#relacje #nowyrok


Chciałbym opisać sytuację, która z pozoru wydaje się niewinna, a w praktyce od lat powoduje u mnie narastające napięcie i poczucie braku akceptacji. Chodzi o relację z moją matką, osobą głęboko wierzącą, oraz o to, jak jej wiara wpływa na sposób, w jaki komentuje moje życie, moje wybory i moją relację partnerską.

Jestem osobą niewierzącą. Moja partnerka również. Nie żyjemy według zasad katolickich. Moja matka tego nie akceptuje, choć rzadko mówi to wprost. Zamiast otwartych konfliktów pojawiają się "miękkie" komunikaty, życzenia, uwagi, zdania wypowiadane niby z troski. I właśnie jeden z takich komunikatów stał się dla mnie punktem zapalnym.

Cytat:

"synku kocham Cię tak jak potrafię po ludzku najmocniej. Niech nowy rok będzie samą miłością ale od kogoś kto w Bogu jest zakorzeniony bo tylko taka miłość przetrwa wszystko."

Na pierwszy rzut oka: miłość, troska, życzenia noworoczne. Bez krzyku, bez wprost wypowiedzianego osądu.

Problem zaczyna się wtedy, gdy spojrzymy na kontekst.

gdzie jest problem?

Dla osoby wierzącej ten przekaz może być oczywisty i "dobry". Dla mnie, w kontekście tego, że:

jestem niewierzący,

mam niewierzącą partnerkę,

moja relacja od lat jest przez matkę kwestionowana,

to zdanie:

"b o tylko taka miłość przetrwa wszystko"

nie jest neutralne.

Jest wartościowaniem. I to bardzo konkretnym.

W praktyce odbieram je jako komunikat:

moja relacja nie jest pełnowartościowa,

moja partnerka nie jest w stanie dać mi prawdziwej, trwałej miłości,

moje życie jest „

jakieś, ale nie takie, jakie powinno być.

Najtrudniejsze jest to, że nie jest to jednorazowe. Takie przekazy pojawiają się regularnie, od lat, w różnych formach. Nigdy wprost. Zawsze miło. Zawsze "z troski". I właśnie dlatego są tak trudne... bo nie da się na nie normalnie zareagować bez wyjścia na niewdzięcznego syna.

Dla mnie to jest forma podświadomego uświadamiania mi, że żyję źle. Bez powiedzenia tego wprost, ale z jasnym przekazem: "to, co masz, to nie jest to","nie pokocha Cię jak Bóg".

W tym momencie poczułem, że czara goryczy się przelała.


w efekcie działa to jak ocena życia syna i jego relacji,

i zamiast zbliżać - oddala.


Nie piszę tego posta, żeby jechać po wierzących ani po rodzicach. Piszę go, bo jestem ciekaw

czy ktoś był w podobnej sytuacji,

gdzie według Was przebiega granica między wiarą a narzucaniem jej innym,

i czy da się budować zdrową relację, gdy akceptacja jest warunkowa.

Dzięki za przeczytanie i za ewentualne opinie

Jak oceniasz treść takich życzeń w kontekście relacji matka–dorosły syn, który jest niewierzący i ma niewierzącą partnerkę?

129 Głosów

Komentarze (13)

bo tylko taka miłość przetrwa wszystko

w prosty sposób można udowodnić że się myli, w sumie nic nie robiąc dodatkowo - ot będąc razem ¯\_(ツ)_/¯


Moja babcia też jezusowy ultras, wszystko co się zjebało to wina tego że w Boga nie wierzę, ale jak to zlewam to normalnie funkcjonujemy

Ja to też nieco odebrałem jakby próbowała Ci zasugerować, ze Twoja partnerka jest dla Ciebie niewlasciwa i ze powinieneś znaleźć sobie kogos lepszego. Twoja matka robi to w 100% świadomie, w bardzo wyrachowany spodob

@SignumTemporis jak tak będzie zgrywać ofiare to po jakimś czasie naprawdę będzie mogła się czuć jak ofiara, jak OP wyjdzie i zamknie za sobą drzwi ostatni raz. I się jej oczy otworzą.

