Powszechnie wiadomo, że osiem kolorów wspólnie tworzy biel. Ale istnieje też osiem barw czerni dla tych, co potrafią je zobaczyć. Ule Śmierci stoją na czarnej trawie w czarnym sadzie, pod obsypanymi czarnym kwieciem gałęziami starych drzew, które kiedyś wydadzą jabłka, a te.... ujmijmy to w ten sposób... zapewne nie będą czerwone.
Tomek dostał lanie i wrócił na swoje miejsce niezbyt zmartwiony. Uważał, że rzeczywiście mógł sam rozlać atrament podczas jakichś szturchańców w ławce. Zaprzeczył tylko ze względów formalnych, bo taki był zwyczaj, a on nie chciał łamać tradycji szkolnej.
Chyba nie czytałem tej książki wówczas, kiedy byłem w wieku odpowiednim na tego typu lekturę. Chyba byłem wtedy zajęty Przygodamitrzech detektywów sygnowanymi przez pana Hitchcocka albo może byłem zajęty swoimi własnymi przygodami? – dawno temu to było i nie bardzo pamiętam. Teraz, kiedy czytałem Przygody Tomka Sawyera kilka motywów wydało mi się znajomymi, choćby sposób, w jaki Tomek poradził sobie z malowaniem płotu zleconym mu przez ciotkę Polly. Czy znałem to z filmu (albo serialu), bo na pewno kiedyś coś o Tomku Sawyerze oglądałem, czy może pamiętałem z omawiania nieprzeczytanej przeze mnie lektury na lekcji a może ta opowieść jest tak silnie już zakorzeniona w kulturze, że po prostu się „ją zna”? – tego też nie jestem w stanie stwierdzić z całą pewnością.
Niemniej, pomimo tego, że coś mi tam w głowie świtało, niezwykłą przyjemnością był dla mnie ten czas, który razem z Tomkiem Sawyerem spędziłem w mieście St. Petersburg nad rzeką Missisipi. To była nie tylko podróż literacka, to była dla mnie również podróż do moich młodzieńczych lat, bo, choć urodziłem się ponad sto lat po wydaniu tej książki i choć od moich narodzin również sporo czasu już minęło, to wciąż pamiętam sposób widzenia świata chłopca w jego wczesnonastoletnich latach (zresztą, powidoki tego mam do dziś i są to bardzo przyjemne momenty życia). Nie było dla mnie zaskoczeniem, raczej było nawet przyjemnością to, że w Tomku Sawyerze odnalazłem trochę siebie. Tak tego sprzed lat, jak i tego z dzisiaj.
Mimo upływu lat nie uważam, żeby Przygody Tomka Sawyera zestarzały się. Opowieść jest wartka i żwawa a bohaterowie urzekający i odmalowani dokładnie i z ogromną precyzją (pan Twain chyba nigdy nie zapomniał jak to było być chłopcem). To, co odróżnia tę książkę od książek współczesnych, to (tak mi się wydaje) prezentacja świata. To, że Tomek dostaje lanie, nie jest niczym skandalicznym, jest normalną częścią życia. To, że pół-Indianin nazywany jest „mieszańcem” a Murzyni Murzynami być może dziś by nie przeszło albo wywołało jakiś skandal, szczególnie w książce kierowanej do dzieci. Mnie to nie przeszkadza, tak wyglądały te czasy, w których Przygody powstawały i te, w których dzieje się ich akcja. Piszę o tym dlatego, że doszły mnie słuchy, że tego typu elementy w książkach klasycznych chce się „poprawiać” (co uważam za niedopuszczalne) albo że chce się powoli tych książek może nie zakazywać, ale skazywać je na zapomnienie. A w tym drugim przypadku byłoby po prosu szkoda.
– Mniemam, iż sir Aubrey ży-ży-życzy sobie, bym powiedział – zaczął słabym głosem doktor – że silni mężczyźni, którzy przewodzą Bry-Bry-Brytyjczykom i bronią ich, muszą podtrzymywać siły, zadowalając z w i e r z ę c ą cząstkę swej natury za-za-zabawaianiem się z dziewkami, lecz zachowują przy tym czy-czy-czystość łoża małżeńskiego i świętość domu, w którym poczęci zostają ich synowie i córki.
