TL;DR:
Mam 38 lat, nie mam żony ani dziewczyny. Mam za to kredyt na dom w którym jestem uwięziony w Szkocji którą jestem mocno zmęczony. Nie mam pracy i nie potrafię się zmobilizować żeby zacząć szukać. Obserwuję jak powoli moje zdrowie się pogarsza - nic szczególnego, po prostu proces starzenia. Jeśli nic się nie zmieni to zostanę tutaj do końca życia będąc nieszczęśliwy.
Długa wersja:
Zmarnowałem młodość przed komputerem. Mieszkałem w domu rodzinnym do 24 roku życia. Głównie grałem w gry, uprawiałem trochę sportu (pływanie, koszykówka). Studia zaoczne na powiatowej 'uczelni' i brak pracy. W tym czasie zero kontaktów z dziewczynami poza takimi typowo koleżeńskimi. Zero imprez, alkoholu, wyjazdów ze znajomymi nawet na 'domki' pod miasto. Powód - niedowartościowanie spowodowane gnębieniem w szkole przez to że byłem spokojniejszy i mniej kontaktowy (introwertyzm, możliwe że coś ze spektrum aspergera i ADD). Dodatkowy powód - blokada, rodzaj wstydu przed rodzicami który blokował moje życie społeczne.
Uczucie zmarnowanej młodości i straconych w tym czasie szans towarzyszy mi każdego dnia, powodując frustrację i smutek które blokują mnie przed dalszym działaniem.
2011 - wyjechałem do dużego miasta na magisterkę. Zabrałem ze sobą najtańszego laptopa jakiego znalazłem - żeby skończyć z graniem. Udało się. To był najlepszy czas w życiu. Nowa grupa znajomych, regularne treningi. Pojawiły się kontakty z dziewczynami - niewiele ale zawsze coś. Kasę na studia szybko roztrwoniłem przez głupotę i nieporadność - nie potrafiłem znaleźć pracy. Zostałem skreślony z listy studentów z powodu braku wpłat. Mimo tego czułem się dobrze i było super ale doskwierał brak pieniędzy. Bywało że przez kilka dni jadłem rzeczy typu bułka tarta z wodą lub przecier z ogórków kiszonych (taki na zupę) - bo nie było kasy i nie było totalnie nic innego żeby sklecić z tego jakiekolwiek danie. Raz pojechałem na zawody do Czech za pożyczone od kumpla 80 zł. Jako prowiant na trzy dni miałem chleb i puszkę paprykarza xD
Miałem w tym czasie kilka prac dorywczych a potem znalazłem pracę na kasie w stonce. Szanuję ludzi którzy wykonują ten zawód i jestem pełen podziwu że potrafią za to przeżyć. W 2013 - 2014 roku zarabiałem tam 1700-1800 zł, płacąc za miejsce w pokoju dwuosobowym 450 zł, do tego jedzenie 300 zł. Szło przeżyć, nawet coś odłożyć ale można było zapomnieć o wyjazdach na zawody albo wycieczki za granicę.
2014 - obmyśliłem nowy plan i wyjechałem za granicę. Chciałem przez rok uzbierać na licencję nurka zawodowego, zrobić ją w Fort William lub w Norwegii i żyć jak król. Trafiłem do Aberdeen - europejskiej stolicy (wtedy) wydobycia ropy i gazu. Znalazłem pracę w kołchozie - fabryka jedzenia, straszne miejsce które mocno zryło mi banię. Udało się prawie uzbierać zakładaną kwotę (potrzebowałem 14 tysięcy funtów a miałem już 11), ale pojawiły się wątpliwości. Kryzys w branży wydobycia zaczął się akurat w 2015. Do tego czytanie reddita - wątki o tym że hype na pracę w branży już się skończył i że jest sztucznie pompowany przez szkoły nurkowe. Wątki o tym że to trudny zawód i sama licencja nurka bez doświadczenia w spawaniu itp. nic nie daje. W końcu uświadomienie sobie jakie długofalowe skutki zdrowotne ma praca nurka. Odpuściłem. Zostałem w kołchozie pracując na 'czwórki' (4 dni pracy po 11.5 godziny, 4 dni wolne).