Miałem podobne historie, ale w wydaniu turbo. To moje życie i nie pozwolę, żeby ktoś nim sterował - nastąpiło "abandon the ship".

Nie byłem zadowolony jak to się potoczyło, ale im wincyj lat upływa tym bardziej jestem przekonany, że nie miałem wyjścia (nie mozna wiecznie uciekać).

A brałeś pod uwagę, że to jej postrzeganie może być zaburzone, że przesiąkła tak tematem że rzuca jej to na światopogląd i widzenie świata według ich REALNYCH cech? To jak słuchanie foliarza, tylko w bardziej kulturowo osadzonej perspektywie.

Nie neguje katolicyzmu jako potrzeby wpisanych form, które mogą służyć jak ściąga do bycia lepszym powiedzmy człowiekiem, a zarazem pragnienia myśli, że zatrzymanie serca to nie ich koniec w nicości. Niektórzy tego potrzebują, nie mi to oceniać.

Ja mam podobną sytuację, od lat z mamą, ale im dalej w las tym łagodniej, chociaż jeszcze w tym roku przy świątecznym stole usłyszam "gdybyś tylko taka nie była" w sensie religijnym. Zaśmiałam się i zapytałam jaka, zła, raniąca, krzywdząca? Nie, to reszta nie ma znaczenia. Od lat jej mówię, że najważniejsze to być dobrym, nie tylko w tle odmiawianych modlitw, ale w realnych czynach. Ja w to wierzę, więc nie ma znaczenia czy ona też. Mój facet jest tego samego zdania. Reszta spływa jak po kaczce i tyle. Polecam, bo nie wygrasz z niektórymi mocami. XDD

To jest klasyczna pasywno-agresywna postawa. Taka “hehe ale jestem sprytna, nie bedzie mial mi za zle, bo przeciez mu dobrze zycze, wiec moge mu do⁎⁎⁎ac”

Ona mówiąc te słowa powiedziała ci że kocha ciebie na tyle ile może, ale wiedząc że ty i twoja partnerka jesteście niewierzący to chce wam przekazać że miłość twoja i twojej dziewczyny jest nieprawdziwa ponieważ mimo intencji nie łączy jej wiara. Prawdopodobnie uważa ona też że miłość do ciebie jest jednostronna bo tylko jej miłość jest prawdziwa. W skrócie. Ty według niej utraciłeś zdolność do okazywania prawdziwej miłości odwracając się od wiary.

Można też powiedzieć że twoja matka ma wyprany wiarą mózg i próbuje dla swojego komfortu tobą manipulować. Dla niej po prostu trudno jest zaakceptować i kochać kogoś kto nie wierzy w Boga.

Niestety wiara ma to do siebie że lubi tworzyć fanatyków, którzy niszczą życie sobie i innym wokół siebie nie zdając sobie z tego sprawy. Zwykle robią to delikatnie, zarzekając się że nie są fanatycznymi wyznawcami dopóki nie odwalą czegoś konkretnego gdzie zwykle kontakt z taką osobą się urywa lub jest mocno ograniczony.

@Kambodza1 tak jak inni piszĄ. Jest to pasywno-agresywne. Ale skoro nie jesteś wierzący, nie powinno to Ciebie emocjonalnie dotykać. A jednak.


Zastanów się dlaczego to cie triggeruje. Bo idę o zakład, że matka / partnerka / inni ludzie nie raz mówią pasywno-agresywne głupoty, które masz zwyczajnie w d⁎⁎ie. Przykładowo: ktoś naśmiewa się, że jesteś libkiem a przecież Tusk to i tamto (to hipotetyczny przykład).

Ale to jest taka typowa katolicka miłość I wdzięczność. Wszystko jest z pozoru pełne miłości, ale w rzeczywistości przesiąknięte jadem I toksycznością.

Dlatego trzymam się z dala od tego środowiska.

To są po prostu źli ludzie. Serio źli.

Zawsze jest ocenianie, potepianie. Zamiast bezwarunkowej miłości i wybaczania.

Ileż Ja miałem podobnych sytuacji - z pozoru miły ksiądz a między słowami gorycz, toksyk i potępienie. ZAWSZE.

Typowe Katolstwo jest takie typowe..

Zaloguj się aby komentować