#recenzjeperfum

14
225

Whispers in the Library Maison Martin Margiela #39


Druga Replica w mojej serii recenzji, chociaż przewąchałem już ich większość. Pierwszą był zapach ogniska, który mimo że był dosłownie drugimi perfumami na jakie się natknąłem, to nadal jest w moim top3 faworytów.


Replica słynie z pięknych flakonów które dobrze zbierają lajki na instagramie, oraz ze słabych parametrów. Nie przeszkadza mi to w pozyskiwaniu ich, bo mają w sobie zaklętą magię wspomnienia. Nie wiem na ile to chwyt marketingowy który złapałem jak rybga zarzudge, a na ile kunszt perfumiarski domu pana Martina, ale Repliki robią to co obiecują: przenoszą wyobraźnie w opisywany scenariusz.


Whispers in the Library ma dosyć prostą piramidę zapachową na fragrze: wanilia, drzewo, pieprz, cedr.


Czemu więc wąchając go czuję papier, albo wręcz jakiś stary pergamin, twarde skóropodobne okładki wydawnictwa ex libris, drewno i kurz? No więc nie wiem. Znaczy drewno to wiem, reszty nie wiem. Może ten zapach starego papieru to fakt, a reszta to już moja wyobraźnia?


Zapach bardzo przyjemny, acz spokojny. Ktoś pisał że idealny do nauki, i może nawet coś w tym jest.


W miarę jak zapach biblioteki przemija, na wierzch wychodzi dosyć sucha wanilia. W takiej postaci aromat utrzymuje sie do końca swojego trwania.


Myślałem że moim drugim ulubionym zapachem w serii Replica by MM będzie albo matcha herbaciany (uwielbiam herbatę <3) albo klubowo jazzowy (mega zachwalany i popularny) ale jednak jest szansa że to "szepty w bibliotece" zajmą to szlachetne miejsce.


Co do parametrów: trwałość jest u mnie całkiem ok, przyskórnie czuję go nadal po 7 godzinach. Niestety, jeżeli chodzi o projekcję, to jest to raczej zapach z gatunku nieśmiałych. "Stety niestety", bo może to właśnie ta cecha sprawia że nie rozprasza i nie "atakuje" otoczenia, i nadaje się do nauki.


Gorąco polecam!


Zapach: 10/10 (to nie tak, że ostatnio wszystko mi pachnie 10/10, po prostu ze względu na sporadyczny charakter recenzji, staram sie w nich wybierać te zapachy, które mnie jakoś urzekają xD)


Trwałość: 6/10


Projekcja: 4/10


Ocena ogólna: 9/10


Bonusowo: najbardziej artystyczne zdjęcie na jakie tylko umiałem sie zdobyć


#perfumy


#barcolwoncha


#recenzjeperfum

1836052d-b4ee-49b3-b339-7f8f5bb9575f

@dext3 A dzięki xD Trochę boli brak książek o Ruby, a to moja "domyślna" technologia, ale trudno

A przebrnięcie przez Unix i Linux zajelo mi rok XD

Zaloguj się aby komentować

Skoro deadline, to wreszcie postanowiłem dokończyć reckę ( ͡° ͜ʖ ͡°)


Alain Delon - Iquitos


Otwarcie to istny hardkor. Iquitos jest wtedy masakrycznie zwierzęcy, brudny i kwaśny, to chyba najbardziej fizjologiczne perfumy, jakie w życiu wąchałem (jednocześnie przyznaję, że nie znam arabskiej niszy). Najbliżej temu czemuś do mieszaniny śliny i kamieni migdałkowych... W tym samym czasie dostajemy też dużo kwiatów (głównie róży) i aldehydów w dość oldschoolowym wydaniu, pachnie to wszystko mocno pudrowo i kobieco, idzie to wszystko w stronę raczej babciową. Po kilkunastu minutach akordy zwierzęce trochę odpuszczają, a kompozycja przestaje być tak jednostronnie damska, jednak dzieje się to bardzo powoli. Po pewnym czasie kwiatom zaczynają towarzyszyć nuty drzewne i odrobina miodu, dzięki czemu nie jest już aż tak mdło, ale kwiaty cały czas są na pierwszym miejscu, co niezbyt mi pasuje. W dalszym ciągu Iquitos nie jest też typowym męskim zapachem ani z lat 80., ani z żadnej innej dekady. Ten stan rzeczy trwa dobre kilka godzin. Na szczęście w bazie jest już dużo lepiej, bo kwiaty w dużej mierze ustępują, a w zamian dostajemy wtedy elegancką paczulę z wanilią i odrobiną miodu. Nie ma ani piwnicy, ani nadmiernej słodyczy i wreszcie wszystko pachnie jak należy. Teraz jest to już zdecydowanie męski zapach, który pachnie dużo lepiej niż we wszystkich pozostałych fazach, a składniki są świetnie zbalansowane. Mocno obecny wieczorowy vibe, jest trochę knajpiano, trochę balowo i trochę randkowo, w każdym razie fabuła płynie raczej powoli, bez specjalnego rollercoastera. Jeden psik utrzymuje się na ręce bite 24h, a trwałość przez pierwszą godzinę jest zabójcza. Później trochę się uspokaja, ale na pewno nie przejdziemy niezauważeni mając na sobie te perfumy.


Iquitos jest dziś prawdziwym oryginałem, poza tym chyba nie ma takiej osoby, na której to zwierzęce intro nie zrobiłoby wrażenia. Nie jest to jednak coś, co kocham i kiedykolwiek pokocham, na szczęście piękny drydown ratuje ten zapach. Natknąłem się na czyjeś spostrzeżenie, że te perfumy mogłyby odzwierciedlać pościel, na której zmieszały się zapachy Alaina Delona i jego kobiety i ma to sporo sensu, szczególnie w końcowych etapach czuć takie przenikanie się dwóch temperamentów. Polecam wszystkim ekscentrykom i osobnikom, którzy nie umieją i nie chcą się dostosować do rzeczywistości lat współczesnych


Trwałość - 9/10


Projekcja - 7.5/10


Zapach - 5.5/10


Overall - 6/10


#perfumy #recenzjeperfum

5d77343a-c98b-40e0-89af-a45aa87750e5

@ucho_igielne piekna męska róża. Otwarcie jest troszke szyprowe ale bez przesady. Mam zapas 4 miniatur, niestety duża flaszka nie do dostania.

Zaloguj się aby komentować

Szanowni Państwo,


z racji zaskakująco niskiej frekwencji w konkursie @CheemsFBI postanowiłem dołączyć do zabawy z dwóch powodów. Po pierwsze przykro mi, że mimo długiego terminu i kuszącej nagrody, którą funduje @Qtafonix tak mało osób bierze udział, a po drugie mała konkurencja daje mi iskierkę nadziei na wygraną ( ͡° ͜ʖ ͡°) Szkoda, że z (jeśli dobrze pamiętam) 3 lub 4 tysięcy obserwujących tag #perfumy na wykopie tak mało z aktywnych użytkowników trafiło tutaj, liczę że to się zmieni i dokładam swoją cegiełkę do budowy tagu na nowym portalu z moją próbą wkładu w #recenzjeperfum .


WSTĘP fabularny (dla fanów #schizofrenicyzfragrantiki z wykopu), dlaczego dziś taka recenzja , niecierpliwi mogą pominąć ( ͡~ ͜ʖ ͡°)


Dzisiejszy dzień rozpoczął się tak jak zwykle. Nastawione kilka budzików na ranną, lecz nie tak wczesną jak w środku tygodnia porę, zniknęły odbijając się gdzieś głuchym echem wraz z ambitnymi planami załatwienia wszystkiego rano, aby niedzielne popołudnie spędzić na odpoczynku. Przy wyjściu z łóżka, ciało wprawione w ruch jakby zrzuciło z siebie, niczym warstwę kurzu, ostatni podmuch ulepa zarzuconego wczoraj na spotkanie ze znajomymi. Wczorajszy zapach trafił w gusta otoczenia, dodał mi pewności siebie, ale mówiąc szczerze, czułem się w nim jak w masce. Takich zapachów nie chcę recenzować. Dziś, będąc już zupełnie sobą, już trzeźwy - spojrzałem w lustro - a przynajmniej już nie pijany, zmęczony i chcący odpocząć od tego co sztuczne i głośne, miałem ochotę na odrobinę naturalnej świeżości. W wolny dzień nigdy nie spieszę się z wyborem zapachu. Postanowiłem poczekać na inspirację, dając nozdrzom chwilę odpocząć. Po odświeżającym prysznicu zasiadłem do komputera, aby nadrobić trochę pracy, której nie chciało mi się wykonać w tygodniu. Gdy już niemal cieszyłem się, jak bardzo odpowiedzialną i pracowitą osobą jestem, wraz z uciekającym szybko aromatem cytrusowego żelu pod prysznic w moich myślach zaczął pojawiać się głód. Po kilku latach uzależnienia poznawania nowych kreacji zapachowych, nazywanego dla niepoznaki hobby, brak zapachu zaczyna powodować eksplozję myśli na temat tego, co chciałbym w tej chwili poczuć. Im dłużej daję zmysłowi powonienia odpocząć, tym głód zapachowych wrażeń oraz lista zapachowych "zachcianek" jest dłuższa.


Po kilku godzinach pracy wyciągnąłem się wygodnie na fotelu i spojrzałem w bok. W odbiciu witryny dostrzegłem patrzącą się na mnie pewnym siebie wzrokiem postać powoli łysiejącego 30 latka z przystrzyżoną krótko brodą, wyraźnym, trochę dłuższym wąsem, owłosionym jak małpa torsem i najlepszym "dad bod" na Śląsku. Nie dla mnie ulepy ani sportowe zapachy dla dynamiczniaków. Stałem się dziadem i dobrze mi z tym. Daleko mi do kryzysu wieku średniego, gdzie czterdziestolatkowie pajacują, starając się upodobnić do dwudziestolatków, nosząc krzykliwe ciuchy i dorabiając się kolejnej przepukliny na siłowni. Ja się zakończeniem poprzedniej dekady bawię, śmieję się i cieszę z doświadczenia, a przynajmniej teraz mogę z czystym sumieniem nosić perfumy, które na fragrantice ludzie określają "zapach wyłącznie dla facetów po trzydziestce" i podawać prawdziwe dane przy zamówieniu ( ͡~ ͜ʖ ͡°)


RECENZJA


Gdy w niedzielny poranek za oknem spostrzegłem brązowe, gnijące liście na ziemi, z nieba lekko padał deszcz a na parapecie powitała mnie moja paprotka #pdk, wiedziałem już, że praktykowany przeze mnie zwyczaj "Niedziela - dzień 'dziada' " to będzie strzał w dziesiątkę.