Pracowałem w kołchozie 6 lat. Dużo patologicznych ludzi, lekki mobbing. Cały czas ciśnienie fizyczne i psychiczne. Jak przychodziłem ostatniego dnia pracy do domu to tylko robiłem pranie tygodniowe, potem na drugi dzień zakupy tygodniowe i tak się kręciło. Jedyne co mnie wtedy trzymało przy życiu to wyjazdy za granicę ze znajomymi z Polski. Praca na czwórki ma jedną zaletę - 20 dni urlopu rocznie daje 5 urlopów po 12 dni, lub 2 urlopy po 20 dni i jeden 12 dniowy, etc... Dodatkowo szło jeszcze zakombinować z przychodzeniem na nadgodziny do odebrania jako urlop. Jednego roku miałem takie combo że zrobiłem w pół roku Maltę, Teneryfę, Norwegię i na koniec Koreę i Japonię.
Ogólnie w tym czasie cały czas łudziłem się że jakoś się ogarnę, nauczę się programować i znajdę pracę w Polsce. Zapisałem się na kurs programowania na androida, kupiłem pierwszego smartfona żeby mieć na czym testować. Zapału starczyło na kilka miesięcy.
Miałem też totalnie dość mieszkania w ochydnym mieszkaniu w najgorszej dzielnicy miasta (pamiętacie klimat z GTA IV?). W 2018 roku, trochę za namową kumpla stwierdziłem że mam tego dość i skoro tu utknąłem to kupię mieszkanie (z dzisiejszej perspektywy chora decyzja której bardzo żałuję). Sprawa była lekko skomplikowana. Chciałem na już a nie miałem wkładu. Nie miałem też rozumu - byłem w depresji i doszedłem wtedy do wniosku że albo jadę po najmniejszej linii oporu nie myśląc za bardzo co robię, albo gniję na wynajmie do końca życia. Nie mając wkładu jedyną opcją okazał się grant od rządu - ale na bardzo dziwnych zasadach - nie mogłem kupić mieszkania - musiał to być dom. No trudno. Wziąłem dom. Presja czasu spowodowała że wziąłem pierwszy który się napatoczył i nie wyglądał tragicznie. 143 tysiące funtów jak krew w piach. Jakieś 87 z tego to kredyt. Reszta to grant od rządu. Niezależnie za ile bym nie sprzedał (o ile to cena rynkowa) to oni biorą z powrotem swój udział - 40 %. Jest jeden haczyk - mam tu mieszkać. A ceny poszły mocno w dół rok po tym jak tylko kupiłem. Nie mogę teoretycznie wyjechać do Polski nie sprzedając domu, lub nie odkupując rządowego udziału.
Zaletą domu był fakt że przez trzy lata jak typowy Janusz na emigracji podnajmowałem pokoje dwóm typkom dzięki czemu płacili za mnie kredyt i wszystkie rachunki. Stąd miałem kasę na te wyżej wymienione wyjazdy.
