Dziś ukazał się ostatni numer dotychczasowo najstarszej codziennej drukowanej gazety na świecie, austriackiego Wiener Zeitung (będącego oficjalną, rządową gazetą). 320 lat historii i ładna podsumowująca okładka (chociaż brakuje mi 1 Führer ). Niniejszym więc dołącza do najstarszej (od 1645 roku) publikowanej gazety świata, szwedzkiej Post-och Inrikes Tidningar, która od 2007 roku jest dostępna wyłącznie w internecie. Żadne odkrycie, ale trend dla prasy drukowanej jest absolutnie nieubłagany.
Można jeszcze dodać fragment wstępniaka od redakcji:
"To burzliwe czasy dla wysokiej jakości dziennikarstwa. Na coraz większej liczbie platform poważne treści rywalizują o uwagę z fałszywymi wiadomościami, filmikami z kotami i teoriami spiskowymi. W ciągłym zalewie ciekawostek, wysokiej jakości dziennikarstwo tonie się w irytującym wirze krzykliwych obrazów i nagłówków. "Przeczytaj mnie!" "Kliknij mnie!" To dźwięk ze wszystkich kanałów.
Szybki świat nowych mediów to tragiczne równanie nierówności; przerażająca wizja absolutnej medialnej demokracji oddolnej, w której każdy głos liczy się tak samo, niezależnie od jego treści; w której przeciwstawna para prawdy i kłamstwa wkrótce rozpuści się w amorficznym strumieniu danych.
Oprócz kanibalizacji treści, giganci technologiczni podważają finansowe podstawy działalności wydawców (...) pieniądze przepływają do dużych graczy i tabloidów. Zaprzestanie wydawania "Wiener Zeitung" jest więc co najmniej symptomem naszych czasów".
Zapraszamy do krótkiego artykułu "Koniec prasy w Polsce? Setki milionów zł mówią co innego" w którym przytaczamy parę przykładów pokazujących, że branża prasowa jeszcze jest daleka od tego, aby (tu sparafrazujemy) upaść i "sobie głupi łeb rozwalić" . A przy okazji pokazujemy, dlaczego pomimo faktu, że "jest tak źle", to jednak wydawnictwa (poza paroma wyjątkami) wciąż twardo trzymają się papieru (spojler: tak, chodzi o monetyzację).
Nie tylko tematycznie - bo lansuje się byle kretynów - ale głównie warsztatowo.
Wystarczyła dekada żeby artykuły zamieniły się w warianty tytułu przeplatane banałem.
Ciężko się cokolwiek dowiedzieć bo zwykle jest cofnięcie w czasie do historii ziemi a potem 5 razy to samo napisane innymi słowami i w końcu w ostatnim zdaniu przytoczony tytułowy banał.
Paplanina o kretynach "pisana" przez innych kretynów zatwierdzana przez ich przełożonych - kretynów.
Żenujące, że tak wiele redakcji naśladuje te kalekie trendy a młodzież przyjmuje taki stan rzeczy za normalny.
Takie "redakcje" powinny płacić odszkodowanie czytelnikom za kaleczenie przekazu informacyjnego.
Link do szmatławego artykułu tylko dla przykładu, bo tego niestety jest zatrzęsienie.
Już kiedyś wspominałem: w Onecie w 2018 roku było wielkie zebranie o tym, że Onet stawia na merytorykę, koniec z clickbaitami i gównotreściami. Koniec z reklamowaniem niemoralnych produktów, wracamy do dziennikarskich korzeni. Minęła chwila, nagle wszyscy wartościowi ludzie zostali zwolnieni, zostawiono specjalistów od "wyników", naczelnym został pan Bartosz, które generalnie jest pośmiewiskiem w branży odkąd wrócił z Ameryki. I co? Każdy tytuł to clickbait, a na stronie głównej chodzą nawet reklamy z adwordsów o terapiach na włosy i signielkach z okolicy. Algorytm decyduje co ci się wyświetla, żeby złapać kliki, więc czasem artykuły po poważnych zmianach w ustawach wiszą na głównej przez 20 minut, bo są nudniejsze niż artykuł o ruchaniu i źle się klikają. Madejski po tym jak gazeta.pl odłączyła się we wrogiej atmosferze od Wyborczej zmienił ją z portalu pop informacyjnego w Pudelka dla ameb i pozatrudniał tuzy dziennikarstwa takie jak Miziołek, bo wiadomo, że jak artykuł o polityce napisze ktoś z dwucyfrowym IQ, to się będzie fajnie klikać. Szeregowi dziennikarze pracują za dobrą atmosferę i 3/4 pensji z Lidla, więc na dłużej zostają tylko co głupsze dzieciaki. Ot, kapitalizm.