Poranna traska, tym raz z kolegami z pracy, i taka niezadluga, żeby zdążyć przed popołudniowym wyjazdem. Upały wciąż nie odpuszczają, ale to też okazją na super widoki i warunki do śmigania po górkach.
A już za parę dni będę miał coś bardzo specjalnego:)
Po wczorajszym wyrypie dalej nie słuchało się mamy, żeby nie robić dużych górek dzień po robieniu dużych górek. No ale lato się kończy i taka pogoda w tym roku może już nie wystąpić. To człowiek nie usiedzi, prawda?
Cała sprawa wyglądała tak: z 500mnpm na 1160, potem w dół na 400 i jeszcze raz na 1600, plus jakieś falowania pomiędzy. U-mar-łem.
Zanim jednak, to jechałem doliną absolutnie najpiękniejszej rzeki jaką kiedykolwiek widziałem, czyli Soca, w Słowenii. Pełna jakichś wąwozów, pełno kajakarzy, wzdłuż ścieżki piesze itp. Mocno polecam.
Nie polecam zaś zjazdu z przełęczy pod Vrscem w stronę Kranjskiej Gory. 20 brukowanych zakrętów. Kto to wymyślił!???. Nadgarstki do wymiany
A mówiła mama nie ufaj Komootu przy innych niż szosowa trasa. Zachciało mi się w MTB, bo cień i las cudnie pachnący sosnami. No i pod górkę zacnie, wymagająco, były podjazdy 15% o długości nawet 500m i zdarzył się nawet taki 23%. Dałem radę. Ale na zjeździe nie dałem. Komoot uznał, że skoro jest szlak turystyczny i ludzie lezą, to rower zjedzie. No więc było sprowadzanko, i to całkiem spore, bo redbull rampage skila to ja nie mam. Stąd i tragiczna średnia 13.8km/h . Na szczęście widoki i pachnienia rekompensowały to wszystko.
Więc miałem z Mangartem nieco na pieńku - chyba ze dwa lata temu prawie tam wjechałem, ale z powodów żołądkowych musiałem zawrócić. Tym razem obyło się bez problemów, pogoda genialna, wspinaczka w dużej części w cieniu, więc przy tych upałach idealna., a i od tego czasu forma się znacząco polepszyła. No i widoki po drodze - rewelacja, nawet na mnie, przyzwyczajonego do Alp, robiły ogromne wrażenie. Polecam
Udało się złamać 4h na 100km przy przewyższeniach powyżej 1000m no i w tym ukropie. Byłoby nieco lepiej gdyby nie okrutny #wmordewind na ostatnich 30km. Ale i tak człowiek muczo zadowolon.
Trochę przerwy we wpisach bo w odwiedziny wpadli koledzy, trzeba było im to i owo pokazać, co działo się też w tempie wolniejszym i raczej na płasko, na tyle ile jest to tu możliwe.
Z ciekawszych rzeczy odnotowałem nieco zmian na fantastycznym odcinku Cyclovia Alpe Adria między Tarvisio a Venzone (jakby ktoś chciał zobaczyć co to, to opisałem ją na swoim blogu tu ). Doszło kilka knajp po drodze, a stary wagon, który stoi pod koniec trasy został odmalowany, w środku zrobiono miejsca do konsumpcji, podłoga jest częściowo pokryta szkłem, tak by można zobaczyć napęd, no i można zasiąść na miejscu maszynisty. Obok, przy stacji jest bar i mini muzeum poświęcone historii kolejki wąskotorowej w śladzie której zrobiono trasę.
Pogoda, niestety, dalej kiepska, choć bywały przebłyski słońca
#rower #szosa #rowerowyrownik i może trochę #kolej
Trasa z rano zapowiedzianego menu weszła w całości. Pogoda dopisała, wręcz była idealna. Same wjazdy wydały mi się lżejsze niż wyglądało to na mapie, co nie znaczy że łatwe:) Tradycjnie wkurzały hałaśliwe motory, ale było ich znacznie mniej niż na Hochalpenstrasse.
