Wydawnictwo: nauki społeczne (psychologia, socjologia, itd.)
Ocena: 7/10
Po 24.02.2022 roku narosło na YT "ekspertów" od Rosji i militariów jak grzybów po deszczu. Jak sobie klikniesz i posłuchasz to masz emocje pomieszane z paroma faktami pod tezę. I tyle. Kasa leci, jak i zaproszenia do telewizji. Żeby zrozumieć, jak doszło do wojny na Ukrainie to trzeba, raz, że usiąść na spokojnie to dwa wiedzieć, jakie są jego składowe. I nie chodzi tu znajomość urzędów, bo tych Jurasz to sporo odwiedził. Podobnie jak kawiarni, gdzie miał kontakt z ludźmi i tym, czym nazywamy "Rosja to stan umysłu", np. jak się pchasz w kolejce to znaczy, że jesteś ważny i ochrona ci nie przeszkadza. Życie towarzyskie, rynek motoryzacyjny, stosunek do imigrantów z Kaukazu również znalazły swoje miejsce jak i polska sztuka dyplomacji, którą autor raczej negatywnie ocenia. Książka jest pisana z perspektywy tak z 15-20 lat.
@konik_polanowy Chętnie przeczytam tę książkę, bo zawsze uważałem to, co napisałeś. Też miałem do czynienia z Rosjanami i wiem, że to nie Putin ich "zepsuł". To oni byli sfrustrowani rozpadem ZSRR jak Niemcy Traktatem Wersalskim. Powoli to wszystko gniło w nich i fermentowało, czekali aż wreszcie pojawił się "silny człowiek", który obiecał im naprawić "dziejową niesprawiedliwość". To dokładnie ten sam faszystowski mechanizm.
"Stary" dobry HBek, który mógłby spokojnie robić za kilka pozycji. Te mapy na końcu trochę rażą, ale mnogość bitew łącznie z opisem uzbrojenia, zdrad, postaci i tego, co się działo po tytułowych bitw rekompensuje wszystko.
Powstania śląskie odstawały od reszty naszych zrywów. Zawsze były tak z boku. Warszawskie, czy wielkopolskie jakoś tak bardziej utkwiły w naszym społeczeństwie. Szkoda, bo Korfanty odwalił kawał całkiem dobrej roboty. Podobnie jak i Francuzi, bo bez nich nie udałoby się wszystkie te przedsięwzięcia. I tak też opisuje to autor. W kontekście polityki międzynarodowej. Włosi i w szczególności Anglicy wykazywali większą sympatię i pomoc dla pokonanych całkiem niedawno Niemców. A dlaczego? Ot, co polityka. Zwracają uwagę zbrodnie niemieckie na ludności polskiej na Śląsku, po każdym powstaniu. Katownie, tortury, jak Sowieci. Do tego dochodzi nikła pomoc na początku (w związku z wojną z bolszewikami) od Rzeczpospolitej. Druga strona miała "opiekę" w postaci przemysłowców i ich pieniędzy i weteranów z obu frontów I wojny światowej. Tak więc Korfanty zasługuje na szacunek. Autor jednoznacznie wskazuje (na podstawie dokumentów),że na górze św. Anny szturmu nie było. I nawet ważniejszych jednostek też.
Czy można przeczytać książkę nie podchodząc do tytułowego certyfikatu? Jak masz n lat doświadczenia pracy w cybersecuirty to rzeczy, które tam się znajdują są trywialne. Jest to wersja light materiału do CISSPa. I pod tym kątem to już można po to sięgnąć.
@konik_polanowy dzięki za zagajenie tematu. Widzę, że ISC2 daje możliwość darmowej certyfikacji na tym poziomie plus 50% zniżki na zakup między innymi tej książki.
Czaję się od miesięcy, by zacząć formalizować wiedzę z zakresu cyber security. Dzięki za motywatora!
