jeszcze te 12 odcinków, które miała stara wersja.
#anime #animedyskusja


@Rozpierpapierduchacz Dobre były te 4 odcinki o Annie, początek zapowiadał się nawet nawet, były fajne i śmieszne fragmenty ale dla mnie niestety wyszło bardzo źle
Zaloguj się aby komentować
Kochane dziecko kupiło mi pod choinkę to co chciałem ;).
Jak ja dobrze ją wychowałem, ajć.

Zaloguj się aby komentować
@Saint nie było odpowiedzi więc odpowiem, nie widziałem serialu ale czytwm od pewnego czasu webkomiks, pełno w nim koreańskiej sztampy, szkolna walka o przetrwanie, bycie najlepszym, walka delikwentów o zjednoczenie miasta, gangi i walka o wpływy a wszystkim rządzi pewna grupa.
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
#anime #animedyskusja
Na wieczór polecam trzy drobiazgi po niecałych 10 minut sztuka, wydane pod nazwą Yoru no Kuni (2021), albo nightworld. Wszystkie trzy są dostępne na kanale youtubowym piosenkarki Aimer, nawet z napisami po ludzku. Mają być w zasadzie fabularyzowanymi teledyskami do jej minialbumu, ale też nie do końca.
Nie oczekujmy tu cudów na kiju - to króciutkie opowiastki o trzech dziewuszkach w coraz to starszym wieku, a które utraciły coś i znajdą to dopiero w alegorycznej krainie snów. Utraciły czy to z dobrych intencji, czy ze złych emocji, czy wreszcie z postępującego znużenia życiem. W krainie snów p. Junichi Suwabe pod postacią wielkiej sowy naprowadzi je w kilku zdaniach na krzyż na trop samych siebie, i wchodzi piosenka Aimer.
Stylistyka tych trzech dziełek jest bardzo udana, raczej nie w standardzie branżowym, i świeci zdecydowanie bardziej grą kolorem, niż samą animacją. Nie zgadzam się jednak z tym, jakoby stanowiły one wyłącznie teledyski do kawałków Aimer, bo jej muzyka to może z 1/3 poszczególnych odcinków, ich momenty kulminacyjne. Nie mogę też z czystego serca godzić się na taką etykietę, bo osobiście Aimer cenię niewiele, stąd zubożyłoby to wysiłek twórców w moich własnych oczach.
Aimer zapewne wszyscy znacie, choćbyście nie kojarzyli ksywy, a to z prostego powodu. Jako młoda dziewucha dostała owa piosenkarka porażenia strun głosowych, i po rehabilitacji wróciła do branży muzycznej brzmiąc jak powolna wersja Agnieszki Chylińskiej. No zwruszające, tak samo jak te trzy shorty. Na szczęście lepsze, niż wokal artystki.
Zaloguj się aby komentować
#anime #animedyskusja
Sora no Manimani (2009) raczej niczym nie zadziwia, ale może to i lepiej. Zazwyczaj romcomów wcale nie oglądam, bo ich sztywne formuły prowadzą do tego, że nowe bajki można w zasadzie generować z klucza, i akurat ten konkretny wcale nie przypuszcza ataku na fundamenty całej hecy. W przeciwieństwie do rozlicznych pozostałych, swój głos w tłumie odnajduje dzięki dyskretnej sferze hobbistyczno-edukacyjnej, bo rzecz się ma nieco o astronomii.
Raczej okrutny to pokaz dla osoby zamieszkałej w kraju, w którym przez pół roku nie widać nieba. Mnóstwo, mnóstwo jest tu entuzjastycznej celebracji gwiazd na niebie, a przy tym bez jakiegoś nachalnego minikursu z astronomii. Zamiast niego mamy fascynujące urywki z gapienia się w gwiazdy, gołym okiem i uzbrojonym też, parę praktycznych porad i dużą afirmację dla tego, by w ogóle uznawać astronomię za pełnoprawne hobby dla laika, a nie kierunek na polibudzie.
Nie to jednak stanowi samo mięso pokazu. SnM to romcom, a zatem wrzuceni w ring zostają, w trójkąciku, MC transfer student boczący się nieco na gwiazdy, jego childhood friend 1.50m płaska jak deska, jednak wcale nie w typie Taigi ze srakodory, tylko eksplodująca dobrotliwym animuszem i szczenięcą energią, trochę baka. Do skompletowania trójkąta mamy raczej mało przekonująco tsunderującą na pozostałych dziewuszkę, której osobowość to: mam kręcone włosy, strasznie mi z tego powodu szkoda, poproszę penis.