Bohaterem dzisiejszej recenzji jest nie kto inny a Paco Rabanne pour homme, zapach z 1973 roku, stworzony przez Jean Martel.


Po aplikacji wspomnianego dziada, w nozdrza uderza fala ziołowego terroru. Nie jest to lekko ziołowy akord, otwarcie tej kompozycji nie bierze jeńców. W Paco ziołowe otwarcie jest zielone, soczyste, oprócz aptecznego uderzenia ziół wyraźnie poczujecie soczystą miętę, która sprawia, że zapach ten mimo swojej siły nie jest tak migrenogenny jak np zioła i polne kwiaty w otwarciu Versace the Dreamer (nie jest to też typowo leśno-świerkowy dziad typu zielone Polo), a przynajmniej ja to tak odbieram, bo mięty w piramidzie brak - w spisie nut znajdziemy rozmaryn i szałwię oraz brazylijskie drzewo różane. W tle na samym początku głośnego krzyku nut głowy tlą się czekające już w kolejce akordy serca i bazy, zwiastując że jest do zapach dużego kalibru.


Po agresywnym otwarciu, które gwarantuje nam silną dawkę orzeźwienia, ale i drzewnego uderzenia, na pierwszy plan wciska się akord serca, nie czekając wcale na zejście otwarcia ze sceny. Głośny duet, typowy dla zapachów z tamtej ery, lawenda i geranium, wchodzą na scenę kradnąc show, a publiczność uspokaja się czując znajome klimaty. Lawenda, jakby suszona, łączy się ze świeżością ziół i wraz z geranium roztaczają wokoło uczucie relaksu, rozluźnienia i spokoju ducha. Gdy nuty głowy w postaci ziół oddalają się ze sceny, niewymieniona w spisie nut mięta jakby nadal jest obecna co jest wielkim zaskoczeniem (mięta zazwyczaj jako pierwsza wymięka) i wraz z lawendą witają w świetle reflektorów piżmo, które już od otwarcia cicho zaznaczało swoją obecność wychylając się lekko zza kurtyny. Połączenie piżma, lawendy, geranium i resztek ziół/mięty sprawia, że całość pachnie robi się dosyć mydlana, słodkawa ale wciąż bardzo świeża. Jest to mydlany efekt typu tego jak w Kourosie, ale absolutnie bez żadnych kloacznych aspektów, więc nie powinien nikogo odrzucić, tak jak Król wykręca niewprawione nosy. Po prostu czyste mydło w bardzo przestrzennym, naturalnym, leśnym wydaniu, które po jakimś czasie staje się lekko słodkawe za sprawą tonki, która nie ma nic wspólnego z jej obliczem znanym z ulepów. Jest to po prostu lekko słodkawy dodatek do całości, zabieg znany w fougere za sprawą kumaryny otrzymywanej z tonki, która ma słomiano-słodkawy zapach. Gdy na scenę, zniecierpliwiony, ruszając już od dłuższego czasu kurtyną wpada miód i mech dębowy, wiemy, że przedstawienie kłania się ku długiemu finałowi spektaklu.


Na etapie przejścia z serca do bazy dzieje się magia. W chwili gdy to piszę, właśnie się tym fragmentem kompozycji delektuję.


Wyobraźcie sobie, że ziołowy miks, który przypomina miętę, utrzymuje się aż do samej bazy. W bazie wyłania się piękna, naturalna słodycz miodu dopełniająca tę i tak już bogatą kompozycję. Do tego przestrzenność aromatu bursztynu i klasyczna woń mchu dębowego znanego w starej męskiej szkole perfumiarstwa sprawiają, że mimo słodyczy, zapach do końca jest zapachem z jajami. Myślę, że najlepsze w tym zapachu jest to, że spektakl nie kończy się dialogiem aktorów, którzy pojawili się na scenie jako ostatni. Ze sceny zeszli tylko gorzko-ziołowi statyści z otwarcia, a do samego końca trwania zapachu będziemy czuli miętowy wydźwięk połączenia szałwi i geranium; wyraźną, męską lawendę; delikatnie osłodzone tonką piżmo, mieszające się w przepysznym koktajlu zioło-miodowym. Jest świeżo, czysto, słodko, męsko i trwa to przez dobre kilka godzin.


Kurtyna.


PODSUMOWANIE


Jest to taki uśredniony zapach z rodziny fougere, idzie od standardowej lawendy i mchu dębowego trochę w stronę ziołową, leśną, trochę mydlaną, trochę słodkawą. Ma wszystko to, co jest charakterystyczne dla zapachów aramotyczno-fougere. Gdyby jeszcze miał kolońskie cytrusy, to byłby to chyba idealny zapach paprociowy.


Podsumowując, zapach Paco Rabanne pour homme był dla mnie wielkim, pozytywnym zaskoczeniem. Pamiętam pierwszy test, gdzie zapodałem globala w upalny dzień, remontując mieszkanie przed przeprowadzką. Zapodany po południu dodał mi upragnionego orzeźwienia, a przy zachodzie słońca uraczył ziołowo-mydlano-miodowym finiszem. Wtedy wydawał mi się bardziej zielony, teraz wyczuwam w nim przede wszystkim miętowo-ziołową lawendę i słodkawe elementy bazy. Po wypsikaniu 2ml próbki od razu kupiłem flaszkę. Używam jej jako taki zapach do poprawienia nastroju w wolny dzień lub spacer, który wiem, że spędzę sam, z racji że jest to zapach dosyć niedzisiejszy, ale trafia w moje gusta bardzo celnie i powoduje uśmiech na mojej twarzy. W cenie testera niewiele ponad 100zł jest to moim zdaniem pozycja obowiązkowa dla wielbicieli zapachów z ubiegłego stulecia.


Ocena:


Zapach: 9,5/10 (byłoby 10, gdyby nie te ostre 5-10 minut otwarcia, z cytrusami w otwarciu dałbym 10/10)


Trwałość: 8/10 (nie jest to żadna bestia, oceniam wysoko, bo utrzymuje się naprawdę długo jak na ten typ zapachu)


Projekcja: 7/10 (ciężko mi ocenić, bo zazwyczaj zakładam w samotności, ale raz siostra wyczuła przez cały pokój)


Ocena ogólna: 8/10


Miałem się porwać na przegląd kilkunastu pozycji z rodziny fougere, ale to kiedy indziej, jak przyjedzie do mnie jeszcze Houbigant Fougere Royale. Jako typowy prokrastynator zabieram się do pracy zaraz przed deadline'm, mam nadzieję, że ktoś to zdąży przeczytać Jeśli są chętni na recenzje w postaci krótkiego i zwięzłego przeglądu tzw paprociowców to dajcie znać

05b9bf6a-3ec7-4214-bbce-d67d3e713a45
a14e663b-c8b3-42d3-8dfa-b688340b7d83

@RumClapton Fajna lektura, miło widzieć trochę ruchu i napracowanko. Doceniam też że kolega nie wziął leków po to, by móc napisać wstęp fabularny ( ͡° ͜ʖ ͡°)

@RumClapton przeczytałem ten tekst i czuję tego dziada, czuję od Ciebie dziada i sam czuję się dziadem.

Nie tak chciałem zakończyć tę niedzielę, przyznam szczerze.

Zaloguj się aby komentować

Miałem coś naskrobać to na szybko jest.


Dziś na tapetę wchodzi znany i lubiany Chanel Coromandel w wersji EDP.


Zapach kategoryzowany raz jako damski raz jako unisex, także miłośnicy POTĘŻNEGO MĘSKIEGO !!!!11111!!! KOURSA mogą już zakończyć czytanie.


W otwarciu mamy przez krótką chwile cytrusy z dodatkiem aldehydów. Aldehydy potrafią dawać efekt starej baby czego tutaj całe szczęście nie uświadczymy. Otwarcie trwa krótko i nie ma zbytnio nad czym się tutaj rozwodzić. Jest przyjemnie, intensywnie i w pełnie noszalne.


Po tej krótkiej chwili do akcji wchodzi patchulia w dużej ilości. Jest lekko ziemista, mokra i jednocześnie przyjemna. Nie ma tu efektu trupa (pozdrawiam Encre Noire) ani innych ziemi po zwiędłych kwiatach na grobie podczas deszczu. Jest "ziemiście", ale w pełni użytkowo.


Po krótkiej chwili do patchuli dochodzi akord białej czekolady i w tym momencie robi się krótko ujmując- wykurwiście. Zapach łączy w sobie białą czekoladę z wanilią i odrobiną wanilii. W międzyczasie patchulia w tle uspokaja słodycz przez co nie mamy efektu ulepa, a raczej czegoś na wzór wytrwanej białej czekolady. Kupcie sobie jakąś drogą białą czekoladę (o ile uda sie znaleźć bo bywa z tym ciężko bo biała czekolada to zbrodnia według wielu osób) i ją powąchajcie. W tle majaczy gdzieś lekko kadzidło które również uspokaja zapędy ulepowe.


Kiedyś widziałem opinie, że zapach jest połączeniem skórki sera pleśniowego i białej czekolady xD Patchulia faktycznie może dawać taki efekt w połączeniu z białą czekoladą.


Problemem Coromandela jest to, że przez swój mocno damski charakter czasem ciężko znaleźć okazje do użycia. Kiedyś w korpo usłyszałem "Ale pięknie pachnie damskimi perfumami" także zapach jest cudowny, natomiast trzeba się "odważyć" żeby go użyć. Jako facet powiem tyle, że laski oceniają go mega pozytywnie. Nie polecam na męskie wieczory bo uznają was za pedała xD.


