@Alawarze, śledziłem Twój remont domu, wywalanie kuchni kaflowej, o ile dobrze pamiętam. Rozkminy w kotłowni.
Mi alkohol "pomagał" otumanić się w obliczu pustki ale to tylko otumanienie i to w tej konkretnej chwili otumanienie z gatunku przyjemnych.
Tylko to błędne koło. Samo alko jest silnym depresantem. To tak jakbyś brał leki depresyjne zamiast anty, których skutkiem ubocznym jest chwilowa poprawa nastroju. Czaisz? Gdybyś brał leki antydepresyjne to pojawiłby się wstyd - no jestem czubem, c'nie? Takim certyfikowanym. Tyle że alkohol i inne używki są mniej więcej tym samym, tylko powoli robią z człowieka czuba, do momentu w którym sytuację z wyjściem zaczynają sprawiać silne wrażenie sytuacji bez wyjścia.
Potem weszło benzo i skończyło się marnie.
Rzadko teraz sięgam po alkohol gdy zdałem sobie sprawę w jakim celu sięgałem. Moje życie wbrew mojemu hejtowemu śmieszkowemu emploi jest dość smutne i naznaczone traumami. Mam problem w relacjach z obiema kobietami mojego życia - ukochaną żoną i matką. Próbuję bezsilność jakoś uziemiać, biorę (już teraz) odpowiednie dropsy. Nie mam z kim szczerze porozmawiać, czuję się wyalienowany we własnym domu. Sporą podstawą do tego jest moje usposobienie ale to tylko.jawałek układanki.
Nie jestem abstynencyjnym neofitą. Z rodzaju tych którzy przestają pić a potem brzydzą się i gardzą tym sobą sprzed. To również jest pułapka.
Jedynym wyjściem jest akceptacja siebie połączona z wysiłkiem. I znalezienie oparcia w kimś kto ani nie będzie Ci słodził, ani się litował, ani potępiał ani doradzał jak tu zrobić porządek z innymi. To może być nawet częściowo obca, ale godna zaufania osoba.