Książka z 2004 roku. Ale to nie szkodzi, bo nieważne kto aktualnie rządzi to brzmi dokładnie tak samo jak poprzednia ekipa. Nie jest to błąd żaden błąd matrixa. Po prostu inaczej się nie da, np. prowadzić kampanii. W książce zawarte są różne opcje, w których to polityk spotyka się niemal codziennie. Powiedzieć coś trzeba. Ale to musi spełniać kilka zasad: musi być mądrze, konkretnie, rzeczowo i każdemu musi się spodobać. A są lepsze i gorsze wydarzenia. Wodociągi kieleckie są dobrym przykładem.
Tytuł: Współczesne rosyjskie wojska lądowe, 1992-2016
Autor: Mark Galeotti
Kategoria: militaria, wojskowość
Ocena: 7/10
Książkę, a raczej książeczkę, z 2015 roku, czytałem po angielsku. Na początku autor przedstawia historyczną sylwetkę armii rosyjskiej i następnie przechodzi do wojny w Czeczeni (obu),Gruzji i trochę zahacza o Ukrainę. Pomiędzy tym jest opis jak dawnej było i jakie zmian dokonano w modernizacji i doktryn wojskowych. Wojnie w Gruzji poświęcono dojść dużo miejsca. Nie ma co się dziwić. Dalej są sylwetki formacji, jak Specnaz, czy VDV a kończy krótki rozdział o nowościach w postaci, np. T-14 Armaty.
Tytuł: Jak mniej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych
Autor: Christel Petitcollin
Kategoria: poradnik
Ocena: 8/10
Książka o tych, co słyszą, jak sąsiad puszcza głośną muzykę, chociaż nikt z bloku nie zarejestrował tego faktu. Książka o tych, co mają natłok myśli, analiz, wnioskowania przez cały czas, bez względu na porę, czy godzinę i wścieka się na ciebie, jeśli nie widzisz tego, co on. Książka o tych, co przeżywają wszystko, stygmatyzują pozytywnie, czy negatywnie wokół, mimo że inni by dali sobie spokój z danym tematem. Nie mowa o schizofrenika, czy afektywnej dwubiegunowości, czy (może) o autyzmie. Mowa o przewadze prawej półkuli mózgu nad lewą - nadwydajni mentalnie. 20-30% społeczeństwa działa na innych zasadach niż reszta. Autorka opisuje, co ją skłoniło do zbadania tego tematu, następnie, jaka półkula, za co odpowiada i czym się to w życiu przekłada. Bardzo dobry jest rozdział, gdzie jest przedstawiony świat lewo i prawo półkulowy. Nawet kwestia związków też się znalazła. Często w szkole są obiektem znęcania, właśnie z racji bycia innym, niepasującym elementem w środowisku. Autorka w ostatnim rozdziale, wskazuje jak tą "moc" przełożyć na codzienne życie i mieć z tego większe korzyści. W mojej ocenie ten rozdział powinien być znacznie bardziej rozbudowany. Szkoda, że ta pozycja nie powstała tak 10-15 lat temu. Inaczej by było.
@Hilalum moze jakies "Atomowe nawyki" czy cos z mindfullnes albo technik stoickich? Takie nadmierne myslenie to moim zdaniem wynika z przebodzcowania. Ewentualnie moze to byc ADHD, ale to trzeba sie przejsc do specjalisty. Ja akurat mialem/mam zdecydowane przebodzcowanie. Niestety jestem zielony w temacie i nic nie polece.
Jesli mialbym cos poradzic, to bym sie zwrocil na poczatek do kolegi @splash545 po jakas wartosciowa lekture
Niedawno była Olimpiada w Paryżu. Większość pewnie już o niej zapomniała. Gdzieniegdzie jeszcze przewijają się memy o niej. Zwłaszcza o tureckim strzelcu, który zdobył srebrny medal. Naturalnie zaczęły pojawiać się informacje, że my takowe strzelca mieliśmy i jest, co wspominać. Mowa o Bolesławie Wasilewskim, który też miał sukcesy i co najważniejsze spis, co i jak należy robić, aby zdobywać chwałę w strzelectwie cywilno-sportowym.