Parametry świetne pomimo tego, że to Chanel xD Cały dzień do prysznica z silną projekcją przez dobre 5h. Atomizer zapodaje duże chmury także 3 strzały i dniówka z bani. Cenowo nie ma szans na żadne promki ponieważ zapach dostępny jest tylko u źródła jako kolekcja butikowa. 860 za 75ml bądź też 1580 za 200ml. Ja mam 200ml (flakon wygląda jak Phill Colins z TPB bo jest ulany xD ścianki wypchane do zewnątrz) to wystarczy mi na jakieś dwa życia z racji parametrów. Karton w stylu Sauvage Elixir czyli nakładany z góry z ładną podstawką. Za taką cenę mogłoby być trochę lepiej, ale nie ma wstydu w postawieniu tego na półce.


Podsumowując kupować i bzikać bo Trzy razy damskimi perfumami to nie pedał, a co weekend sie zeruje.


#perfumy#recenzjeperfum


Zapach: 10/10


Trwałość: 9/10


Projekcja: 9/10

cb6b83e5-1194-412a-a845-8485f6db5935

@Krystyna337 Bardzo lubię ten zapach, jednak parametry na mnie są takie, że nie dałbym więcej niż 5-6/10, ogólnie Chanel na mnie słabo trzymają. Ale zapach fajny, zapodaję sobie sam w domu, bo rzeczywiście aldehydy to raczej dla otoczenia jest "stara baba vibe". co nie zmienia faktu, że taki szypr z białą czekoladą to super połączenie

Zaloguj się aby komentować

Proszę nie robić sobie ze mnie żartów i wyskakiwać z recenzjami na konkurs. Mam na ten moment trzy recenzje, a nagroda jest legancka tego. Zapraszam jednocześnie do lektury, bo chłop się babskimi psika, śmiechu warte. ( ͡° ͜ʖ ͡°)


Sporo w internecie pozytywnych opinii o Al Haramain Rawaa i tym jaki super jest to klon CH Good Girl. Jakiś czas polowałem na ten zapach dla dziewczyny i nawet nie zastanawiałem się, gdy Anetka wrzuciła za grosze rozpakowany egzemplarz. Co mnie natchnęło do pisania o tak udanym klonie? Od zakupu minął miesiąc albo dwa, a flakon stoi zakurzony…


Karton został wyrzucony, więc muszę pominąć ten fragment opisu. Sam flakon jest bardzo solidny, a korek ciężki. Szarfa z nazwą perfum przymocowana jest na stałe. Mimo ciemnego gradientu na szkle bardzo łatwo można dostrzec poziom soku wewnątrz. Ogólnie całość prezentuje się bardzo ładnie i zastrzeżenia mam tylko do korka. Nie trzyma się on dobrze i podnoszenie flakonu za zatyczkę skończy się na 100% upuszczeniem flakonu.


W otwarciu dostajemy to, czego się spodziewaliśmy. Jest to dość świeży mix cytrusów z podszyciem migdałów. Kawa zaczyna się pojawiać, gdy cytryna i bergamotka zaczynają znikać. W liście nut nie ma jednak cytrusów. Oryginał je zawiera, ale Al Haramain je pominął w opisie. Rozumiem trochę dlaczego, bo sam bym się do nich nie przyznał. Są bardzo chemiczne. Nie jest to CIF z Armafa, ale spokojnie poziom taniego odświeżacza udało się osiągnąć. Po około 10 minutach Rawaa zmienia się w słodki zapach, w którym czuć głównie białe kwiaty. Tuberoza i jaśmin dominują, a wanilia i kakao są w tle. Dzieje się tu też dużo mniej niż w Good Girl. Mam wrażenie, że brakuje kilku nut, których nie umiem nazwać. Poza dużo prostszą kompozycją Rawaa jest też zapachem dużo mniej krzykliwym. Jest to aspekt, który dla niektórych może być znaczącym plusem. Oryginał potrafi być duszący. Poza otwarciem nie pachnie tanio. Wyłapując Rawaa w powietrzu od razu pomyślałem o Good Girl. Po pierwszym globalu miałem wrażenie, że coś jest lekko inaczej. Dopiero dzisiejszy global z CH na jednym z nadgarstków pozwolił mi wyklarować różnice.


Trwałość jest dobra i spokojnie osiąga 8-9h mając przy tym naprawdę dobrą projekcję przez ponad 2 godziny. Ogon zostaje, ale jest subtelny. U dziewczyny wyniki był odrobinę słabsze, ale nadal bardzo dobre.


Miałem mocno mieszane uczucia pisząc tę recenzję. Głównie dlatego, że nie jestem fanem Caroliny Herrery, a tym bardziej Good Girl. Uważam, że jest to low tier designerów w kwestii jakości składników i kompozycji. Rawaa schodzi jeszcze niżej, ale kosztuje 4 razy mniej…


Zapach: 5/10


Trwałość: 8/10


Projekcja: 7/10


Ocena ogólna 6/10


#perfumy #recenzjeperfum

33f67037-5f79-434b-b3f9-bba931c30f9f

@Ronaldo Uczestniczę w tym procederze ( ͡~ ͜ʖ ͡°)

@Krystyna337 @RumClapton Super! Czas jest do końca niedzieli, więc czekam na recki

Zaloguj się aby komentować

Serwus koledzy i koleżanki z #perfumy Zapraszam na lekturę konkursową #recenzjeperfum - troszkę elaborat się zrobił, pardon


Bvlgari Man In Black to jeden z moich ulubionych zapachów, a wersja Black Cologne to jeden z moich "comfort scent", który często zarzucam po wieczornym prysznicu. W tym roku Bvlgari uraczy nas nowym zapachem ze swojej linii "Man" - Rain Essence. W oczekiwaniu na ten wypust postanowiłem zabrać się za ostatni flanker tej serii:


Bvlgari Man Terrae Essence


Sama nazwa bezpośrednio sugeruje czego możemy się spodziewać po kompozycji Alberto Morillasa. Krótki spiel na boku mojego testera zapowiada bogactwo włoskiej ziemi wcielone w ciepłą, drzewną wetywerię, co będzie uzyskane przy wykorzystaniu skąpanych słońcem cytrusów, nowoczesnych nut korzennych i surowego ziemnego bogactwa. A jak jest rzeczywiście?


Wybór cytrusów jest całkiem nietypowy, wymieniony jest cytron oraz kalamondin. Odkąd mam ten zapach byłem przekonany, że czuję mandarynkę. Teraz przygotowując się do recenzji  postanowiłem się doszkolić na temat drugiego z wymienionych owoców. Jak się okazuje jest to stworzony przez człowieka owoc będący połączeniem kwaśnej mandarynki z kumkwatem japońskim. Czyli skojarzenie z mandarynką jest jak najbardziej uzasadnione. Jeżeli również nie spotkaliście się z kalamondinem w perfumach - żadne zaskoczenie. Obecnie na fragrantice zaledwie dwa zapachy w całej bibliotece mają przypisany ten składnik: Terrae Essence oraz Molinard Citrus Noir (który zdaje się był całkiem niedawno rozbierany na tagu). Cytrusy są soczyste i kwaśne, co nie jest zaskoczeniem, ale wyczuwalna jest też lekka goryczka, jakby ktoś przy zestowaniu zdarł też nieco białej membrany. Cytrusy są skąpane słońcem, a że jest zima i dni są krótkie to i ta faza perfum nie trwa zbyt długo.


Otwarcie płynnie przechodzi do głównej części spektaklu, czyli ziemistej wetywerii. Płynnie, bo zdecydowanie mamy tu do czynienia z wetywerią wydany w kwaśny sposób. Jako że jest to popularna nuta serwowana na różne sposoby, to wybierając kilka znanych zapachów postaram się nieco ukierunkować jak ja odbieram ją w tej kompozycji. Na pewno można zapomnieć o mokrym lesie takim jak Encre Noire czy Sultan Vetiver. Bvlgari nie ściągnie nas brutalnie do parteru byśmy walczyli o życie w podmokłych zaroślach. Nie będzie też na antypodach, którymi jest dla mnie Grey Vetiver. Idąc na łatwiznę można rzucić oczywiście klasyka jakim jest Terre d'Hermes, ale każdy zapach który jest nieco ziemisty będzie o to zakrawał. Mi sposób podania wetywerii przywodzi mi na myśl MAB Encelade, natomiast znacznie przyjemniejszy w odbiorze - kompozycja Bischa powodowała u mnie ból głowy i sprzedałem dekant po jednym teście nadgarstkowym i globalu. Bardzo, ale to bardzo delikatnie może się skojarzyć z Incident Diplomatique, choć to może być kwestia mandarynki użytej w Jovoy. Aspekty ziemiste będą podobne do wetywerii. Nie jest to mokry las, na mój nos jest sucho i wytrawnie, może nawet nieco pyliście. Być może ta pylistość to konsekwencja użycia irysa, choć samej nuty nie jestem w stanie wyłapać. Zakładam że pojawił się on żeby nieco wygładzić kompozycję. W głębokim drydownie gdy zapach jest już bliskoskórny przywodzi mi na myśl Xerjoffa Accento.


W kwestii parametrów zapach pozostawia sporo do życzenia, bo wspomniane wyżej skojarzenia z Xerjoffem wychodzą już po 4-5 godzinach. Projekcja również nie jest atautem, typowy średniak, będący po prostu poprawny.


Poza samym zapachem jeszcze kilka słów o prezentacji. Jest to standardowa forma dla linii Bvlgari Man, którą bardzo lubię, a flakony ładnie się prezentują w grupie na półce. Szkło jest grube, dzięki czemu flakon ma odpowiednią wagę dając poczucie jakości. Kolorystyka flakonu pasuje do zapachu i tonu, który obiera kompozycja. Na zdjęciu nie udało mi się tego uchwycić, ale górna część flakonu z logo Bvlgari nie jest jednolita, lecz ma ładny wzór przypominający marmur. Bolączką jest to co w każdym flakonie tej linii - wbudowany atomizer sprawiający tanie wrażenie. Jest chybotliwy (zapewne przez to że jest ruchomy, można go obrócić o 90° blokując możliwość wciśnięcia) i zdarza mu się pryskać strumieniem zamiast chmurą.