Splot kilku okoliczności, których pozwolę sobie nie opisywać, nie są bowiem istotną częścią tego wywodu, sprawił, że sięgnąłem po Biedne istoty, po które pewnie inaczej bym nie sięgnął. Gdyby nie ten splot kilku okoliczności i po tę książkę bym nie sięgnął, straciłbym okazję na wyśmienitą lekturę.
Trzeba mieć spory talent albo olbrzymi warsztat (albo i oba na raz), a przy okazji bardzo wyostrzony zmysł obserwacji, umiejętność (czasem nieoczywistego) samodzielnego wnioskowania i mnóstwo poczucia humoru żeby móc napisać coś takiego jak Biedne istoty. Pan Gray, wydaje mi się, dysponował wszystkimi tymi wymienionymi wyżej cechami, na co najlepszym dowodem jest to, że to właśnie on tę książkę napisał. Czego to w Biednych istotach nie ma?
No dobrze, pewnie znalazłoby się parę rzeczy, których autor w tej książce nie zawarł (nikt na przykład nie wędruje w niej przez złowrogie krainy po to, żeby wrzucić obrączkę do wulkanu), ale mnogość tego, co udało mu się zawrzeć w Biednych istotach naprawdę jest imponująca. I mam tutaj na myśli kilka warstw tej książki – od warstwy fabularnej, przez narracyjną, językową aż po to co, z braku lepszego określenia, mógłbym nazwać jej warstwą kulturową.
W warstwie fabularnej mamy do czynienia z rozwojem bohatera (w tym przypadku bohaterki), a przynajmniej tak się może wydawać, bo książka zawiera pewne bardzo ciekawe zaskoczenie. W warstwie narracyjnej mamy do czynienia z moją chyba ulubioną, a przynajmniej w ostatnim czasie ulubioną, konstrukcją „opowieści w opowieści”. W warstwie językowej pan Gray daje popis (choć na mniejszą skalę) tego, co w Kwiatach dla Algernona zrobił pan Daniel Keyes. Najbogatsza jednak, a przynajmniej ja najwięcej w niej znalazłem, jest warstwa kulturowa. W tej warstwie odmalowany jest do pewnego stopnia obraz wiktoriańskiej Anglii wraz z licznymi paralelami do teraźniejszości (bo świat, uważam, mało się od tamtego czasu zmienił, a ludzie to już na pewno), które to paralele świadczą o wspomnianej spostrzegawczości i umiejętności wyciągania wniosków przez autora. Ale mamy też w tej warstwie do czynienia z licznymi tropami prowadzącymi do innych dzieł kultury, jak choćby najbardziej oczywisty Frankenstein pani Mary Shelley, ale też i na przykład twórczość pana Edgara Allana Poe. Świetnie bawiłem się znajdując te tropy, świetnie bawiłem się poznając fabułę, świetnie bawiłem się zapoznając się z obserwacjami i wnioskami z tych obserwacji, które pan Gray w Biednych istotach zawarł. I mógłbym tak jeszcze przez kilka akapitów tę książkę chwalić dalej, ale muszę spadać bo mam zamiar dalej bawić się świetnie oglądając zrealizowany na jej podstawie film, który wyreżyserował pan Yórgos Lánthimos. Jak się ostatnio okazało – mój ulubiony reżyser.
Zaczyna się niczym w "Tożsamości Bourne’a": główny bohater budzi się w szpitalu po wypadku samochodowym i chociaż doznał amnezji, od razu wyczuwa, że personel chce go zabić. Ucieka więc ze szpitala i udaje się do domu kobiety, która w aktach medycznych została wpisana jako jego siostra. Tam dowiaduje się, że tak naprawdę jest księciem Corwinem, jednym z dziewięciu pretendentów do tronu istniejącego w równoległym świecie królestwa Amberu. Wraz z przyrodnim bratem Corwin wraca do domu, by zagrać w grę o tron.
I niby to ma być klasyka fantasy?
Dziewięciu książąt Amberu praktycznie niczym nie różni się od fanfików, które 15 lat temu były wyśmiewane na blogach Niezatapialna Armada Kolonasa Waazona i Przyczajona logika, ukryty słownik, i aż dziw bierze, że powieść wyszła spod ręki dorosłego mężczyzny, który w chwili jej wydania miał już pewien dorobek literacki. Ubogi i toporny styl, nielogiczny świat przedstawiony, postacie praktycznie pozbawione osobowości i zachowujące się w idiotyczny sposób, rozwiązywanie problemów deus ex machina. W dodatku epickie walki o tron opisane w stylu „Zginęło 69 tysięcy żołnierzy, a rannych zostało 2,137 milionów”. Liczyłam na mroczną historię w stylu GoT, albo chociaż wątku walczących książąt z filmu Gwiezdny pył, dostałam wypociny nastolatka, które w takiej formie nigdy nie powinny zostać przyjęte do druku. Całe szczęście, że ten badziew jest krótki.