To, co tygryski lubią najbardziej. Książka techniczna, akademicka. Są wykresy, rysunki techniczne, tabele i opisy. Masa opisów rzeczonej, tematycznej amunicji. Strzeleckiej, do granatnika, rakietowej czy tam oświetlającej. Podobnie jak z jej składowymi, czyli zapalnikami, łuskami. Również jak to wszystko, gdzie i jak składować, rozbrajać, czy utylizować. Ciężko to się czyta, ale nie jest lektura dla wszystkich.
Każdy wie, jaka jest Rosja. Podobnie jak z jej historią. A ta w osobie postaci ludowych komisarzy spraw bezpieczeństwa to już totalny kosmos. Jednak żeby chociaż trochę ogarnąć ten temat to czyta się książki. Logiczne jest założenie, czytanie rosyjskich autorów da trochę lepsze założenie, no bo tam "siedzą". Logiczne może i jest, ale czy prawdziwe? Raczej nie, bo polska kadra naukowa zajmująca się Rosja poleca tom II Mleczina to z marszu dodaje, że należy patrzeć przez palce na to co tam jest. Jeśli jeden z drugim interesujesz się takimi rzeczami to nie masz wyjścia. Jak trzeba czytać to trzeba.
"Hbeki" mają pewną strukturę, gdzie jest zgrabne wprowadzenie, opis uzbrojenia, czy tam taktyki, następnie ogólny teatr wojenny, gdzie ma miejsce tytułowa bitwa. Tu jest to pierwsze, przy czym nie jest ono zgrabne, bo ciągnie się od początku do końca. Tak jakbyś czytał zwykły podręcznik historyczny.
Zobacz, Wilhelm, on przyznaje, że nie nie zna prawa, a jednocześnie twierdzi, że jest niewinny.
Ja z kolei, w przeciwieństwie do Józefa K., nie twierdzę czy jestem winny czy też nie, przyznaję się jednak, że niemal cztery lata temu przeczytałem tę książkę po raz pierwszy, a dokładnie trzy lata i dziewięć miesięcy temu dodałem na jej temat taki wpis . Teraz postanowiłem przeczytać ją jeszcze raz i jeszcze raz spróbować zebrać w jakiś sposób wrażenia z lektury. Co się przez ten czas zmieniło? Czy mój jej odbiór był taki sam, czy inny niż za pierwszym razem? To będzie bardziej wpis o tym, niż o samej książce. Tak mi się przynajmniej wydaje.
Pierwsza i zasadnicza różnica była taka, że tym razem czytałem inny przekład. Tym razem mój wybór padł na tłumaczenie autorstwa pana Jakuba Ekiera, w czym miałem szczęście, bo nie tylko nie wiedziałem, że Proces został w Polsce wydany w kilku różnych tłumaczeniach, ale i wybór akurat tego a nie innego wydania był zupełnie przypadkowy. W czasie lektury coś mi się nie zgadzało z tym, co pamiętałem z poprzedniej lektury; postanowiłem to sprawdzić. Nie wiem dlaczego jako ilustrację do tamtego wpisu sprzed czterech lat wybrałem okładkę pochodzącą z nakładu Świata Książki, zawsze starałem się dodawać okładki dokładnie tych wydań, które czytałem. Może nie mogłem jej wtedy znaleźć? Tym razem jednak poszukałem, choć czegoś zupełnie innego, bo pliku z książką, którą miałem na poprzednim czynniku. Zajrzałem do swojego archiwum, gdzie rzeczywiście go znalazłem. Faktycznie, jest w nim informacja, że tamto tłumaczenie było autorstwa pana Bruno Schulza (co, swoją drogą, nie jest prawdą; tamten przekład jest autorstwa pani Józefiny Szelińskiej, pan Schulz go tylko przejrzał i, tak na marginesie, Proces spotkał się z jego uznaniem, dostrzegł w nim przede wszystkim mnogość – czy może nieskończoność?; dokładnie nie pamiętam – możliwych interpretacji).