Nie martwcie się jednak na zapas, prawie zupełnie nie ma tu jakiejkolwiek dramy, to bajka niewinna i optymistyczna, i nawet nie kończy się jakimkolwiek romantycznym finałem dla bohaterów. Ot, reklama książeczek. Sora no Manimani to seans jak kawa zbożowa - nie kopie wcale, jednak rozgrzewa jak należy, a i wpływa korzystnie na perystaltykę jelit.
Zaloguj się aby komentować
Excel Saga (1999) to dopiero smakowity kąsek, mamy tu wszak chaotycznie pisaną parodię animek w ogóle, w której twórcy wystrzelali się z adaptowanego materiału źródłowego stosunkowo szybko, po czym zaczęli głośno narzekać, że materiał im się skończył. Raczej zupełnie nie polecam dla barbarzyńców zainteresowanych wyłącznie sterylnymi produktami fabularnymi na rynek chiński, bo tu fabuły zwyczajnie nie ma, a większość scen to eksperymenty reżyserskie - zgodnie z oryginalnym tytułem, "hochsztaplerski eksperyment animowany Excel Saga."
Poza oczywistymi zaletami wynikającymi z samej tej koncepcji i wspaniałym obśmianiu bajek szczególnie lat 90. (i kilku klasyków), Excel Saga wyróżnia się również zupełnie nieoczywistą kreacją p. Kotono, którą zapewne większość kojarzy raczej z ról poważnych, a także wprowadzającą w zakłopotanie fiksacją reżysera na punkcie umieszczania siebie samego jako postaci w bajce, i to w sposób dalece wykraczający poza pojedyncze gagi. Ponadto, ma doskonały odcinek bęcbolowy, więc w zasadzie z marszu zjada dowolną inną ramotę.
Zaloguj się aby komentować
Azumanga Daioh: The Animation
Azumanga to zbiór migawek z życia grupy dziewcząt od pierwszego do ostatniego dnia liceum. Tylko tyle i aż tyle.
O ile sam rodzaj humoru abstrakcyjnego to nihili novi, sposób jego podania może zdumiewać. Tam gdzie zazwyczaj mamy szybkie strzały mające na celu zaskoczenie widza, tutaj jest powoli, nieśpiesznie i wręcz melancholijnie. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu, ta kombinacja jednak działa, a nawet rzekłbym, że działa za⁎⁎⁎⁎ście. Przyczyn tego zjawiska doszukiwałbym się w podejściu holistycznym - jako całokształt sprawuje się fantastycznie, choć równie dobrze, moglibyśmy być od krok od katastrofy. To mogło by się nie udać, gdyby nie fantastyczne postacie, z których aż kipi osobowość. Te postacie nie byłyby tak fantastyczne, gdyby nie fenomenalna praca aktorek głosowych. Ale to by i tak nic nie dało gdyby nie reżyseria dowodząca, że w odmęty absurdu można kroczyć krokiem miarowym, choć nieśpiesznym. No i tak człowiek odhacza kolejne punkty, wyłomu zrobić nie ma gdzie.
Warto nadmienić klimat jaki panuje w tej serii. Choć dziewczęta potrafią być robić sobie różne psikusy, to nigdy nie idzie za tym żadna złośliwość. Nawet gdy członkinie "Klasowej Trójki Debili" odpierdalają jakiś szajs, to nikt nie ma im tego za złe. Od Azumangii wręcz bije ciepełko i pogoda ducha. Bardziej pozytywnie już chyba być nie może. Tworzy to mieszankę o niezwykły właściwościach, dająca pożywkę do niezliczonej ilości memów i shitpostów, a nawet takiego cuda jak Osaka Simulator.
Jest to fantastyczny tytuł od A do Z, z tymże, że po Z warto by jeszcze raz skoczyć na chwilę do A. Ta seria ewidentnie stoi postaciami, takimi jak wychowawczyni Yukari, która ewidentnie powinna mieć zasądzony zakaz zbliżania się do placówek edukacyjnych czy najcudowniejsza na świecie gapa o ksywie "Osaka". Odbiór pierwszych odcinków, zanim jeszcze zdążyliśmy poznać bohaterów jest zupełnie inny od tego, gdy już się z nim widz zżył. To żaden wstyd wylizać do końca słoik kawioru. I raczej nie grozi tutaj żadna niestrawność - choć tytuł ma już 20 lat, to jest tak świeży jak w dniu, w którym wyszedł z fabryki.