Cieszy mnie fakt, że takie zapachy powstają w świecie tanich designerskich linii popularnych marek. Nie wróżę mu jednak sukcesów i czuję że prędzej czy później zostanie on wycofany, bo nie uważam by trafił on w gusta większości odwiedzających drogerie. W świecie mocno powtarzalnych niebieskich zapachów i karmelowo-tonkowych mass pleaserów wypuszczenie takiego zapachu niesie za sobą powiew świeżości. Z tą świeżością jest jednak pewne "ale". Wchodząc w sekcję podobnych zapachów na fragrantice, poza Terre d'Hermes, szybko zatoczymy okrążenie złożone z Gucci Guilty Absolute, Philipp Plein No Limit$ i Dark Lord Kiliana. Wszystkie te zapachy łączy nos, bo wyszły one spod Morillasa, podobnie jak Bvlgari. Więc o ile faktycznie wypuszczenie takiego zapachu jak najbardziej pochwalam, to ta wtórność i odgrzewanie przepisu przez perfumiarza źle mi leży i wpłynie na delikatne obniżenie oceny końcowej. 


Zapach: 6,5


Trwałość: 5


Projekcja: 5


Ocena ogólna: 6


Zapach choć nie odkrywczy to jest ciekawy, łatwiej się nosi od GGA i lubię go zarzucić wiosną. Mimo pewnej wtórności idea Terrae Essence dobrze wpisuje się w mini kolekcję "Essence" w linii Bvlgari Man, którą muszę lepiej poznać. Dotychczas jeszcze nie trafilem w niej na zapach, który by mnie odrzucił. Jeżeli macie jakieś polecenia - bardzo proszę w komentarzach ( ͡° ͜ʖ ͡°)

56307256-0209-4b8e-aa23-87a2e7420ac3

Zaloguj się aby komentować

Siemka,


Czas na kolejną rozbióreczkę z najwyższej póły! Do zgarnięcia unikaty na skalę światową i flakony dla największych deklaracji!


Gwiazdami dzisiejszej kolacji są nastepujące zapachy:


Po rozbiórce ostatniego zapachu od Carolina Herrera zauważyłem że jest jeden którego nie miałem jak powąchąć na żywo, poniewąż jest to exclusive na rynek arabski.


Iris Empire, bo o nich mowa to podpalany irysowiec którego najwięcej łączy z Homme od Aaron Terrace Hughes i ze słynnym DHP. Nie ma tu żadnej szminki, jest delikatna skóra i kakao. Niesamowity przyjemniak który wytrzymał na mojej skórze dobę. Wraz z Saffronem Lazuli to najlepsze dwie pozycje z butikowej linii CH. Zapach jest u nas niespotykany. Na parfumo.net ma go 11 osób ale za każdym razem gdy jest rozbierany na FB na Niszowych (całe trzy razy) znikał w moment.


Drugim zapachem który dziś rozbieram jest magnus opum marki Abdul Samad Al Qurashi czyli "Al Qurashi Blend". Wraz z Safari Extreme to chyba najbardziej znane pozycje ASQ. Jest kwiecisto, jest oudowo, ale profil oudu nie przypomina broń Boże żadnej stajni. Tego bym nie przeżył i do momentu poznania ASQ byłem wrogiem oudu który do tej pory kojarzył mi się z obsraną łąką. Piękna całoroczna pozycja którą kupiłem w splashu 150ml. Czuć bogactwo i przepych. Ciekawostka - Blue Sapphire od Boadicea the Victorious jest klonem tego zapachu, tyle że kosztuje ponad 3 razy więcej! Sprawdźcie oceny na parfumo i fragrze. To nie Roja i ich kupne opinie xD.


Trzeci zapach to Broceliande od Sora Dora. Zanim pojawił się na Luxuryforless kupiłem go na własną rękę za 800zł który wtedy wydał się dobrym dealem. Nadal jest, gdyby nie cholerny Lucjan i Jego ceny, dlatego zmniejszam cenę rozlewu.


Pamiętacie Lire od Xerjoffa? Sora Dora to właśnie Lira, ale z dodatkiem cytrusów które dodają zapachowi uroku. Broceliande to całoroczna propozycja dla lubiących propozycje od Xerjoffa. Świetne parametry i duża lotność. Fun fact - ten zapach został skomponowany przez Panie które założyły markę Loumari którą niedawno recenzowałem. Pamiętajcie o konkursie na najlepszą #recenzjeperfum gdzie możecie zgarnąć Discovery Set tej marki!


Astrophil & Stella Amberlievable to słodki bursztynowiec który miał być klonem Amber Stara od Xerjoffa, który faktycznie jest do niego podobny. Jest słodko, półwytrawnie, a cena to 40% retailu! Z racji posiadania Amber Stara zostanę z nim na dłużej a ASA rozleję z flakonem.


Jeśli mowa o Xerjoffach to na rozlanie mam Amber Gold z setu z Rose Gold. Dla wielu to niszowa wersja Gaultier2 pomieszana z DNA Xerjoffa i muszę przyznać że coś w tym jest. Jest ciepło, lekko słodko, migdałowo z odrobiną tytoniu. Niespotykane combo które odlewam również z flakonem dla największej deklaracji. Czuć tu odrobinę "400" i "G2".


1. Carolina Herrera - Iris Empire 10zl/ml (50ml)


https://www.fragrantica.com/perfume/Carolina-Herrera/Iris-Empire-62790.html


https://www.parfumo.net/Perfumes/Carolina_Herrera/iris-empire


2. Abdul Samad Al Qurashi - Al Qurashi Blend 10zł/ml (100ml)


https://www.parfumo.net/Perfumes/Abdul_Samad_Al_Qurashi/al-qurashi-blend-eau-de-parfum


https://www.fragrantica.com/perfume/Abdul-Samad-Al-Qurashi/Al-Qurashi-Blend-21286.html


3. Sora Dora - Broceliande 13zł/ml (50ml + f)


https://www.parfumo.net/Perfumes/sora-dora/broceliande


https://www.fragrantica.com/perfume/Sora-Dora/Broceliande-75823.html


4. Astrophil&Stella - Amberlievable 6,5zł/ml (50ml + f)


https://www.parfumo.net/Perfumes/astrophil-stella/amberlievable


https://www.fragrantica.com/perfume/Astrophil-Stella/Amberlievable-63999.html


5. Xerjoff - Amber Gold 16zł/ml (50ml + f)


https://www.parfumo.net/Perfumes/Xerjoff/amber-gold


https://www.fragrantica.com/perfume/Xerjoff/Amber-Gold-52434.html


Rozlewam od 5ml wzwyż.


Wysyłka OLX + Blik.


Do kosztów doliczam cenę koperty bąbelkowej (1zł doliczone do OLXa)


Mam tylko szkła 10ml od Emcor. Do środka wchodzi 12-13ml więc Wasze "5" mogą wydawać się skromne ale nie bójta się. Leję tyle ile zamówita


#perfumy #rozbiorka

Zaloguj się aby komentować

Przypominam o konkursie i sam dorzucam cegiełkę do #recenzjeperfum . Po tygodniu odzyskałem w pełni węch i mogę w końcu podzielić się przemyśleniami na temat Maison Alhambra Kismet Angel. Maison Alhambra pada w poście po raz ostatni, bo uważam tę nazwę za wieśniacki koszmarek bez odrobiny stylu. ( ͡° ͜ʖ ͡°)


Zarys powstania perfum jest na pewno wszystkim dobrze znany. Od premiery Angels' Share arab siedział i mieszał (wiadomo czym) składniki w glinianym dzbanie, aż uznał, że jest wystarczająco blisko. Jestem sadystą i dopiero na koniec zdradzę czy miał on rację wydając już Kismet Angel.


Karton, w który zapakowany jest Kismet Angel, przypomina ten od Kiliana. Wykonany jest solidnie i ładnie wtapia się w tłum pośród podobnie otwieranych PdM, Amouage czy Roja. Zaokrąglony flakon również nawiązuje do AS, ale nie posiada żadnych zdobień. Metalowa tabliczka z nazwą w przypadku mojego egzemplarza nie odstaje, ale zdarzają się z tym problemy. Korek jest w 100% plastikowy i lekki. Czuć od niego taniością, ale trzyma się mocno i spokojnie można za niego podnosić flakon. Sam atomizer jest przyzwoity.


Jak to pachnie? Pierwsze sekundy czuć niestety tanie alkoholowe otwarcie. Na szczęście w moment zapach się uspokaja i zaczyna pachnieć tak, jak powinien. Tym razem za sprawą koniaku jest słodko i alkoholowo. Perfumy są bardzo boozy, a po chwili zaczynają dołączać inne nuty. Głównie cynamon, który sprawia, że mamy lekko szarlotkowy vibe. Słowo lekko jest ważne w kontekście ostatniego fragmentu recenzji. Poza szarlotką mamy też drugi łatwo wyczuwalny deser. Pralina znajdująca się na liście nut pachnie bardzo podobnie jak w Khamrah. Mamy też nutkę miodu, ale jest ona lekko schowana i raczej uzupełnia całą kompozycję. Na liście nie ma za to żadnych nut drzewnych. Jest to dość dziwne, bo coś tam czuć. Mają jednak podobne zadanie jak miód i stanowią dla niego przeciwwagę. Poza otwarciem, o którym wspomniałem, perfumy nie pachną syntetycznie, ani tanio. Sam blend też jest dobry. Dla mnie Kismet Angel jest w 100% unisexem.


Trwałość jest przyzwoita. Od użycia do przejścia zapachu w bliskoskórny mija 6-7 godzin. Pierwsze półtorej godziny projekcja jest dobra, przez pozostały czas jest przeciętnie. Ciężko jest go skrytykować, ale pochwalić też nie można. Nie wiem niestety skąd tak dobre noty za trwałość i projekcję na fragrze.


Recenzując Lattafa Khamrah, jeszcze na sprzedajnym portalu napisałem, że jest do dobry, tani gourmand, ale kiepski klon Angels' Share. Tym razem mogę powiedzieć szczerze: Kismet Angel to dobry klon Kiliana. Sam profil zapachu jest ładnie odwzorowany. Zapach zmienia się w bardzo podobny sposób. Jeśli chodzi o różnice to Angels' Share jest bardziej szarlotkowy i przy tym bardziej zwiewny i naturalny. Z drugiej strony mamy bardziej pralinowy i lepki Kismet Angel. Jeśli ktoś lubi i zna AS to myślę, że wyłapie, który jest który w nadgarstkowym teście. Nie wyłapie tego natomiast 90% ludzi w otoczeniu.