To, co zwróciło moją uwagę, to fakt, że pamiętałem, że przy poprzednim czytaniu część rozdziałów kończyła się informacją, że nie zostały dokończone. U pana Ekiera takiej informacji nie ma. U pani Szelińskiej te dziesięć rozdziałów to była całość, która została opublikowana, u pana Ekiera po treści właściwej zamieszczone są jeszcze fragmenty, których Kafka chyba do powieści nie włączył (albo z niej wyłączył?). Bo rzeczywiście, ta powieść nie została ukończona. Prace nad nią zostały przez autora zarzucone.
To tyle na temat różnic w wydaniach, teraz na temat różnic w moim odbiorze wtedy i dziś. Po zakończonej lekturze wróciłem do tego swojego starego wpisu i zdziwiłem się. Tym razem przede wszystkim nie potrafiłbym uzasadnić tamtej swojej opinii. Dlaczego przychylałem się wtedy do interpretacji Fromma? Tym razem, już w czasie lektury, przede wszystkim pojawiała mi się w głowie myśl o tym, że w przedstawionym przez pana Kafkę świecie jesteśmy samotni i ze wszystkich stron poddawani ciągłym osądom. Ten jego sąd jest wszędzie, każdy chyba człowiek, którego Józef K. spotyka na swojej drodze jest jego częścią. A czy nie jest tak, że i my sami na co dzień jesteśmy przez innych oceniani? Mało tego: czy nie jest też tak, że i my na co dzień oceniamy? Kogoś lubimy, kogoś nie lubimy; uważamy, że ktoś zrobił dobrze czy źle. No i jeszcze może wywnioskowałem coś o potędze, wszechobecności i bezwładności biurokracji. Myślę, że miały na to wpływ moje doświadczenia, których doznałem w tym okresie między pierwszym a drugim czytaniem. Moje zderzenie się z tą bezduszną machiną. I to, co jeszcze zapamiętam z tego drugiego podejścia, to zwrócenie uwagi na bezrefleksyjność trybów tej maszyny. Wydaje mi się, że zdanie: Najęli mnie do batożenia, więc batożę zostanie ze mną na dłużej.
Później przeszedłem do lektury zamieszczonych na końcu szkiców na temat Procesu, ale i samego Kafki, autorstwa tłumacza, pana Ekierta, oraz pana Łukasza Musiała. I okazało się, że jeśli ktoś wskaże mi palcem, to i ta interpretacja, do której się te kilka lat temu przychylałem, okazuje się mieć uzasadnienie. W którymś z tych tekstów, nie pamiętam już w którym dokładnie, przedstawiony jest bowiem fakt, że K. nic w swojej sprawie nie zrobił, choć zrobić mógł. Że jedyne jego działania miały na celu odwlekanie procesu. Unikanie go. Że nie działał, a szukał kogoś, kto zrobi coś za niego. Tyle, że kiedy już znalazł, kiedy zwrócił się o pomoc do adwokata, te robił to samo co K. Muszę jeszcze przemyśleć, jak to rozumiem. Z tych dwóch tekstów, znów nie pamiętam z którego dokładnie, dowiedziałem się jeszcze dwóch ciekawych rzeczy. Pierwszą jest ta, że z dzienników pana Kafki wynika, że K. był winny – nie wiem tylko czego. Drugą natomiast jest ta, że za pisanie Procesu autor zabrał się po zerwaniu z nim zaręczyn przez Felice Bauer, co odbyło się w formie sądu nad jego osobą. Stąd właśnie prawdopodobnie wzięła się u Kafki inspiracja.
Jeszcze jedna rzecz, którą wtedy, te cztery niemal lata temu napisałem, to spójnej, przyczynowo-skutkowej historii. Nie pamiętam jak to było wtedy, ale teraz czytałem Proces powoli i wnikliwie. Po takiej lekturze jestem w stanie stwierdzić, a nawet udowodnić na przykładach, że w tej historii taki związek między przyczyną a skutkiem jest bardzo mocno obecny, że działania (albo zaniechania) K. mają swoje konsekwencje. Czasami absurdalne, ale jednak logiczne, a cały świat przedstawiony jest bardzo spójny. Czy do tego, żeby zauważyć ten związek potrzebowałem wspomnianej uważności, tego innego (może lepszego?) przekładu, czy też większego bagażu doświadczeń? Tego nie jestem pewien. Może było to wszystko po trochu.
