Że też wcześniej tego tak nie doceniałem. Niby urlop skończyłem tydzień temu, ale wpadłem jeszcze na weekend do rodzinnej wsi. Wypiliśmy z kumplem parę piw, a jako, że komunikacja jakakolwiek jakimś cudem tu nie dociera, wracałem na piechotę.
I majestat nieba naprawdę mnie zachwycił. Zachwycił tak, że przez prawie godzinę, po po przytarganiu krzesła ogrodowego, siedziałem tzw. "za stodołą" i gapiłem się zafascynowany w niebo. Jako typowy posthuman układałem sobie wszytskie odczucia pod Ricka i Morty'ego czy tam inny Interstellar, ale w pewnym momencie poczułem się w końcu jak kosmiczny robak. Z pierdzącego głośnika telefonu leciało akurat Space to Bakersfield autorstwa Black Mountain. Żadnego neonu Żabki. Cisza wolna od szumu opon aut pędzących po średnicówce. Rodzinny kundel dopominał się drapania za uchem. Człowiek wyjdzie ze wsi, wieś z człowieka nigdy. Dawno nie miałem okazji uznać czegokolwiek za katharsis, a tu zwykły, niezakłócony kawałek nieba tak namieszał.
