Pewnie zostanę uznany za szura-lewaka, bo sam rok temu byłem bardzo sceptyczny wobec elektryków, ale odkąd dostałem firmowy samochód elektryczny i używam go na co dzień, trochę zmieniłem zdanie.
Nadal uważam, że nie są ekologiczne — baterie nie wytrzymają 20 lat jak stare diesle. Na długie trasy też się średnio nadają, chociaż da się nimi jeździć.
Ale jeśli chodzi o dojazdy do pracy do ok. 100 km dziennie, to komfort jest nieporównywalny.
Przy -25, a nawet -30°C w spalinówkach zawsze jeździłem zimnym autem. Grzanie na parkingu to było co najmniej pół godziny, a w dieslu bez Webasto często i tak nic to nie dawało.
Do tego stanie na jałowym biegu na mrozie to zwykłe zarzynanie silnika. Nawet z Webasto — szybciej pada akumulator, a samo Webasto w każdym aucie, które miałem, psuło się akurat w największe mrozy.
Benzyniaki przy takich temperaturach też potrafią się kiepsko nagrzewać i w trasie tracą temperaturę zamiast ją trzymać.
W elektryku nagrzewam auto z aplikacji przed wyjazdem i przy takich mrozach to jest wręcz wskazane — baterii to nie szkodzi. Wsiadam do ciepłego auta, bez skrobania szyb i bez katowania silnika.
Przy -30°C jadę normalnie, jedyne co widać to większe zużycie prądu, ale i tak wychodzi taniej niż diesel (przy ładowaniu w domu i cenach prądu w Norwegii).
Na plus są też osiągi. Napęd na cztery koła i przyspieszenie robią swoje — wszystko w aucie musi być dobrze zamocowane albo ostrożnie gazu trzeba dodawać.
A jak trzeba pociągnąć przyczepę, to 1,5 tony na haku praktycznie się nie czuje.
#samochodyelektryczne #gownowpis