Zaloguj się aby komentować
Arslan Senki OVA (1991-1995), na ludzkie tłumaczone raczej złudnie jako Heroic Legend of Arslan, to ta starsza adaptacja książek o Arslanie, dzisiaj znanych już raczej głównie jako materiał źródłowy mangi aut. p. Arakawy (autorki również Fullmetal Alchemista, co rzuca się w oczy natychmiast). Robiona sto lat temu, ma w sobie mnóstwo niezborności z okresu i, prawdę powiedziawszy, wcale nie jest dziełem przesadnie udanym. Fascynuje jednak z koneserskiego punktu widzenia.
Odbębnijmy chociaż rodowód tej hecy - Arslan Senki to seria książek, podobno przygodowych, nt. fantastycznego świata bazowanego luźno na perskiej mitologii, a konkretnie - o przygodach księcia pers- parskiego, Arslana, którego kraj najechała podła Luzytania, coby zniszczyć królestwo i wprowadzić tu rząd dusz jedynej słusznej religii, dobrze zgadujecie, wiary w boga Yaldabaotha. Książę umyka pogromowi, zbiera grupkę wiernych towarzyszy, zbiera armię na pohybel wrogom, i szykuje się do odbicia Pers- Parsji.
Arslan Senki nie jest, ani w założeniach, ani w istocie, "heroiczną legendą," tylko raczej mało pasjonującym anime o wielkich ruchach wojsk, przy czym wcale nie o wojskowości jako takiej, bowiem o strategii się tu po prostu nie rozmawia. To mało zajmująca fantastyka, przy czym szlachetności dodaje jej bardzo ograniczony obraz magii i tajemniczych stworów. Mnóstwo jest natomiast wręcz okropnych sztuk fantasy oręża, a już do szewskiej pasji doprowadzają te kamizelki w typie sajańskim, wprost z Dragon Balla.
Perski setting stanowi raczej luźny window dressing, i nie radzę spodziewać się takich popisów etnograficznych, co w toczącym się przecież w tym samym miejscu Otoyomegatari. Nieśmiało wprowadza się coraz więcej architektury i wzornictwa, jednak bez przesady. Co ciekawe, muzyka staje się bardziej bliskowschodnia już pod koniec seansu, w ostatnich dwóch odcinkach tej OVA. I to nie jest jedyny aspekt, w którym pokaz ewoluuje.
Metryka nie kłamie - tworzono Arslan Senki przez ładnych kilka lat, i pierwszy odcinek nie ma nic wspólnego z ostatnim pod względem reżyserii. Pierwszy odcinek wygląda raczej leciwie, sceny akcji potrafi ukrywać na drugi planie, zaś uparcie eksponuje twarze bohaterów, niemal co do jednego ikemenów, którzy bawią się włosami. Ta gejoza opuszcza nas dopiero po wprowadzeniu dwóch postaci kobiecych. Pierwsze dwa odcinki są również dłuższe, trwają po godzinie.
Ostatnie dwa mają z kolei znacznie odważniejsze kadrowanie i lepszą grę muzyką, ale wciąż - zarówno pierwszy, jak i ostatni, są po prostu przegadane. No już bodaj pieprzyli ciągle o strategii, jak to ma miejsce w LOGH, nawet bym nie narzekał. Nie dzieje się to, tutaj mamy raczej mętne mamrotanie nt. niewolnictwa, nt. właściwego rodowodu Arslana, jak i przynudnawy slice of life, gdy w tle toczy się wojna. Nie warto w ogóle opisywać bohaterów, bo to banda nudziarzy.
Jednego jednak nie jestem w stanie odebrać tej OVA - bardzo zgrabnie zamyka historię kończąc jeden rozległy arc fabularny, i zapowiadając kolejny, o ironio, na pierwszy rzut oka jednoznacznie przygodowy. I tak oko kończy się heroiczna legenda Arslana, na której ciąg dalszy widzowie musieli czekać aż do adaptacji p. Arakawy. Ja osobiście jej nie oglądałem, i jakoś niespecjalnie mam ochotę.
