Aktualizacja z dzisiejszego poranka:
Chyba rozeszło się po kościach. Było spotkanie, była narada, była konfrontacja, dochodzenie, zeznania... Oczywiście we wszystkich uczestniczyłem, prawie że przewodziłem, trwoga, zgroza, lament i te sprawy. Nawet podejrzenie padło na sąsiadkę, której udostępniliśmy trochę lodówki na prawosławne święta, że może jak zabierała przedwczoraj na nowy rok sałatki, to pomyliła się, ale dzielnie stwierdziłem że niemożliwe, bo jeszcze wczoraj widziałem te pasztety! Widziałem, hehe. Podejrzenie padło na mnie, i słusznie, przecież wszyscy wiedzą że lubię pasztet i że chciałem sobie dawkować przez najbliższy tydzień jeszcze - ale sakramentalne "chyba nie myślicie że sam jeden wieczorem zjadłem (niemal) kilogram pasztetu!?" zostało wzięte za dobrą monetę... porażka wychowawcza... z kim ja żyję, zginą beze mnie z tą łatwowiernością.