Powiem Wam, że ten rok zaczyna się dla mnie "z przytupem". Otóż - nowy dyrektor mego instytutu planuje "reorganizację" mojego zakładu. Początkowo myśleliśmy, że chodzi mu tylko o wy...nie mojej koleżanki, tj. nie przedłużenie jej dwuletniej umowy czasowej, która kończy się jej we wrześniu, przesunięcie jej etatu do innego zakładu i zatrudnienie tam protegowanego dyrektora. Just an ordinary day in academia, right? Oczywiście podjęliśmy działania w obronie tej koleżanki, bo nie będziemy patrzeć bezczynnie jak komuś dzieje się krzywda. Abstrahując już nawet od tego, że owa koleżanka przez ostatni rok jest celem mobbingu. Ale od początku wydawało mi się, że na tym jednym etacie się nie skończy. No i dziś mój kolega z zakładu podzielił się podejrzeniem, że chodzi o grubszą sprawę - zwolnienie aż 4 osób z naszego zakładu. Od początku podejrzewam, że jestem w gronie wytypowanych do zwolnienia (bo już pojawiły się "sugestie", że prowadzę zajęcia, których nie powinnam - tak jakby mi ich sami nie narzucili, lol, a na dodatek - jakby nie twierdzili, że właśnie do prowadzenia tych zajęć mnie zatrudniono). Podobno bardzo trudno (jeśli w ogóle niemal niemożliwe) jest zwolnienie pracownika naukowego zatrudnionego na czas nieokreślony (vide ja), ale.. od czego jest reorganizacja? Więc może nawet nie zdąrzę zrealizować grantu badawczego, który dostałam na ten rok kalendarzowy. I wydać książki z referatami z konferencji, którą organizuję. No i ponownie, w wieku 40 lat, wyląduję na lodzie. Może sobie trochę z tego ironizuję, ale to nie jest tak, że jak stracę tu pracę, to mogę aplikować do stu innych miejsc. Inaczej mówiąc - zbliżam się ku końcowi swej "kariery naukowej". Co ciekawe - czeka nas tzw. ewaluacja i są u nas osoby, które nawet przez 4 lata od ostatniej ewaluacji nie zapełniły 4 slotów publikacyjnych. Słownie - czterech. Zresztą: robią to nagminnie. I co, myślicie, że grozi im zwolnienie? Nic bardziej mylnego. Być może już za parę dni będę znać więcej szczegółów.
#pracbaza #zalesie