W 2021 nie wytrzymałem dłużej w kołchozie. Zwolniłem się w lutym. Ogromny stres w pracy, wymagania żeby być w biegu przez 11 godzin. Dodawanie mi obowiązków kolesia z innego działu bo nie ogarniał pomimo że zarabiał półtora raza tyle co ja - w końcu miejscowy. Nie napisałem wcześniej że w czasie mieszkania w domu rodzinnym zrobiłem też zaocznie technika informatyka. Cały czas co kilka lat ponawiałem próby nauki ale zawsze kończyło się utratą motywacji. Wróciłem do tego - zacząłem się trochę uczyć, ale nie wystarczająco - w końcu po roku straciłem nadzieję ale jak z nieba spadła idealna oferta pracy. Mała firma IT szukała asystenta biurowego na 5 godzin dziennie. Zatrudniłem się i szybko zacząłem ogarniać. Po pół roku byłem już junior devopsem na pełny etat. Ale tylko na papierze. Dalej jakąś 1/4 moich obowiązków stanowiły zadania biurowo porządkowo administracyjne. Firma naprawdę mała - ja i dwoje właścicieli. W pewnym momencie szef mocno zachorował i zostałem całkiem sam w firmie - oni siedzieli w domu. Robiłem dosłownie wszystko. Support 2nd i 3 rd line, devops, programowanie, zamawianie sprzętu, malowanie ścian, sprzątanie, korespondencja, wypłaty. Mógłbym wymieniać i wymieniać. Chociaż nie powiem, bywały też czasy że roboty było mało i brakowało motywacji żeby robić jakieś poboczne projekty które mi powierzono. Było fajnie. Byłoby idealnie gdyby zarobki były wyższe i gdybym mógł pracować zdalnie z Polski. Szef doszedł do siebie, wrócił do firmy.
Niestety firma opierała się głównie na grantach z USA, w dziedzinie której fanem nie jest pomarańczowy orangutan. Rok temu jak tylko go wybrali to uciął masę finansowania i rentowność firmy zawisnęła na włosku. Próbowali mnie zatrzymać, liczyliśmy że może sytuacja się odmieni, to był bardzo burzliwy czas. Niestety w maju dostałem wypowiedzenie bo nie było już nadziei na dalsze finansowanie.
Od tego czasu 'szukam pracy'. Na początku podchodziłem do tego z optymizmem. Nie liczyłem że znajdę coś w Polsce - plan był taki żeby znaleźć coś na przetrwanie i dalej się szkolić. Bardzo mało firm odzywało się z ofertą. Przez 4 miesiące szukania jakieś 4, może 5 firm. Niestety mój stack - AWS i linux są tutaj mało chodliwe. Musiałbym się przestawiać na MS a nie chciałem - po co skoro to miała być praca na przetrwanie. Miałem rozmowę w jednej firmie olejowej - sztywno, korpo, nie czułem ich i było widać że oni nie czują mnie. Nie dostałem się na drugi etap. W tym samym czasie miałem rozmowy z inną firmą - bardzo mi się podobała. Zarobki 1.5x względem wcześniejszych. Zaprosili mnie na drugi etap - byłem ja i podobno dwóch innych kandydatów. Niestety - firma szukała kogoś do ogarniania Microsoftu. Nawet serwery mieli na Winowsie.
Od tego czasu zaczęła się coraz większa wegetacja. Trochę zarabiałem na lewo wożąc jedzenie ale ile można. Zacząłem robić kurs AWS Solutions Architect Associate. Niestety mam też jeden poboczny problem który nie daje mi spokoju - nie chcę gadać o tym - po prostu komuś bliskiemu obiecałem że coś zrobię ale pochłania to masę czasu i energii mentalnej. Nie byłem w stanie pogodzić nauki z wykonywaniem tego 'zadania'. Stwierdziłem że najpierw zrobię co mam zrobić a potem wrócę do nauki. Liczyłem że uda mi się obie rzeczy skończyć przed kwietniem. Jak widać nie udało się. Jutro lecę do Polski na miesiąc - przez ten czas niewiele zrobię ale zacznę budować nawyki. Na początek chcę zacząć spać w regularnych godzinach. Zacznę też czytać książki pół godziny dziennie. Na początek 'Atomic Habits' Jamesa Cleara.
To co tu powyżej opisałem to napisane na szybko i bez przemyślenia. Jest jeszcze wiele wątków które pewnie pominąłem. Jutro postaram się wrzucić wpis o tym jakie mam nawyki, problemy i co chcę zmienić.
Regularne wpisy z podsumowaniem tygodnia będę wrzucał co niedzielę - takie rachunki sumienia.
Do blokowania: #metamorfoza_bandziorka