Mój travel 7,5ml Kiliana się powoli kończy i mając Kismet Angel i tak zamierzam kupić flakon Angels' Share i używać na specjalne okazje.  Kismet Angel to fajna opcja jako zamiennik na co dzień. Jeśli bardzo podoba Ci się Kilian, ale cena jest dla Ciebie nie do przyjęcia, to z Kismet Angel będziesz zadowolony. Mając kasę, bierz oryginał.


Zapach: 8/10


Trwałość: 6/10


Projekcja: 6/10


Ocena ogólna: 7/10


#perfumy

8fe68afc-f2a5-408d-a4cd-c38f3cf76083

Zaloguj się aby komentować

Lorenzo Pazzaglia Evil Angel a.k.a. 28.09


Ostatnim razem recenzja miała negatywny wydźwięk, ale na walentynki warto pokazać miłość


Lorenzo Pazzaglia to dosyć kontrowersyjna marka. Wiele osób krytykuje za „chemiczną bazę”, którą sam miałem okazję poczuć chociażby w serii z -Sea w nazwie. Natomiast takie perfumy jak Van Phyr Rum czy Carbonara są raczej na osobnym biegunie. Evil Angel jest chyba najbardziej niedocenianym zapachem z całej serii patrząc na to jak bije na głowę niekiedy świetne kompozycje tej firmy. Co widać było chociażby w ostatnim głosowaniu na najlepszy zapach 2022 roku (w ogóle nie był nominowany, prawdopodobnie byłem jedyną osobą, która wymieniła te perfumy).


Polecam rzucić okiem na składniki, które wypisują na fragrantice. Może widziałem ze 2-3 zapachy, które miały podobną ilość. O ile to jest prawda ( ͡° ͜ʖ ͡°)


Pierwszy psik skojarzył mi się z zegarkiem z cukierków. I co ciekawe, nie było to negatywne odczucie. Masa owoców, z których wyczułem limonkę, mango, prawdopodobnie też gruszkę. Trochę z tym zegarkiem związane może być późniejsze wyczucie Hubba Bubby, ale nie jest to Invictusowy sztuczny zapach. Kojarzą się te fazy ze smakami dzieciństwa, ale nie są nimi.


Po 10-15 minutach zapach zaczyna być lekko kremowy i wanilia zaczyna wdzierać się do grona nut, które byłem w stanie wyodrębnić. Kompozycja jest słodka, ale bardzo tropikalna, kojarzy się od tego momentu tylko z plażą na Hawajach. Im dalej idziemy dochodzi rum a w pogoni za nim przedziera się mięta, która dodaje dużo świeżości (możliwe, że kolejne skojarzenia z gumą się pojawiają). Mimo połączenia owoców z tymi dwoma składnikami, nie ma się uczucia, że tak pachnie jakiś drink. W tle jeszcze wybrzmiewa jakiś drzewny aromat, ale nie jestem w stanie wyczuć co to konkretnie jest przez dominację innych elementów kompozycji.  


Po kilku godzinach owoce i mięta dają szansę na przebicie się cynamonu wymieszanego z wanilią i alkoholem. Zapach staje się bardziej wytrawny, subtelniejszy, kremowy (w porównaniu z tym, co było wcześniej). Im dalej w las, tym większa dominacja wanilii, która nie jest tak słodka przez miętę, rum i cynamon. 7-8 godzin od pierwszego psika mamy już ugruntowanego lidera. Wanilia nie jest słodka, jest dosyć świeża, totalnie dominująca. I tak idzie aż do końca.


Projekcja jest silna przez 3-4 godziny; tak do 8-9 godzin mam wrażenie, że jeszcze jakoś fajniej jest wyczuwalny, ale po tym czasie nie jest to „skin scent”. Trwałość oceniam na 12 godzin, możliwe, że dla niektórych to będzie minimum (wydaje mi się, że miałem lepszy czas, ale ta liczba jest bardzo uczciwa). Czyli w praktyce z rana założysz, wieczorem będzie jeszcze czuć


Co ciekawe, dalej ma człowiek wrażenie, że jest to zapach sprawdzający się na wysokie upały. Testowałem w zeszłe lato, dorwałem po drodze flakon i po wielu testach uważam, że właśnie kiedy jest cieplej to kompozycja lepiej wybrzmiewa. Taki marzec-wrzesień to najlepszy przedział.


Porównania Evil Angel do Erba Pura – nie ma. Nic a nic. Mam Erbę, jest owoce idą w zupełnie innym kierunku. Nie ma sensu rozbudowywać tematu, Evil Angel jest po prostu oryginalną kompozycją. Z tej dwójki Erba Pura (którą lubię) jest gorsza.


Evil Angel wyróżnia się tym, że w swojej słodkości wydobywanej z masy owocowej stara się balansować cięższymi zapachami w stylu rumu czy drzewnej otoczki. Te cięższe zapachy stara się łagodzić nadając im świeżości (jak chociażby mięta), a żeby nie było za lekko, to dodaje jeszcze kremowości, która wychodzi od wanilii. Jest tam tak dużo składników, że konia z rzędem temu, który rozpozna je wszystkie. Wskoczył do mojego top 10, a możliwe że jakbym się bardzo poważnie zastanowił, to może nawet top 5. Tego typu perfumy dają nadzieję na przyszłość. Co jakiś czas tracimy świetne kompozycje, lecz dalej perfumiarze są w stanie robić perełki pokroju Evil Angel. Mnie urzekł totalnie


Zapach: 9,5/10


Trwałość: 9,5/10


Projekcja: 9/10


Ocena ogólna: 9,5/10


#perfumy  #recenzjeperfum

1b0b15b9-b442-4d8b-87c8-9013716bf0e8

@odjutraodwyk neutralny płciowo, może z lekkim skrętem w męską stronę. Charakter nieco w stylu Roji Enigma, jednak bez typowo męskich nut.

@Krystyna337 dla mnie z tych 4 to ranking wygląda Evil Angel, Van Pyr Rhum, Cherry Ink, długo nic, Black Sea


@odjutraodwyk - dokładnie jak @PanNadine napisał. Z tym że trochę Enigma idzie w stronę Coca Coli przez co nie kojarzy mi się z tym, bo EA jest bardzo tropikalne. Natomiast bardziej bym widział na facecie niż kobiecie

Zaloguj się aby komentować

Dzisiejszy panel poświęcę BeauFort London Iron Duke .


Moja przygoda na tagu zaczęła się 4 miesiące temu i początkowo szukałem po nutach zapachu, który odzwierciedliłby moje zamiłowanie do ciężkich, dymnych, torfowych trunków. Zapach z przewagą dymu uzupełniony skórą, rumem i tytoniem wydawał się dobrym kandydatem.


Warto również wspomnieć, że twórcą marki BeauFort London jest Leo Crabtree - koncertowy perkusista zespołu The Prodigy, a za samym zapachem stoi Julie Dunkley.


Pierwszy kontakt z zapachem umożliwił sampel z Lulua. 0,5 ml to jednak trochę mało by wyrobić sobie opinie o zapachu i się z nim obyć. Promocja na testery w Luxury spadła mi z nieba i bez zastanowienia złożyłem zamówienie.


Prezentacja


Flakon o wiele lepiej prezentuje się na zdjęciu. Pierwsze zaskoczenie, to waga flakonu. Jest on bardzo lekki, został on wykonany z cienkiego szkła. W przypadku Iron Duke jest ono półprzezroczyste i widać poziom soku. Jest to praktyczne rozwiązanie, ale charakterystyka zapachu i zdjęcia poglądowe sugerowały, że jest on całkowicie czarny. Łepek atomizera został wykonany z bardzo cienkiego aluminium, które w dłoni wygina się jak plastelina, trzeba bardzo ostrożnie się z nim obchodzić podczas odlewania by nie doszło do uszkodzeń - nie spodziewałem się tego po niszy. Do drewnianego korka nie mam zastrzeżeń.


Wizerunek konia na flakonie może również sugerować obecność animalnych nut i skóry, ale o tym za chwilę.


Zapach


Otwarcie uderza obfitym dymem w akompaniamencie lekko słodkiego alkoholu. Po chwili dochodzi zapach wysokiej jakości tytoniu. Sam dym sprawia wrażenie ozoniczno-metalicznego. Nie jest 'zaciągnięty' ani kadzidłem, ani kiszonką (Vi Et Armis), ani mięsną wędzonką (CdG Black). Może to właśnie atrybuty prochu strzelniczego? Ciężko doszukać się czegokolwiek syntetycznego w tym zapachu, bije on naturalnością. W następnych fazach pojawia się skóra. Wilgotna, może zamszowa, w towarzystwie nut animalnych znanych mi z Zoologist T-Rex, ale lepiej zbalansowanych, nie wybijających się aż tak przed szereg. Autorka chciała oddać tutaj zapach pasty/mydła do czyszczenia siodeł konnych. Nie mam żadnego doświadczenia z jeździectwem, ale może będzie to cenna wskazówka dla czytających recenzję. W kolejnej fazie nuty animalne wygasają. Bogaty, naturalny tytoń pozostaje z nami do samego końca, a wygładzona w dalszej fazie skóra i dym powoli ulatniają się z kompozycji. Zapach w końcowej fazie staje się bardziej słodki.


Parametry zapachu oceniam na bardzo dobre. Oczywiście wpływa na to fakt, że taki zapach nie może się wtopić w żadne mi znane otoczenie. Psik na rękę daje o sobie znać nawet wieczorem podczas wykonywania codziennych czynności.


Dzięki uprzejmości ludzi na tagu miałem okazję zapoznać się z kolejnymi pięcioma zapachami tej marki i Iron Duke określiłbym jako najbardziej noszalny zapach, ex aequo z Phatom V. Coeur De Noir, Rake & Ruin, Vi Et Armis oraz Terror & Magnificence to zapachy wzbudzające skrajne emocje, ale nie wyobrażam sobie zakładania ich na co dzień. Natomiast Iron Duke ani na minutę nie wzbudza u mnie żadnych nieprzyjemnych doznań, niezależnie od fazy.