Naprawdę, już sztampowy Jordan jest lepszy od tej grafomanii.
@Vampiress sam dałem temu zbyt wysoką ocenę, absolutnie nie rozumiem zachwytów, a jak ktoś mówi, że to jego ulubiona seria, to chyba nic innego w życiu nie czytał.
Ostatni dodatek i zakończenie całej serii przygód z Avonlea.
Trochę męczyłam tą książkę, niektóre z historii były fajne, inne nudne. Każdy rozdział był osobną opowieścią różnych osób, tak jak w pierwszym dodatku.
Serial lepszy, dużo bardziej niuansuje postacie i wydarzenia niż książka. Książka za to bardziej realistycznie podchodzi do Claya - słucha wszystkich kaset w ciągu jednej nocy i nie rozkłada tego na kilka dni...
#czytelniczebingo 13/25 - Książka, która została zekranizowana
Laurka pochwalna błękitnych Japończyków. Nie nazbyt stronnicza, albowiem przeprowadzone pieczołowicie badania i posiadanie koreańskiej żony włącznie ze wsparciem jej rodziny nie pozwoliłyby rozprzęgnąć się koniowi uwielbienia. Bynajmniej jednak zabrakło mi tam ściśle poświęconej rubryki o ciemnej stronie Korei. Oczywiście są wzmianki o wysokim wskaźniku samobójstw, przepracowaniu i korupcji władzy, ale to jako nieodzowne rzeczy, nieprzysłaniające tak wielkiej zajebistości Koreańczyków. To ich nadopiekuńcze wspieranie rodziny, niesamowity upór w dążeniu do prosperowania całego społeczeństwa, kulturowa dbałość do pozazdroszczenia nam Polakom oraz tolerancja, jakiej nie przeszkodzą "prawicowe zwierzęta" wydają wielki blask, dzięki któremu turystom można przekonać do wydawania pieniążków na bilet lotniczy do Seulu (wymawiaj Saoul)
Szczęśliwość najszczersza dzieje się niestety, gdy zaczynają się ujawniać osobiste preferencję autorskie. Jakoś nie jestem przekonany, że to ta zła Ameryka sieje propagandowy ferment, utrudniający proces zjednoczeniowy. "Młody i inteligentny" przywódca północnej części okazało się nie kwapił do oddawania atomówek i bycia mniej nieprzyjemny w stosunku do kejpopu. Także ten uwielbiany nie-prawicowy prezydent uderzajacy w układy tych prawicowych odpowiedników; ci dwaj lewicowi prezydenci niczym bracia Grakhowie rozsupłujący worek nieporządków zimnowojennych dyktatur - tak, takie odnoszenie do rządów pisu. Chciałbym ujrzeć twoją minę, gdy Park Geun-Hye została ułaskawiona, autorze. I może mniej próbuj zrobić gorszących porównań w stosunku do Polski. Nie ma co uważać nas siebie za lepszych od azjatyckiego tygrysa przy podawanych liczbach, ale czasem kolejki do lekarza bywają niskim kosztem od uczynienia z lekarzy najbardziej przepracowaną grupę zawodową, która gdy raz urządziła strajki, to te czułe społeczeństwo wolało im pokazać figę.
Uuk - odparł bibliotekarz. Zdołał przez to wyrazić, że Rincewind znajduje się w krainie, gdzie nawet takie pojęcia jak czas i przestrzeń są odrobinę niepewne, więc zapewne nie warto spekulować na temat jego stanu w konkretnym punkcie czasowym, jeśli w ogóle znajduje się on w jakimś punkcie czasowym. I że, podsumowując, może zjawić się tutaj jutro albo wręcz wczoraj. I wreszcie, jeśli istnieje choćby najmniejsza szansa przetrwania, to Rincewindowi z całą pewnością się to uda.