Liczyłem rano te małe kreseczki z profilu wysokościowego i tak sobie pomyślałem, że chyba Cię powaliło z tym prawie 30-kilometrowym podjazdem 1400 m przewyższenia nie mam u siebie na zaplanowanej przeszło dwusetce. Jakie tam miałeś nachylenie?
Tu całe tegoroczne lato pada, więc jak czasem trafia się cały dzień słoneczny i jeszcze weekendowy to człowiek szaleje. A potem zdycha;) Tradycyjnie komootowe gravelo-ujeby nie pomagały.
Ostatnio kolega zielonyf16 (bardzo polecam jeśli nie znacie) chwalił na YT jak to komoot super trasy wiedzie. a mnie on permanentnie wpuszcza w krzakory, dziś nawet musiałem pchać, bo żadnej drogi tam nie było. takie mikroprzygody po pracy
@Furto @dzangyl to żeby was uspokoić, to było mało uczęszczana droga, w miejscu gdzie było bardzo dobrze widać na odległość około kilometra że jest pusta, więc sobie nieco pozwoliłem. W dodatku nie była za bardzo stroma i kończyła się delikatnym wzniesieniem. Zwykle staram się nie przekrac 50, zwłaszcza mocno stromych zjazdach
W końcu udało mi się złapać pogodę na dłuższe kręcenie. Dziś na gravelowo, a czas taki sobie, bo komoot wytyczył chaszcze i rozlewiska. Kilka kilometrów zajeło mi chyba z pół godziny, bo trzeba było nieść rower przez las omijając mega kałuże. Ahoj przygodo:)
A miało być tak pięknie i trasa na 150, a tu znowu deszcze. Choć rano takie słodkie obłoczki. I potem trzeba było przerwać, bo co to za frajda jechać w ulewie.. Mokry coś ten sezon
W końcu wróciłem. Jeszcze na lekkim jetlagu, w sam raz na spokojniejszą przejażdżkę z rodziną. Pogoda była idealna, co za przyjemna odmiana po tropikach.
Drugie podejście do kręcenia po Hongkongu. Tym razem wybrałem się na "najnowszą wspaniałą ścieżkę rowerową". W planach, jako że sobota, było zrobić 60km, ale pogoda pokiwała palcem i nic z tego. Lało tak okrutnie, że nie sposób jechać nawet mając wywalone że się zmoknie, ponieważ deszcz był tak intesywny, że zalewał oczy i nic nie widziałem. Nie miałem też tak zacnego ekwipunku jak pan ze zdjęcia:). Ponad godzinę spędziłem pod mostem, czekając aż burza przejdzie, no i zawróciłem. To była dobra decyzja, bo lało aż do popołudnia.
Co do samej infrastruktury, to średnio. Ścieżka na rozjazdach żle oznaczana, kilka razy się zgubiłem, do tego co kilka minut barierki w które trudno się zmieścić.
Nie mogę się już doczekać powrotu do kręcenia w swoich stronach.
21 bardzo wyjątkowych kilometrów. Udało mi się wykroić kilka godzin poza oficjaln grafikiem i znaleźć wypożyczalnie rowerów i miejscówkę do kręcenia. Co prawda MTB to nie do konca klimaty, ale rower to rower:)
Wyspa Lantau jest bardzo pagórkowata, ale jazda po nich to inna galaktyka. 33 stopnie i 100% wilgotności robią takie podjazdy bardzo wymagającymi. Nigdy nie miałem tak mokrych ciuchów, aż ważyły odczuwalnie więcej, i nie wiem czy to dlatego że jak się tak pocilem, czy ponieważ wysysały wilgoć z powietrza.
PS jak się przyjrzycie dokładnie, to na zdjęciu z drzewami, to czarne pomiędzy nimi to nie paproch. Skurczybyk siedział na sieci pomiędzy nimi, jakieś 3 metry rozpiętości a sam był wielkości dłoni, także zdjęcie, rozumiecie, z dystansu. W okolicy było sporo singletrackow, ale korzystać z nich jak wiodly między drzewami.... Brrrr