Tak jak pisałem wcześniej, ta powieść nie została przez autora dokończona. Może byłaby lepsza, gdyby udało mu się doprowadzić ją do końca, może trochę przeredagować. Podana w takiej formie, choć doceniam wizję, podniesione problemy, sposób ich przedstawienia i jeszcze kilka innych rzeczy, jaka całość mnie jednak dalej mnie nie zachwyciła. Może znowu wrócę do niej za kilka lat, bogatszy nowe doświadczania (obym wtedy mógł napisać, że pan Kafka się mylił). A może źle adresuję te swoje pretensje? Może powinienem kierować je nie do powieści, a do świata, który ta powieść opisuje? Może to nie jest tak, że nie podoba mi się ta powieść, ale nie podoba mi się właśnie ten świat?
***
EDIT: A jeszcze jedna rzecz odnośnie spójności, tym razem spójności wydania. W tekście Parametry Kafki, autorstwa pana Łukasza Musiała, tym zamieszczonym na końcu książki jest takie zdanie (podaję fragment): [...] i oto nagle Kafka, ten realny, wskakuje do swojej opowieści, w której bezwzględnie trzymał się do tej pory narracji trzecioosobowej, i pisze, dosłownie wchodząc w swoją postać, niczym dybuk: U n i o s ł e m [...]. Być może tak było w oryginale, bo kiedy wracam do tekstu, który przeczytałem, znajduję tam: K. uniósł dłonie i rozstawił palce. Tak samo jest zresztą w przekładzie pani Szelińskiej: Podniósł ręce i rozwarł wszystkie palce. Spójność wydania to jedna rzecz, drugą natomiast jest to, ile w przekładzie tekst może stracić. Zresztą, pan Ekiert też temat trudności przekładu porusza w tym drugim tekście z końca książki, Nie przed zwykłym sądem.
Ale wiesz, z Procesem było tak, że po śmierci Kafki, wbrew jego wyli, wydał go Max Brod. I jakąś tam redakcję przeprowadził. Żeby to rzeczywiście sprawdzić, to trzeba by spojrzeć na rękopis. Ja nie mówię, że to błąd tłumacza, tam jest podane, na podstawie którego wydania był robiony przekład. Ale jednak nieścisłość między tymi dwiema informacjami w książce jest.
Na hasło Ypres każdy zna odpowiedź, czyli gaz musztardowy, czyli broń chemiczna. Takowej też użyto na froncie wschodnim i to już prawie na początku. Jednak za nim do tego doszło to autor przedstawia pokrótce na wstępie, gdzie jesteśmy. Dokładnie po bitwie o Łódź w 1914 roku. Front zamarł. Rosjanie mimo ustępowania w artylerii, wyposażeniu nie oddawali pola. Tutaj też wykazali się wyższością sztuki minerskiej nad Niemcami. To oraz inne kwestie sprawiły, że Bolimów i tereny wokół niego stał się odpowiednim miejscem na użycie bromku ksylitu (przy pomocy artylerii) a kilka miesięcy później chloru, tym razem wypuszczanego już z okopów przy pomocy butli i rur doprowadzonych pod rosyjskie okopy. Broń chemiczna nie spełniła pokładanych z niej nadziei. Powodów było kilka, jak pogoda, wiatr, zalesienie i trudność w utrzymaniu jej w odpowiednim. Stać w okopie obok rur z gazem trującym przez kilka dni, wiedząc, że pierwszy lepszy pocisk artyleryjski może spowodować śmierć w męczarniach, nie napawał optymizmem.