Podsumowanie


Po recenzjach i opisie wyobrażałem sobie ten zapach jako nocne wyjście w Birmingham do Pubu Garrison w latach 20. zeszłego wieku znanego z serialu Peaky Blinders. Ciężkie, brudne, obfite w alkohol i proch strzelniczy. Jednak po dłuższym obcowaniu z tym zapachem bardziej kojarzy mi się on z późniejszą fazą serialu, gdzie Tommy Shelby zasiada już w Parlamencie i spędza czas w gabinecie w swoim skórzanym, pikowanym fotelu, a jego podwójne życie daje o sobie znać aromatem prochu, którego nie da się pozbyć z przesiąkniętych nim dłoni.


Oceny


zapach: 8/10


trwałość: 8/10


projekcja: 8/10


ocena ogólna: 8/10


Iron Duke to mój pierwszy, świadomy i zaplanowany kontakt z niszą. Flakon na pewno zostanie w mojej kolekcji. Świetnie dopełni atmosferę wieczornego drinka ze znajomym, długi spacer w jesienno-zimowym okresie lub spotkanie przy ognisku. Sam jestem ciekaw czy pokuszę się o takie same konkluzje gdy minie rok od napisania tej recenzji.


Zdjęcie: Jensemann (parfumo.net)


#perfumy #recenzjeperfum

729758d0-70e2-447e-a024-74856a79fe11

Z tych co wymieniłeś, najbardziej polubiłem terror& magificence oraz vi et armis. Najgorzej odbieram coeur de noir i rake & ruin. Iron duke jest gdzieś pomiędzy, ale raczej na plus. Fathom dla mnie z kolei jest zbyt kwiatowy.

Generalnie warto odłożyć na chwilę uprzedzenia i poznać wszystkie.

Zaloguj się aby komentować

Serwus koledzy i koleżanki! Coś ponuro dzisiaj na tagu, a do tego widzę że chyba wszyscy zapomnieli o tym, że trwa druga runda konkursu na #recenzjeperfum


https://www.hejto.pl/wpis/szanowni-panstwo-kochani-moi-deg-deg-odezwal-sie-do-mnie-piekny-kawaler-czlowiek


Albo zapomnieli, albo wszyscy szykują ciężkie działa i klepią swoje Opus Magnum. Miałem wrzucić zbiorczo recenzję wszystkich zapachów które dostałem od @CheemsFBI ale trzeba rozruszać towarzystwo. Nie będzie super szczegółowo bo będą to wrażenia tylko z jednego globala, ale trzeba działać bo się rozleniwiliście ( ͡° ͜ʖ ͡°)


I Vicoli Via Fiori Chiari


Ten zapach poszedł na pierwszy ogień na testy globalne. Jako jeden z dwóch wyglądał na odpowiedniego zawodnika do towarzystwa w chłodny dzień zaczynający się od spaceru. Po pierwszych psikach skojarzył mi się nieco z Nishane Ani. Na pewno nie są to zapachy podobne, ale mają pewną wspólną cechę - intensywne połączenie słodkiej wanilii z cytrusami. W obu zapachach dobrze się sprawdza i sprawiają wrażenie łatwych w odbiorze przez otoczenie. U mnie reakcja różowej była na plus. Ale miała do dodatnia to co i ja zauważyłem, zapach jest dość kobiecy. Jak się okazuje jest to popularna opinia, na fragrantice większość głosów jest na "uniseks", potem odchyla się w damską stronę.


Zapach jest całkiem ładnie zblendowany i mojemu niewyszkolonemu nosowi ciężko wyłapać konkretne nuty. To słodki gourmand, choć wspomniane wcześniej cytrusy dość długo są wyczuwalne. Dość długo, warto powiedzieć, w stosunku do całego zapachu. Bo trwałością zdecydowanie nie grzeszy. Pisząc notatki o 15 miałem za sobą trzy aplikacje od rana. Projekcja jest dobra i nos nie przyzwyczaja się do tego deserowego zapachu, ale to zapach w ogóle na mnie się nie zmienia i nie progresuje.


Mam wrażenie, że zapach zahacza o nurt popularny ostatnio w męskich wypustach designerskich. Słodkie, karmelowe zapachy, z domieszką aromatycznych nut i pora na CSa, patrzę na was Prada Luna Rossa Ocean i JPG Scandal Pour Homme. Tutaj jednak mamy do czynienia z uniseksem w damską stronę, gdzie takie zabiegi są dużo popularniejsze i nie jest to ostatni krzyk mody.


Nie jestem fanem słodkich zapachów i gourmandów, więc I Vicoli Via Fiori Chiari mojego serca nie podbił. Nie winię go, bo z definicji miał pod górkę. Ale z drugiej strony wspomniałem też wyżej że sporo go w ciągu dnia dopsikiwałem. I robiłem to bez grymasu na twarzy, który wskazywałby że muszę bo jak nie, to mnie śmieszny pies z FBI dojedzie. Ładny, ale statyczny i przez to nieco nudnawy, a parametry zdecydowanie grają na jego niekorzyść.


#perfumy

5e90fb7c-f516-46cb-83c0-af11c84e2e48

@minaret Niestety trwałość nie jest mocną stroną tej linii. Jest za to dość ciekawa. Fiori Chiari mi się kojarzy z Oud Delice, tylko w lżejszej wersji. Czekam na recenzje pasty do zębów z Porta Venezia ( ͡° ͜ʖ ͡°)

@CheemsFBI Dziś zarzucony, ale na pewno muszę powtórzyć globala bo dzień miałem dość obłożony i ledwo jakieś notatki skrobnąłem, zdecydowanie za mało żeby ocena była sprawiedliwa, a Wam się opłacało czytać ¯\_(ツ)_/¯

@minaret mam sampelka chiari i zapodałem sobie na global ostatnio. Niestety parametry średnie jak wspomniałeś, ale otwarcie jest super, anyż z pieprzem i może czymś jeszcze tak mnie zakręcił, że aż kichnąłem. Lubię takie rześkie, aromatyczne otwarcia w słodkich zapachach, szkoda, że nie trwa ono dłużej.

Zaloguj się aby komentować

equality. Equality. Fragrances #7


Próbka 4/6 z zestawu “DRZEWO” z House of Merlo.


Niezbyt znany produkt, niezbyt znanej marki, o niskiej średniej ocenie na Fragrze i dużej liczbie dislików. W kontekście powyższego, zaskoczyło mnie, że mi się nawet podoba


W zapachu dominuje kardamon. Bezapelacyjnie gra pierwsze skrzypce ale robi to w sposób przyjemny, nieinwazyjny, i bardzo pociągający. Generalnie lubię ten zapach, nawet bezpośrednio z paczki przypraw Kamisa, więc dla mnie to duży plus.


Oczywiście zapach jest dużo bardziej stonowany niż w paczce z przyprawami xD A tym co go tonuje są nuty owocowo/warzywne (w pierwszej chwili wydawało mi się że czuję jabłko, ale według Fragrantici jest tu marchewka, więc pewnie to Kubuś jabłko-marchewka mi namieszał xD). Oraz jakby… cytrusy? Może nie same cytrusy ale taka kwasowość jakby cytrusowa, bez samego cytrusa… Ciężko mi to opisać, ale to tak jakby zapachy które na myśl przywołują cytrynę, ale nie pachną cytryną xD


Otwarcie zagrało mi na jakiejś strunie wspomnień, przywołując przed oczy moją pracę na obczyźnie, i mimo, że zapach był jakby sztuczny, to jednak taką nagłą melancholię bardzo trudno mi odebrać w sposób negatywny. To jednak skrajnie subiektywna postawa, i coś czego absolutnie nie mogę obiecać potencjalnym przyszłym niuchaczom.


Drugoplanowymi bohaterami spektaklu są białe kwiaty. Zapowiadanego jaśminu nie wyczułem tu wcale (szkoda bo absolutnie kocham ten zapach w zielonej herbacie. Taki offtopic, ale może ktoś poleci mocno Jaśminowe perfumy?), za to faktycznie pojawiła się lilia, coś jakby konwalia, czy nawet biały bez (właściwie lilak).


Projekcja raczej nie jest powalająca, sądzę że potrzeba sporo dobrych strzałów żeby otoczenie mogło zareagować na ten zapach należycie. Trwałość natomiast na dosyć uczciwym poziomie.


Ze względu na wspomnianą kwiatowość, i sam kardamon, perfumy te wydają się bardziej pasować do kobiet.


Nie ogarniam dlaczego ten zapach trafił do kategorii DRZEWO, bo praktycznie go tu nie widzę. Nie wydaje się to też być widzimisię sklepu, bo na Fragrantice również w rozpisce dominują nuty drzewne… Na upartego mogę powiedzieć że w otwarciu było jakieś delikatne tło z wetywerią, ale dla mnie to już pogranicze placebo. No i nie umiem jeszcze wyłapywać tej wetywerii, bo moje Encre Noire jest dopiero w drodze xD Sandałowca też tu nie wyczułem.


Zapach chociaż całkiem w porządku, to jednak nie jest czymś co przekonałoby mnie do zakupu pełnego flakonu. Jest wiele innych przed nim w kolejce.


equality. Equality. Fragrances w sklepie House of Merlo


Fragrantica


#barcolwoncha


#perfumy


#recenzjeperfum

@testowy_test a, ten jaśmin narcotique recenzowałem już, nawet plusa mi zostawiłeś xD recenzja numer #37, wiec przy tej częstotliwości przenoszenia wpisów to rok minie znaim ja na hejto wrzucę :v

Zaloguj się aby komentować

Moi drodzy, chciałbym tylko przypomnieć, że Tomeczek @Sidepartpompadour odlewa piękny zapaszek - Nikos Sculpture Homme - wersja vintage by lancaster.


Moja krótka recenzja - świetnie zblendowana kompozycja, nie czuć tutaj ani odrobiny chemii. Na pierwszy rzut wychodzą nuty kwiatowe, różowa wyłapała dużo cytrusów. Kojarzy mi się z wilgotną polaną z kwiatami albo wilgotnym lasem w trakcie zrywania konwalii. Jest słodko, ale to "słodka świeżość" - pewnie przez tonkę i benzoes. Linearna i niepodbita sztucznie.