Terry Pratchett, Czarodzicielstwo
I tym cytatem, moi Państwo, dotarliśmy do końca Czarodzicielstwa. Jutro zaczynamy przygodę z kolejnym tytułem - ERYK
Wydawnictwo Znak kontynuuje serię o polskich monarchach autorstwa Michaeal Morysa-Twarowskiego. "Jagiełło Rex. Początek dynastii" rozpocznie panowanie 3 czerwca 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie ma 416 stron, w cenie detalicznej 69,99 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Miał na zawsze zniknąć z kart historii. Zamiast tego zmienił bieg dziejów.
Po kilku latach rządów w Wielkim Księstwie Litewskim Jagiełło traci tron na rzecz stryja. To powinno zakończyć jego polityczną karierę. On jednak zdobywa czapkę Giedymina, a wkrótce potem sięga po polską koronę i rękę pięknej Jadwigi.
Choć obiecał jedynie odzyskać utracone ziemie Królestwa Polskiego, robi dla tego państwa znacznie więcej. Zmienia bieg jego historii.
Poganin, który chrzci Litwę i Żmudź. Analfabeta, który funduje Uniwersytet Jagielloński. Miłośnik pokoju, który zwycięża Krzyżaków pod Grunwaldem.
Stroni od piwa i wina, ale ma inne słabości. Dzięki jego miłości do polowań Białowieża po raz pierwszy pojawia się na kartach kronik, a królewskie zamiłowanie do słodyczy sprawia, że na polskich stołach goszczą pierogi z serem. Czterokrotnie żonaty, ku zaskoczeniu wszystkich u schyłku życia daje początek nowej dynastii.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Pierwszy z dodatków, w którym Ania pojawia się jedynie epizodycznie.
Każdy z rozdziałów opisuje krótki wyrywek z życia mieszkańców Avonlea oraz okolic.
Całkiem przyjemne ale nie porywające.
Prosta, mroczna historia, w której bloger wpada na trop tajemniczych wydarzeń w słowackich górach i stopniowo popada w obsesję, a im bliżej sil nieczystych, tym więcej szaleństwa.
Trochę to oklepane, zabrakło realizmu w zachowaniach bohaterów, by dało się to śledzić z dużym zaangażowaniem. Literacko też nie dzieje się tu na tyle dużo, żeby można było dać się pochłonąć klimatowi, brak również jakichkolwiek zaskoczeń.
Kłopot z bogami polegał na tym, że kiedy coś im się nie podobało, nie ograniczali się do delikatnych napomknień. Zdrowy rozsądek sugerował więc, że niemądrze jest stawiać bogów w sytuacji, w której muszą decydować.
Na wstępie chciałem zauważyć, że za pisanie takich książek powinno się autora kilka razy publicznie wybatożyć! I to nie dlatego, że seria obniżyła poziom albo coś nielogicznego stało się ulubionym bohaterom. Dlatego, że nie wolno, nie wolno! pisać po jednym tomie raz na kilka lat i zostawiać ludzi z tyloma nowymi wątkami, tak wielką ilością pytań i takim oczekiwaniem.
To jest zdecydowanie najlepszy z sześciu tomów. Każda strona niesie coś nowego, każda ma w sobie jakiś potencjalny zwrot akcji. Nie brakuje wzruszeń i scen, które powracają długo po przeczytaniu ostatniej strony. Pojawiają się, jak już wspomniałem, nowe wątki, na szczęście autor nie zapomina o ciągnięciu i domykaniu tych, które otworzył uprzednio. I na szczęście idzie w zupełnie inną stronę, niż można było oczekiwać. Każde trącenie wątku z poprzednich tomów to niespodzianka.
Będę z olbrzymią niecierpliwością czekał kolejne lata na następny tom.
@Cerber108 Tak, to, że krótkie to boli bardzo w sercu. Ale ja jestem wielkim fanem tego autora i uniwersum i co jak co, ale krótszą książkę (i cenę) akurat mogę wybaczyć.
Jak cała seria mi się podoba to mam problem z zakończeniami, że są dla mnie jakieś takie nijakie. Nawet teraz, po miesiącu od przyswojenia audiobooka nie mogę sobie przypomnieć jakie było zakończenie i co z niego wynikało. Pamiętam, że fabuła była super, że dobrze się bawiłem, ale zakończenie? Podobne odczucia miałem co poprzedniej części.
