Jadę sobie do #londyn do klubu Black Heart na Camden, pić piwo i oglądać live stream z ostatniego koncertu Black Sabbath ze stadionu Aston Villi w Birmingham.
Jeśli kto jest z Lądka, lubi metal i ma ochotę, niech wpada :)))
@Fly_agaric Biedak siedział na wielki tronie, ledwo się ruszając i coś tam śpiewając, raczej to był tribute dla BS i Ozzyiego niż regularny ich koncert, ale reszta kapel wspaniale! W sieci już są filmiki
@tomwolf siedział, bo nie może stać przez Parkinsona xd Za to wokalnie moim zdaniem zjadł wszystkich, przynajmniej jeżeli chodzi o covery BS. Był w o wiele lepszej formie niż się spodziewałem
Komuś tutaj udało się dorwać bilety? Ktoś już w Birmingham? Ja obszedłem się smakiem, ale dziś dowiedziałem się że będzie dostępny oficjalny stream. Oczywiście płatny niestety. Rozważam kupienie i obejrzenie jutro na TV.
Dzięki #lodz! To był za⁎⁎⁎⁎sty koncert! #dragonforce dowalili do pieca, #epica nadrabiała za⁎⁎⁎⁎stym pogo, ale prawdziwa eksplozja (wink wink) to był #powerwolf!
Przyznam, że bardzo ciężko było mi zdecydować się zarówno w kwestii zespołu, jak i albumu. Koniec końców, padło na Nightwish, a dokładniej Nightwish z Tarją - głównie ze względu na ilość wspomnień jakie ja osobiście wiąże z tym zespołem. End Of En Era jest albumem kulminacyjnym - to po koncercie, który został tam uwieczniony, zespół ogłosił że rozstaje się z Tarją. Dla wielu fanów - w tym mnie, był to de facto koniec Nightwisha. Nie twierdzę że Anette czy Floor są złymi wokalistkami - jednak to wokal Tarjii decydował o klimacie ich muzyki, i po prostu, dla mnie nowy skład był już czymś zupełnie innym.
@maximilianan ja zupełnym przypadkiem tam jadę. Kolega zaproponował rok temu i kupiłem se bilet. Potem zapomniałem i się wczoraj obudziłem, że to w ta niedzielę xD
To niezaprzeczalnie mój ulubiony album spośród szeroko pojętych gatunków ciężkiej muzyki. Tak, jak pisałem wcześniej o QOTSA i ich Songs for the Deaf, Mass VI również jest wydawnictwem definiującym mój gust na tym poletku. Jest wolno, nisko i długo. Strzelam, że fani black metalu powiedzą, że może być wręcz nudno. Ale o mój borze, co tam się dzieje. Wolne i spokojne, czasem nawet prawie-że-drone'owe sekcje, przechodzą w rzeźnię. Mimo, że znam w sumie całość na pamięć, riffy za każdym razem odciskają mi się gdzieś w pamięci i bezwiednie je potem nucę pod wąsem, jakbym właśnie złapał kolejną świeżą zajawkę. I ponownie mimo tego, że to wszystko już doskonale znam, nigdy nie jestem pewien co ta płyta ze mną zrobi, bo bywa tak, że jest motywująca, czasem potrafi oczyścić atmosferę ze złości, ale też jest w stanie dobić, jeśli wyczuje, że coś tam siedzi nieprzepracowanego.
Dla samej Amenry pewnie też był to krok milowy, bo mimo, że we wcześniejszych płytach (zwłaszcza Massach) widać, że wszystko dążyło do takiego brzmienia, dopiero tutaj się to uformowało w pełni. Od 2017 roku czuć klimat tej płyty we wszystkim, co wydali.
Wrzucam wyjątkowo nie jako playlistę, ale jeden materiał, bo tak to powinno być zawsze odtwarzane. Sporo osób będzie pewnie doskonale znać A Solitary Reign, ale może ktoś odkryje na nowo wspaniałą końcówkę Plus Près De Toi albo mojego ulubionego Diakena.
Zauważyłem, że najtrudniej wybrać coś z gatunku, który się dobrze zna i lubi. No po prostu za dużo tego. Zastanawiałem się, czy wrzucić tu Death, czy może coś szwedzkiego albo inną skandynawską siekę, ale nie. Padło na Holenderską kapelę Pestilence. Za gówniarza trafiłem na ich pierwsze płyty i to było dla mojego młodego wewnętrznego beboka giga objawienie. A ta płyta jest z 2009 roku i to na dodatek pierwsza po reaktywacji. Zmiotła mnie, zgniotła, przeżuła i wypluła, a potem jeszcze coś ze mną zrobiła, ale już nie trzeba o tym pisać. Bardzo udany powrót po długiej przerwie. Ciężkie brzmienie, ciężki wokal, najtłustsze sadło z górnej półki. Nie odpuszcza do ostatniego dźwięku.