Eh, no i znów ogarniają mnie feelsy związane z samotnością. Choć po wczorajszym i przedwczorajszym dniu w pracy powinnam mieć dość ludzi przynajmniej na kilka dni. Nie mam w ogóle nawet z kim pogadać. I rozumiecie, że nie chodzi mi o pogadanie z jakimś randomowym człowiekiem z neta, któremu i tak nie chciałabym opowiadać o niczym prywatnym, ani w ogóle takim, które pomogłoby mnie jakiemuś sprytnemu człowiekowi wystalkować, ale z kimś bliskim. W ogóle - łatwo jest mi czuć się zupełnie osamotnioną. Mieszkam w obcym mieście, nie znam tu prawie nikogo, nawet moja własna matka do mnie nie dzwoni, no chyba że chce, żeby coś dla niej zrobić. To ja muszę dzwonić, nawet próbowałam zasugerować, że to trochę "nie teges", ale nie trafiło i niczego nie osiągnęłam w ten sposób. Ogólnie wiem, że moja matka ma tylko jedno dziecko - moją starszą siostrę (do której dzwoni codziennie, mimo że ta mieszka na sąsiedniej ulicy) i że mogłoby mnie w ogóle nie być na świecie i nie zauważyłaby różnicy, ale dalej jest to przykre.
Dość regularnie zaczynają mnie nachodzić myśli o starości i o tym, że zostanę zupełnie sama. Oczywiście to tak jak teraz, ale wtedy będę stara, może chora, więc mniej lub bardziej bezradna. Nie wygląda to dobrze. W zasadzie takie myśli jeszcze w ogóle nie powinny mnie nachodzić, mam jeszcze całe lata wieku "średniego" przed sobą, a jednak już mi się zdarzają.
#zalesie