Ostatnia ze "starszej" części książek, czyli piąta w serii. Robi się zdecydowanie mrocznie i poważnie. Już nie jesteśmy na etapie hulania po stepach albo w górach i przeżywania (wspaniale opisanych!) przygód przypominających opowieści płaszcza i szpady. O nie, teraz wchodzimy w zdecydowanie cięższe klimaty, wpychamy się pomiędzy pradawne legendy i domagamy uwagi.
Nijak nie można było się spodziewać po pierwszych tomach, że historia zaprowadzi nas tutaj, ale ani razu nie żałowałem.
Dom Wydawniczy REBIS wyda następną książkę historyczną. "Bogowie Polski" Szymona Zdziebłowskiego ukażą się 2 czerwca 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie zawiera 352 strony, w cenie detalicznej 69,99 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Jak wyglądały świątynie wznoszone nad Wisłą tysiące lat przed powstaniem państwa polskiego? Czy chrześcijaństwo rzeczywiście jest najdłużej wyznawaną religią na naszych terenach? Jakich bogów czcili pierwsi Słowianie?
Szymon Zdziebłowski rzuca wyzwanie powszechnym przekonaniom i proponuje czytelnikom fascynującą archeologiczną podróż po świecie dawnych wierzeń, rytuałów i zapomnianych bóstw. Wyprawa zaczyna się ponad 100 tysięcy lat temu, a kończy na próbie zrozumienia religii wczesnych Słowian. Czytelnik pozna zdumiewające artefakty i obiekty, takie jak wizerunki „Wenus” sprzed kilkunastu tysięcy lat, gigantyczne konstrukcje ziemno-drewniane starsze od egipskich piramid (tzw. polskie Stonehenge) oraz sensacyjne figurki starożytnych bóstw i amulety.
Bogowie Polski to lektura dla każdego, kto chce zrozumieć tożsamość mieszkańców tej części Europy. To opowieść o tym, że już nasi przodkowie żyjący tysiące lat temu zastanawiali się nad sensem życia i poszukiwali wsparcia w sferze duchowej.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Nie wiem, co ma w sobie ten autor, ale wszystkie jego książki wciągam jak odkurzacz i bawię się przy tym świetnie.
Od pierwszych stron książka nie zostawiają złudzeń - będzie ciężko, duszno i bardzo mrocznie. Cosby wrzuca nas w świat małego, amerykańskiego miasteczka, gdzie główny bohater - syn marnotrawny, powraca do domu rodzinnego, gdy jego ojciec (właściciel krematorium) trafia do szpitala. Okazuje się, że sprawy w domu mają się nieciekawie, a jego młodszy brat wpadł po uszy w długi zaciągnięte u lokalnych wataszków. Na domiar złego siostra wdała się w romans z żonatym policjantem półgłówkiem.
Roman próbuje trzymać się z dala od przemocy i przeszłości, którą dawno chciał zostawić za sobą. Problem w tym, że przeszłość bardzo szybko się o niego upomina. Zostaje wciągnięty w układ z lokalnym półświatkiem, na którym nie może wyjść dobrze i zmuszony do podejmowania coraz trudniejszych decyzji. Zaczyna schodzić coraz głębiej w świat, z którego kiedyś próbował uciec.
Najbardziej uderza klimat - ta książka jest czarna. I to naprawdę czarna. Czarniejsza niż Snape w nowej ekranizacji Harrego Pottera. Cosby świetnie buduje wielokulturowe środowisko, w którym funkcjonują bohaterowie. Czuć ciężar miejsca, historię, uprzedzenia rasowe, napięcia społeczne, konflikty między organizacjami - to nie jest tylko tło, ale coś, co aktywnie wpływa na każdą scenę i każdą decyzję.
Autor bardzo dobrze prowadzi fabułę w kierunku nieuniknionej katastrofy. To nie jest historia o tym, czy coś pójdzie źle - tylko kiedy i jak bardzo. Bohater, chcąc chronić siebie i swoich bliskich, wpada w spiralę decyzji, które tylko pogarszają jego sytuację, a policja śledzi każdy jego krok. I właśnie to poczucie braku wyjścia działa najmocniej.
Świetnie wypada też warstwa emocjonalna. Strach o własne życie, napięcie wynikające z presji otoczenia i świadomość, że każdy krok może być tym ostatnim - wszystko to jest bardzo namacalne. Cosby nie daje czytelnikowi chwili oddechu i konsekwentnie prowadzi historię w stronę coraz większego ciężaru.