Parametrowo jest dobrze (nie zapominajmy, że to letniaczek). Trwałość - 6h, projekcja - 1h mocna, później wyczuwalna przy każdym ruchu. Zachęcam do wypróbowania go zimą, bo wybrzmiewa wybornie. Nie mogę się doczekać testów letnich Wrażenia potęguje cena - 1.50 zł/ml. Przy jakości tego soku, stwierdzam, że to żart. Dlatego zachęcam, jedna z niewielu okazji na poznanie wersji vintage. Brać. Nie żałować!


Jeszcze jedno, Tomeczek odlewa od 30ml w górę ze względu na litrowy baniak i trudności w odciąganiu tego


#perfumy #recenzjeperfum

c14f2d73-2a19-40c1-8a3f-eadef20f9ea9

Fajny, do popsikania w kiblu po wysokobiałkowej anihilacji muszli klozetowej - w sensie wypowiadam się o wersji nie-vintage, ale nie przypuszczam żeby DNA było aż tak zmienione.

Zaloguj się aby komentować

Wood Elementals #6


Próbka 3/6 z zestawu “DRZEWO” z House of Merlo.


Po dwóch nie do końca udanych zapachach z tego woreczka, wreszcie zła passa zostaje przełamana!


W otwarciu przyjemny olejek cedrowy (tak właściwie to czułem tu w otwarciu też pieprz, ale mam wrażenie że to mój nos każde drewno w otwarciu interpretuje właśnie w sposób pieprzny) z delikatnym wsparciem cytrusów (wyraźnie jednak grających jedynie drugie skrzypce) w akompaniamencie aromatów kwiatowych.


Tutaj nie ma wątpliwości dlaczego próbka trafiła do drzewnego zestawiku. Sosnowe nuty cedru parują z niej, aż miło.


Muszę powiedzieć, że jest to naprawdę piękne połączenie, wręcz nie mogłem się tego nawąchać. Dodatkowo trwałość perfum na bardzo porządnym poziomie, praktycznie cały dzień były na mnie silnie wyczuwalne, a i projekcja też bardzo dobra.


W miarę upływu czasu zapach zaczyna objawiać się w sposób bardzo elegancki, dystyngowany, i ciągle dosyć poważny. Myślę że mógłby to być świetny zapach do garnituru, na formalne okazje. Jednocześnie nic nie stoi na przeszkodzie aby ktoś zrobił sobie z niego swój codzienny signature fragrance.


Jakby nie dosyć wysoka cena, i bardzo dziwne voodoo biadolenie o feng shui i pięciu elementach w opisie, to na pewno rozważyłbym flakon. Są to pierwsze perfumy z zestawu DRZEWO jakie z czystym sumieniem mogę polecić.


WOOD EDP w sklepie House of Merlo


Fragrantica


#barcolwoncha


#perfumy


#recenzjeperfum

142a7b05-d768-4a59-bb50-c2c74eae2733

Zaloguj się aby komentować

Beaufort / Vi Et Armis


Vi Et Armis według translatora Google oznacza siłą i bronią. Nazwa jest bardzo trafna, bo perfumy te są mocne, bezpośrednie, wręcz brutalne. Jeśli nie lubisz lub boisz się dymu, to zawróć, bo to nie są perfumy dla Ciebie. Dym jest istotnym elementem kompozycji obecnym przez cały czas jej trwania, a przy tym ciągle ewoluującym.


Bezpośrednio po aplikacji doświadczamy potężnej eksplozji czarnej wędzonej herbaty. Jeśli ktoś z Was pija lapsang souchong to to są właśnie takie klimaty - mocno fermentowane ciemne liście suszone nad dymem z sosnowego drewna. Przez chwilę gdzieś tam migocze jakiś jasny, soczysty owocowy akcent, jednak zanika w ciągu kilku pierwszych minut. Dymny charakter kompozycji dodatkowo pogłębia aromat palonego tytoniu. Jeśli widząc nutę tytoniu masz na myśli słodziaka pokroju Tobacco Vanille, to też zawróć, bo w Vi Et Armis mamy jego zupełnie przeciwne spektrum. W moim odczuciu jest to bardzo dosłowne odwzorowanie zapachu palonej fajki, początkowo odległego, ale stopniowo przybierającego na sile, zupełnie jakbyśmy się zbliżali do osoby pykającej sobie fajkę nabitą cavendishem. Wędzona herbata co prawda nie zanika całkowicie przez długie godziny, ale jej moc powoli słabnie. Wówczas pojawia się wędzonka torfowo-alkoholowa. Nie ukrywam, że torfową whisky polubiłem, jednak przekonałem się do niej całkiem niedawno i nie jestem jakimś jej znawcą. W Vi Et Armis nie czuję jednak morskiej bryzy, wodorostów ani nut szpitalnych charakteryzujących trunki z położonych na wyspie Islay popularnych destylarni takich jak Ardbeg czy Caol Ila. W tym przypadku mam skojarzenia bardziej bezpośrednio torfowe, czy wręcz ogniskowe i mam przed oczami butelkę Finlaggan Eilean Mor. Być może to tylko takie moje wrażenie spotęgowane wyłaniającym się z cienia popiołowo-smolistym brzozowym dziegciem. Żeby nie było tak jednoznacznie dymnie i surowo, to wraz z whisky pojawia się odrobina kremowej, bliżej niezidentyfikowanej słodyczy, która jednak nigdy nie wychodzi na pierwszy plan, a stanowi tylko urozmaicenie kompozycji. Po dobrych kilku godzinach perfumy tracą na mocy, wędzonka przygasa, a baza osiada bliżej skóry, wciąż jednak daje o sobie znać mieszanką tytoniu, drewna, dziegciu i popiołu.


Vi Et Armis są zdecydowanie najtrudniejszymi perfumami w mojej skromnej kolekcji. Kompozycja jest dymna i wyrazista, ale też bogata w niuanse i zmienna. Z jednej strony może wydać się odpychająca, z drugiej - jest też na swój sposób piękna. Poszczególne jej składowe zobrazowane zostały bardzo dosłownie i niesamowicie realistycznie. Moc potężna, projekcja dominująca do tego stopnia, że nie psikam na szyję, z nadgarstków czy łokci zapach jest wystarczająco mocny. Perfumy idealne do biura, pod warunkiem, że idziemy zanieść wypowiedzenie.


#perfumy #recenzjeperfum #smrodysaradonina

47f3883e-09f8-4114-aeed-511e36d612dc

Na mojej skórze większość Bofortów zdominowana jest akordem wędzonki. Na dłuższą metę nie mogłem zdzierżyć. Zbyt artystyczne twory.

Zaloguj się aby komentować

Carner / Botafumeiro


Botafumeiro to najgrzeczniejszy kadzidlak w mojej kolekcji. Stylistycznie perfumy nie są nawet stricte kadzidlane, a ciężar zapachu waha się pomiędzy kadzidlanym, przyprawowym i ambrowym, by ostatecznie przechylić się ku temu ostatniemu. Przyprawowy charakter najbardziej wyczuwalny jest w otwarciu i nadaje go wyrazista i pylista gałka muszkatołowa w towarzystwie pieprzu. Choć zapach został sklasyfikowany jako uniseks, to jednak takie połączenie przypraw kojarzy mi się zdecydowanie męsko. Nie trzeba też długo czekać, by zdać sobie sprawę z faktu, że główna rola w tej sztuce należy jednak do labdanum. I to labdanum zostało podane przepięknie, jest dymno-korzenne, gorzkie i odrobinę słodkawe zarazem, ale bez cienia skojarzeń fizjologicznych. Towarzyszący mu styraks nadaje charakterystycznego aromatu, który osobiście odbieram jako mieszankę owocowych landrynek i spalenizny, a kompozycji dopełnia tląca się przez cały czas trwania zapachu delikatna smużka kościelnego kadzidła. Pewnie myślicie, że znów jakiś smród i killer? Nic z tych rzeczy, wręcz przeciwnie, zapach jest bardzo przystępny wręcz przytulny, trochę słodki, trochę żywiczny, trochę dymny. Nosi się go niezwykle przyjemnie i komfortowo, szczególnie jesienią i zimą, ale pięknie gra również w ciepły wrześniowy wieczór. Wzbudza zainteresowanie i złapał kilka komplementów. I choć Botafumeiro dość mocno przypomina Rouge Bunny Rouge Embers, to nie jest jego klonem, a raczej mógłby być jego słodszym, gładszym i generalnie ugrzecznionym flankerem. Prawie mainstream. Trwałość całodniowa, projekcja przeciętna.


#perfumy #recenzjeperfum #smrodysaradonina


Fotka z mojego parfumo.

96b3f4cb-ca75-43a0-b9b9-4936507d6d6b

Zaloguj się aby komentować

Szanowni Państwo, kochani moi. ( ͡° ͜ʖ ͡°)


Odezwał się do mnie piękny kawaler, człowiek wielu talentów i filantrop: @Qtafonix . Jego propozycja była nie do odrzucenia i z radością mogę poinformować, że rusza kolejna edycja konkursu! ᕦ( ͡° ͜ʖ ͡°)ᕤ


Nagroda jaką ufundował nasz dobroczyńca to oryginalny Discovery Set Loumari. Zawiera on 7 zapachów od Loumari zapakowanych w elegancki firmowy woreczek. Zasady startu pozostają prawie bez zmian. Jest tylko jeden dodatkowy wymóg od sponsora: zwycięzca zrecenzuje otrzymane perfumy. Dla przypomnienia: recenzja musi być nowa, zawierać oceny w skali 0-10 w kategoriach zapach, trwałość, projekcja, ocena ogólna oraz być otagowana jako #perfumy i #recenzjeperfum


Na napisanie recenzji tym razem jest trochę więcej czasu i termin upływa z końcem niedzieli 19.02.2023.


Serdecznie zachęcam do startu!

7271aead-b3e6-4bc2-92de-a2276f6596f4

@CheemsFBI Super, teraz zdążę coś naskrobać Czy zasady obejmują tylko jeden wypust perfum, czy można zrecenzować np całą linię flankerów w hednym wpisie?

@RumClapton Tak, cała linia może być. Mi ten pomysł pasuje, ale musisz przekalkulować czy się sprzeda ogólnie, bo finalnie ankieta zdecyduje. Dla mnie to trochę jakbyś zmienił poziom trudności na hard ( ͡~ ͜ʖ ͡°)

Zaloguj się aby komentować

Chwilę mi to zajęło, ale mamy finałową piątkę i możemy rozpocząć głosowanie.