Zaloguj się aby komentować

Rafał Jaki, twórca Cyberpunk Edgerunners, na wywiadzie u Dogena, youtubera z Japonii. Samego Dogena znać możecie jako jednego z tych trzech na krzyż obcokrajowców zamieszkałych w Japonii, którzy nie zioną cringem, nagrywa zarówno autoironiczne filmiki o gaijinach, jak i prowadzi przystępny kurs...
Nie ma co, ostro mnie zdenerwowało Angolmois: Genkou Kassenki (2018). Na papierze jest to niby pozycja historyczna, a konkretnie zapis pierwszej mongolskiej rejzy przez morze na Japonię w roku 1274, jeszcze konkretniej - Mongołów lądowanie na Cuszimie i kompletne rozgromienie śladowej ilości obrońców. Zapewne nieco udrapowane w heroizm i niewzruszoną potęgę japońskiego ducha, jak to się zwykło w chińskich bajkach takie rzeczy opisywać, ale, w gruncie rzeczy - nie jest to materiał na drugie 300 Spartan.
W istocie, na to się nawet nie zapowiada. Grupka skazańców porywa łódkę przewożącą ich do ciupy i ląduje na Cuszimie, gdzie prośbą i groźbą zostają zagonieni do obrony wyspy. Można było przecież zrobić tu wcale sprawną kalkę z filmu Siedmiu samurajów, wszak początek fabuły szczuje na grupkę oryginałów, każdego z własnym plot armorem. Niestety, seria szybko porzuca jakiekolwiek zainteresowanie którymkolwiek z nich, poza wyłącznie Jinzaburou, zhańbionym generałem. Jinzaburou jest poza tym mistrzem nieomal magicznego stylu walki, jego niezwykła przenikliwość podpowiada mu najlepsze strategie, niczym równy z równym pozwala sobie na pyskowanie wielmożom Cuszimy, a gdy śpi, to miejscowa księżniczka wręcz próbuje go zgwałcić, oczarowana jego samurajskim ku⁎⁎⁎em, taki z niego chwat.
Byłoby nawet możliwe znieść wszechzajebistość głównego bohatera, gdyby miał jakiekolwiek poczucie humoru, albo chociaż widoczne wady, ale nic z tego, jest to po prostu przemądrzały, nadęty pajac. Jego wspaniałe strategie i doprowadzające do szału kretynizmem przemowy w końcu jednak nie są w stanie odeprzeć mongolskiej nawały, i Cuszima powinna w całości paść. Już dajmy spokój tym głupawym death flagom, zwiastującym śmierć postaci drugoplanowych dosłownie w ciągu kilku minut - bohaterowie tej opowiastki nie mieli szczęścia. Kuchii Jinzaburou uznał za stosowne zawładnąć całkowicie czasem antenowym, a więc jakikolwiek character development nie spotyka tu absolutnie nikogo. Giną więc komicznie, i może to i lepiej.
W chwilach wolnych od geniuszu i waleczności głównego bohatera, obserwujemy leniwie zrobione, gadające głowy, najgorszy typ anime szrotu na rynku. W domyśle artyzmu miał nadawać tej produkcji utrzymywany stale filtr na ekranie, przypominający nieco pogniecioną kartkę, a który to... Czym właściwie jest? Pogniecioną stronicą z annałów historii? Być może raczej kawałkiem papieru toaletowego, którym sobie jaśnie scenarzyści podtarli d⁎⁎y? Nuda na ekranie idzie w parze z nudą w głośnikach, serial ożywa wyłącznie podczas tych trzech na krzyż scen, w których dowódca oddziału Dżurdżenów, grany przez p. Koyasu dokładnie jak DIO, kogoś tam znowu morduje.
No cóż, pewnie chociaż z godnością tę historię udało się twórcom spointować. Mongołowie wszak wzięli Cuszimę szybko, a potem ruszyli już w kierunku Kiusiu, i byliby może nawet je zhołdowali, gdyby sztorm nie rozbił im okrętów. Niechaj to anime będzie pomnikiem bohaterstwa poległ... A nie, czekajcie no chwileczkę. Kuchii Jinzaburou bohaterstwo przeżywa całą tę drakę, po czym odchodzi w dal. Trzymcie mnie ludzie, bo sfiksuję.

Zaloguj się aby komentować