Jakkolwiek to zabrzmi:jest film. xD Kolega chyba 8 lat go majstrował i jest profesjonalnie, mimo strasznych trudności z funduszami. A teraz jest na vod tvp. 🥹
Książka dotyka kwestię wyjścia z matriksa w postaci konsumpcjonizmu i posiadanie tego, co modne. Szkoda, że robi to w amerykańskim stylu. Jest dużo prywatnych wstawek i gadki z mema, przestań kupować kawę z 500 zł i zacznij oszczędzać. Czy mimo tego warto to czytać? Czytać tak, żeby sobie uświadomić, że to właściwie bieg donikąd. Zawsze ktoś będzie miał lepiej niż ty, więc obserwowanie socjali to można sobie odpuścić. Podobnie jak najnowszego Iphone. Poprawi to komfort psychiczny, a ten się przewija na stronach jako faktyczne przeżywanie doświadczeń. Autor proponuje niepopadanie w skrajność i zamknięcie się gdzieś na odludziu, tylko jak idziesz jeden z drugim na koncert to nie robisz story i multum zdjęć, tylko się bawisz. Tylko i nic poza tym.
Tytuł: Złowić frajera. Ekonomia manipulacji i oszustwa
Autor: George A. Akerlof, Robert J. Shiller
Kategoria: ekonomia
Ocena: 7/10
Książka zaczyna się nietypowo. Od tłumacza. I to nie, że angielski jedno a polski to drugie. Nie. Tym razem autorzy zespół manipulacji, sztuczek, marketingu i innych cwaniactw określili jako phishing. Książka była wydana tak w 2017 roku, więc jest całkiem świeża. Niestety głównie skupia się na kraju zza wielkiej kałuży. Chwała autorom, że nie ma prywatnych wstawek, jak to życie w USA jest piękne i miodem płynące. Jedynie, co płynie to ilość "phishingu". Testowanie leków, w kraju gdzie prawo jest dość liberalne i takowy koncern "nie oberwie", gdyby testy się nie wypalą. Z żywnością też jest dość zabawne. Jest historia i powody powstania listy składników na etykietach. Mało brakowało, aby to zaprzestano robić, bo "wprowadza klienta w zamieszanie". Film "Big short" to must have, jeśli chce się zrozumieć kryzys z 2008 roku i całą zawiłość z agencjami ratingowymi. W sumie Cialdini i jego "Wywieranie.." też.
Wszystko, co chciałbyś wiedzieć o budowie światłowodu, jego spawaniu, zaginaniu i wielu innych to masz tutaj opisane. Są tabele, wzory, rysunki. Książka czysto akademicka.
Książka jest całkiem nowa, bo z 2015 roku. Pisana przez rosyjskiego historyka, który opierał się na ujawnionych dokumentach. Czy to "nowa biografia"? Niezbyt, bo książka jest zdecydowanie za krótka. I to nie z powodu braku tłumaczenia czytelnikowi kim był, np. Malenkow. Inaczej mówiąc, coś tam wtedy otworzono, ale niezbyt szeroko. I patrząc, co się dzisiaj dzieje to prędko tak się nie stanie. Tak więc, jako kolejna książka o Stalinie to jak znalazł.
Tytuł: Trzysta procent socjalizmu. Przodownicy pracy w PRL
Autor: Andrzej Janikowski
Kategoria: historia
Ocena: 7/10
Do przeczytania tej książki przydadzą się wspomnienia z pracy na akord (np. wakacyjna) i polski serial "Dom". Autor tak głównie opisuje do 1956 roku, czasami do lat 60 i w porywach do Gierka. Głównie jeśli chodzi o górnictwo. W przypadku murarstwa to głównie Warszawa, co do tkactwa -Łódź. Wojsko, milicja/zomo, czy marynarze też brali w celowym zawyżaniu norm, gdzie leciwe nagrody przysługiwały nielicznym, a reszta musiała wypruwać sobie żyły, aby "excel się zgadzał". Oczywiście były oszustwa, czy bumelanci. Jak również i rolnictwo. To zniszczenie muru w serialu miało miejsce. A ta pani z plakatu "Kobiety na traktory" to Magdalena Figur. Inne plakaty, które teraz "robią" za memy również i tu maja swoje miejsce.