@GazelkaFarelka no właśnie problemem jest głównie to, że każą ci leżeć, zamiast przybierać dowolną pozycję dla uśmierzenia bólu, nie pozwalają jeść ani pić bez powodu (bo może będzie cesarka i się zrzygasz po narkozie - jedyny powód), więc nie masz sił na rodzenie, w 99% szpitalu nie ma opcji porodu w wodzie i mają wannę tylko na pokaz na dniach otwartych. Problemem jest ta cała feudalna otoczka na oddziale, gdzie lekarz jest panem i władcą, położne wykonawcami rozkazów, a Ty jako rodząca tylko tam przeszkadzasz i zawalasz salę porodową. Uważam że niefarmakologiczne metody łagodzenia bólu są nie tylko dużo bezpieczniejsze, ale wręcz skuteczniejsze, niż znieczulenie zewnątrzoponowe, ale ich stosowanie wymaga zmiany całego systemu i edukacji okołoporodowej. Oczywiście zzo powinno być dostępne w każdym szpitalu, ale nie uważam że powinno być standardowym postępowaniem w każdym porodzie, bo zwiększa ryzyko cesarki.
Rodziłam 3 razy, raz ze znieczuleniem zewnatrzoponowym, drugi raz w szpitalu bez znieczulenia, ale na leżąco, trzeci raz w domu, gdzie mogłam robić co chciałam, jeść, pić, leżeć w dmuchanym basenie albo stać na czworaka na podłodze. Pierwsze dziecko po zzo było trochę „śnięte”, miało problemy ze ssaniem, samo znieczulenie też szału nie zrobiło jeśli chodzi o poziom bólu, a tylko trudniej było mi w fazie parcia. Do tego pod sam koniec zaczęło dziecku spadać tętno i gdyby szybko nie wyskoczyło na zewnątrz, to już by mnie brali na cesarskie cięcie. Mój trzeci poród był najdłuższy, ale najłagodniejszy do zniesienia. Świadomie zdecydowałam się na brak możliwości farmakologicznego znieczulenia, żeby w zamian mieć sprawczość we własnym porodzie i nie czuć się ubezwłasnowolniona, jak w szpitalu.
Ale oczywiście konfederaci braliby się przede wszystkim za zakazy od dupy strony, zamiast za pracę u podstaw, więc jebać Karinkę.