Kolejny dzień na L4 – a właściwie sobota spędzona z rodziną. Coraz wyraźniej widzę obraz całości. Pamiętacie sytuację, gdy zgubiłem samochód? Ktoś tu wtedy słusznie pisał, że to czas na wizytę u specjalisty. Korpo chciało wycisnąć ze mnie wszystkie soki, a to były ewidentne znaki ostrzegawcze.
W międzyczasie miałem takie zaniki, że np. jadąc autem, przez kilka sekund nie wiedziałem, dokąd zmierzam. Albo wychodziłem z pokoju i natychmiast zapominałem po co. To był efekt totalnego przeciążenia układu nerwowego. Wtedy tego nie widziałem, ale w końcu powiedziałem „dość”. Każdego ranka myślałem tylko o tym, jak bardzo nienawidzę tej roboty. Ale dobrze płacili – w 3 lata spłaciłem mieszkanie. Ciągle stawiałem sobie nowe cele: jeszcze zarobię na to, jeszcze na tamto...
W pewnym momencie dotarło do mnie, że żyję w ciągłym strachu. Że jestem niewystarczająco dobry, że nie dowiezę tematu, że ktoś mnie „nakryje na oszustwie”. Strach przed brakiem pieniędzy i biedą był moją jedyną motywacją.
Teraz patrzę na to z perspektywy i widzę, ile przeszedłem. Pożegnanie ojca, praca w „kołchozie” pod gigantyczną presją, spłata kredytu. To, że w końcu pękłem, nie znaczy, że jestem słaby. To znaczy, że jestem potwornie zmęczony. To nie bumelanctwo, to odpoczynek, na który ciężko zapracowałem, a mój organizm po prostu wystawił rachunek. Instynkt samozachowawczy zadziałał w ostatnim momencie.
Teraz muszę odpocząć, a potem przebudować życie. Muszę sprawić, by lęk przestał być motorem napędowym. Chcę być obecnym ojcem, a nie tylko maszynką do zarabiania pieniędzy. Mam wszystkie karty w ręku: samoświadomość, fach, oszczędności i wsparcie lekarzy. Mam też dziedzictwo mojego ojca – naukę, jak być dobrym człowiekiem. Teraz muszę to tylko przełożyć na nowoczesny świat.
Mam plan i czuję się lepiej. Najtrudniejsze zadanie na teraz? Nauczyć się odpoczywać.
#wypaleniezawodowe