To jeden z tych thrillerów, które nie tyle opowiadają historię, co budują doświadczenie - mroczne, gęste, tłuste jak krew i ulotne jak popiół ze spalonego ciała. Na książkę trzeba było poczekać 2 tygodnie, bo tyle opóźnienia miała premiera w stosunku do planowanej daty, ale zdecydowanie było warto. Jeden z lepszych kryminałów jakie czytałem, choć momentami lekko naiwny, do czego przyzwyczaił nas autor w poprzednich książkach. Ale mi to nie przeszkadza, bo dostaję starcie inteligentnego gościa walczącego o życie rodziny, z mafią, w której niemal każdy jest słabym ogniwem i tylko czekamy, aż się zerwie z łańcucha.
Książka zalicza #wyzwaniagoodreads - Community Picks w ramach Spring Challenge.
@saradonin_redux moze nie wszystko, ale faktycznie sa naprawde mocne momenty - zwlaszcza pierwsze 4 ksiazki to mocny strzał ktory zmienił u mnie conieco
Prószyński i S-ka wznowi dzieło duetu Stephena Kinga i Petera Strauba. "Talizman" w księgarniach od 28 maja 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie liczy 944 strony, w cenie detalicznej 75 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Dwunastoletni Jack Sawyer wyjeżdża z matką – chorą na raka aktorką – z Kalifornii do opustoszałego miasteczka letniskowego w New Hampshire. Nie chce dopuścić do świadomości choroby matki. Chłopiec poznaje dozorcę wesołego miasteczka, który wyjawia mu zdumiewającą prawdę. W równoległym do naszego świecie, zwanym Terytoriami, Dwójniczka jego matki, Laura DeLoessian, również jest śmiertelnie chora. Tylko Jack może uratować obydwie kobiety, jeśli pójdzie na drugi koniec kontynentu, gdzie w groźnym, pełnym zła czarnym hotelu znajduje się Talizman o uzdrawiającej mocy. Jego wyprawa ma jeszcze bardziej doniosłe znaczenie, niż sobie pierwotnie wyobrażał.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Pierwsza polska biografia kultowego zespołu The Smiths. Zespołu, który zawsze ceniłem, ale nigdy nie byłem miłośnikiem ich twórczości. Pewnie miał na to wpływ wybitnie wkurzający mnie Morrissey a sytuacji nie ratował nawet sympatyczny i utalentowany gitarzysta Johnny Marr. Do lektury zachęciło mnie to, że książkę napisał Polak, Maciej Koprowicz a nie zniechęciło mnie nawet to, że związany jest zawodowo m.in. z miesięcznikiem "Teraz Rock" czyli najbardziej boomerską i dziaderską gazetą o muzyce jaka kiedykolwiek wychodziła w tym kraju. Jednak Koprowicz to młody chłop, wiedzę o muzyce posiada sporą a poza tym jest oddanym fanem The Smiths. Co więc dostajemy? Ano solidną, w miarę zwięzłą ale nie pozbawioną fajnych smaczków i ciekawostek historię zespołu Morrisseya i spółki. Autor wywiązał się z zadania bardzo dobrze. Uniknął fanowskiego tonu i pisania z poziomu ugiętych kolan. Zgrabnie wybrał cytaty z piosenek i wypowiedzi muzyków dzięki czemu udało mu się pokazać niełatwą historię Kowalskich z wielu perspektyw. Widać, że przekopał się przez masę materiałów prasowych, książek i publikacji w internecie. Na koniec, jako bonus dostajemy rozdział o wpływie The Smiths na polskie zespoły i muzyków. Kawał solidnej roboty.
Johnny Marr jest jednym z moich ulubionych gitarzystów, w czasach tego całego hairmetalu, graniu jak EVH czy inny Malmsteen chłop zdecydował że nie będzie używał przesteru, a ścianę dźwięku zbuduje nagrywając kilka śladów z tymi swoimi chorusami czy innymi efektami.
Nie mieści mi się w głowie jak to jest mieć 19 lat i napisać taki riff jak Charming Man. Jest to jeden z nielicznych kawałków na gitarze który tłukłem godzinami i umiem w miare poprawnie zagrać, jezu jak tam każdy akord fajnie przechodzi w drugi, jakie to satysfakcjonujące