Dziękuję wszystkim za udział! Poziom był bardzo wysoki i mam nadzieję, że startujący jeszcze nie raz umilą nam czas swoimi recenzjami. Poniżej wrzucam linki do każdego z nominowanych tekstów, gdyby ktoś chciał je sobie przypomnieć przed oddaniem głosu. Za koniec głosowania przyjmuję 23:59 w dniu 02.02.2023.


Zoologist Sacred Scarab by Jurek_Kiler


Orto Parisi Brutus by Barcol


Armani Code Absolu Pour Homme by Si-senior


Amouage Lyric Man by minaret


Xerjoff Naxos by xarr


Teraz umywam ręce i czekam na głos ludu. ( ͡° ͜ʖ ͡°)


#perfumy #recenzjeperfum

02a663a9-6d8e-48b1-b91d-2c3124581390

Najlepsza recenzja to:

42 Głosów

Zaloguj się aby komentować

Żaden ze mnie recenzent ani pisarz, ale jak Pan @CheemsFBI chciał rozruszać towarzystwo i liczył że coś jeszcze będzie wrzucone na #recenzjeperfum to moim obowiązkiem jest walka. Przepraszam za spóźnienie, magisterka mnie powstrzymała. 


Amouage Lyric Man


Mój nos nadal jest plebejski, a o niszę dopiero zacząłem się ocierać, mam nadzieję, że nie skrzywdzę tego zapachu swoimi wypocinami. 


Zapach nie jest nowy, bo w tym roku będzie świętował swoje 15. urodziny. Sporej części naszej społeczności jest też dobrze znany, bo zajął pierwsze miejsce w mistrzostwach na najlepszą różę. Ale myślę że i tak warto poświęcić mu chwilę na napisanie tego tekstu. 


Przed spróbowaniem Lyrica znałem jedynie dwie kompozycje od Amouage. Wiele osób myśląc o Amouage zapewne ma przed oczami zapachy ciężkie, oleiste kadzidlaki na miarę królewskich dworów Sułtana Omanu. Ja też miałem takie wyobrażenie, dlatego niezwykłe było moje zaskoczenie z mojej zakupionej w ciemno butli poszły pierwsze strzały. Kadzidło gdzieś tam w spisie nut może i jest, ale na mój nos daleko, daleko - czy to rzeczywiście Amouage? Dla mnie ten zapach to kąpiel w różanej wodzie, jest czysty i nieco kojarzy mi się z Pradą Amber Pour Homme. Być może to szafran, który łączy oba zapachy. Lyric jest jak kameleon, w niektóre dni potrafi być dzięgiel potrafi wyjść tak mocno, że zapach niemal robi się zielony. W inny ta róża ma niemal czekoladowy charakter, który można skojarzyć z Noir de Noir Toma Forda, aż przecieram oczy nie widząc wymienionej w nutach paczuli (ani słupka "paczulowy" na fragrantice, więc niektórzy skreślą Lyrica na starcie ( ͡° ͜ʖ ͡°)). Ale nigdy, przenigdy mnie ten zapach nie przytłoczył. Połączenie limonki z różą wydaje się być karkołomnym ale Pan Perfumiarz (specjalnie z dużej) Daniel Visentin stworzył połączenie, oczarowuje i pozwala nosić ten zapach niemal bez wysiłku. I tu kolejne pokłony w stronę twórcy, bo zwykle zapachy które są łatwe do ujarzmienia po jakiś czasie mnie nudzą i muszę od nich zrobić przerwę. Lyrica mogę nosić kilka dni z rzędu i ani przez moment nie żałować i myśleć o innym zapachu, który mógłby umilić mi dzień. Zapach jest dla mnie niesamowicie uniwersalny i nie mogę doczekać się lata, bo jeszcze nie miałem okazji sprawdzić go w największe temperatury. A wiem, że na pewno mnie czymś zaskoczy, bo robił to już nie raz. 


Nie od dziś wiadomo że flakony Amouage swoją prostotą robią wrażenie, ale dobór kolorystyki idealnie komponuje się z tym co trzyma w środku. A magnetyczny korek tylko prosi o to, żeby się nim pobawić i sztachnąć się tym fenomenalnym specyfikiem. Prezentacja - perfekcyjna. Gdyby ktoś kazał mi zatrzymać tylko jeden flakon biłbym się z myślami czy to Lyric zajmie to miejsce. Gdybym miał zatrzymać dwa - wiem że Lyric jedno z tych miejsc by zajął.


Nie jest to parametrowy mocarz, jest poprawnie i nie pozostawia niedosytu, że za te pieniądze powinniśmy dostać więcej. Pozwoli cieszyć się zapachem przez cały dzień w biurze, choć są dni, kiedy mój nos się do niego potrafi przyzwyczaić nieco zbyt szybko. Ja na szczęście pracuję zwykle z domu więc bardzo ochoczo dorzucam sobie psiki. 


Zapach: 10


Trwałość: 8


Projekcja: 7 


Ocena ogólna: 10 


Lyric to zdecydowanie najlepszy blind buy mojego, nadal krótkiego, perfumowego życia. Toy Boy zainteresował mnie różą. Lyric sprawił że różę pokochałem i nie mogę się doczekać by spróbować kolejnych kompozycji, które raczą nos tym polaryzującym w świecie męskiej perfumerii kwiatem. 


#perfumy

97672670-4850-4c09-b371-fef841912c70

@minaret Lol, dosłownie wczoraj na jakąś godzinę przed dodaniem tego wpisu myślałem sobie, że Lyric byłby w moim top10 gdybym miał nieograniczony budżet. Teraz wchodzę na hejto, a tu recenzja Lyrica Fajnie się czytało.

@minaret o, to dobrą pamięć masz, ale nie w tym kontekście pisałem o zagęszczaniu ruchów ; jeżeli nie odleję, to też nie będzie rozpaczy, bo takiego soku, to nigdy nie będzie za dużo.

Zaloguj się aby komentować

#perfumy #recenzjeperfum


Liczę, że ktoś jeszcze dołączy do konkursu , a tymczasem wrzucam swój niestartujący tekst. ( ͡~ ͜ʖ ͡°)


Perfumy, które wylosowałem do dzisiejszej recenzji to Trussardi Limitless Shoping via della Spiga . Kompozycja z 2020 roku, która wraz z pięcioma innymi zapachami rozpoczęła nową linię Le Vie Di Milano. Każda pozycja nawiązywała swoją nazwą oraz charakterem do miejsca, które można znaleźć w Mediolanie. Miał to być nowy poziom perfum, do którego wcześniej Trussardi nawet nie aspirowało. Przy tworzeniu recenzowanego zapachu brał udział Quentin Bisch oraz Amelie Jacquin.


Flakon zapakowany jest w wielki karton z minimalistycznym nadrukiem na froncie. Boki oraz tył zdobi symetryczna grafika nawiązująca do lokalizacji związanej z nazwą perfum. Sam flakon jest duży i ciężki. Grube szkło pokryte jest warstwą farby, która zakrywa poziom soku wewnątrz. Na froncie znajduje się skórzana etykieta z wytłoczoną nazwą perfum. Metalowy korek atomizera jest w kształcie głowy charta, symbolu marki. Miłym detalem jest skórzana obroża przyklejona do korka. Praca atomizera jest bez zarzutu.


Zaraz po pierwszym psiknięciu otrzymujemy ogromną dozę dopiero co przekrojonego zielonego jabłka. Dzięki bergamotce otwarcie jest bardzo orzeźwiające, ale od razu można w tle wyłapać również lekką słodycz. Pochodzi ona z bardzo naturalnie pachnącej nuty miodu. Pierwsze kilkanaście minut to ewolucja z ogromnej świeżości do bardzo subtelnej słodyczy. Już na tym etapie można Limitless Shoping via della Spiga nazwać goumandem. Para jabłka i miodu dominuje kompozycje i utrzymuje się przez większą część trwania zapachu. W środkowej fazie pojawiają się łatwo wyczuwalne nuty kwiatowe. One oraz miód sprawiają, że jest już zdecydowanie słodko i jednocześnie kobieco. Zdecydowanie słodko w tym kontekście nadal należy traktować w kategoriach bardzo przyjemnej słodyczy. Nie jest ona przytłaczająca i ulepowata. W tym też momencie perfumy moim zdaniem przestają być unisexem. Droga, którą obierają, już się nie zmienia, aż do głębokiego drydownu. Właśnie, co następuje po środkowej fazie? Jabłko i miód dopiero wtedy ustępują miejsca innym nutom. Słodycz jest już trochę inna i pochodzi z tonki. Piżmo nadaje zapachowi czystości. Nadal obecne są kwiaty, przez które całość nadal ma kobiecy wydźwięk. W skrócie po dobrych 5 godzinach otrzymujemy kwiatowe i słodkie uczucie czystości.


W kwestii trwałości perfum nie mogę mieć zastrzeżeń i oceniam ją na 7 do 8 godzin. Jeśli chodzi o projekcje: pierwsze półtorej godziny jest bardzo dobra. Później jest nadal wyczuwalna, ale już nie zostawiamy za sobą ogona. Spokojnie Limitless Shoping nada się do użytku na co dzień w pracy. Tak jak wspomniałem wcześniej, mimo pozycjonowania perfum przez Trussardi jako neutralne płciowo, ja odbieram je jako zapach damski. Czyli nie będę ich nosił? Bynajmniej, zapach spodobał mi się tak bardzo, że i tak nie raz go zarzucę i będę miał przy tym problem z oderwaniem od siebie nosa.


Bisch stwierdził, że chciał uchwycić subtelność płynnego miodu i jego otulający oraz uzależniający wymiar. Mogę śmiało stwierdzić, że mu się to udało. Gdybym był kobietą, to mógłby to być mój signature scent. Na ten moment Trussardi zaspokaja moje potrzeby związane z miodowym zapachem. Nadal jednak będę polował na Zoologist Bee w dobrej cenie.


Zapach: 9/10


Trwałość: 7/10


Projekcja: 6/10


Ocena ogólna 8/10

de6a03d5-32e6-45e5-ab73-1713dce819dc

Zaloguj się aby komentować