Dzisiaj wiozłem Szkota — pochodził z niewielkiej wyspy leżącej gdzieś na południe od Skye. Już na samym początku mnie zaskoczył. Mówił perfekcyjnym angielskim, bez najmniejszego śladu szkockiego akcentu, który przecież na północy Szkocji bywa bardziej odrębnym językiem niż tylko sposobem mówienia. Opowiedział mi swoją historię. Jako dziecko został wysłany przez rodzinę do prywatnej szkoły w okolicach Lake District, gdzie miał trenować rugby. Tam jednak nie tylko sport był ważny. W szkole bezwzględnie tępiono wszelkie odstępstwa od „Queen’s English”. Akcenty — szkockie, irlandzkie, a nawet niemieckie — były dosłownie wykorzeniane. Co najbardziej zaskakujące, nie mówimy tu o odległych czasach. On ukończył tę szkołę w 2016 roku. Rozmowa potoczyła się dalej i z każdym kolejnym zdaniem jego świat stawał się dla mnie coraz bardziej fascynujący. Zapytałem, jak wygląda życie na wyspie zamieszkanej przez zaledwie tysiąc osób. I tu zaczął się prawdziwy ciąg zaskoczeń. Wyspa żyje turystyką, więc przez połowę roku wszyscy pracują niemal bez wytchnienia — często dla siebie nawzajem. Szesnastogodzinne dni pracy to norma. Rano można być kucharzem, a wieczorem biegać z tacą między stolikami. Każdy zna każdego, każdy każdemu ufa, a rola każdej osoby w tej małej społeczności jest zauważana i doceniana. — A co robicie przez pozostałe sześć miesięcy? — zapytałem. Uśmiechnął się lekko. — Polujemy — na ptactwo, króliki, czasem sarny, oczywiście w ramach ustalonych limitów. Łowimy ryby, zbieramy owoce morza… i po prostu odpoczywamy. Trzeba jakoś oszczędzać. Przyznam, że wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że zaczynam rozumieć, skąd wziął się stereotyp „oszczędnego Szkota”. Opowiadał dalej — jak już jako dwunastolatek uczył się od ojca oprawiać królika, później zabijać zwierzęta, aż w końcu dojść do świni. To akurat nie było mi całkiem obce — przypomniały mi się wakacje na wsi i pierwsze zetknięcie z rzeczywistością, w której mięso nie bierze się z półki w sklepie. Ale prawdziwy szok przyszedł dopiero, gdy zaczął mówić o czasach covidu. Na wyspie każdy dom ma przynajmniej jeden piec na drewno. W ich kuchni stoi piec na olej opałowy — służy zarówno do ogrzewania, jak i gotowania. Prąd oczywiście jest, ale w czasie pandemii używali go jak najmniej, żeby ograniczyć koszty. Praca była sezonowa, więc bez stałych dochodów i bez realnego wsparcia. Przez trzy lata — z przerwami — żyli przy świecach, lampach olejowych i cieple kominka. Zdarzało się, że cała rodzina przenosiła się do jednego pokoju, żeby łatwiej przetrwać zimno i oszczędzać. Na wyspie ludzie często mieszkają z rodzicami aż do ich śmierci — nie z wyboru, ale z konieczności. Domów praktycznie nie da się tam kupić, a zarobki są zbyt niskie, by cokolwiek zmienić. Nie zdążyłem zapytać o społeczne skutki takiego życia. O długie zimowe noce, o samotność, o to, czy właśnie w takich warunkach rodziły się pewne tradycje. Ale jedno było pewne — siedziałem za kierownicą i słuchałem, będąc w szczerym szoku. Bo nagle uświadomiłem sobie, że w XXI wieku, zaledwie kilka godzin drogi stąd, ludzie wciąż potrafią żyć w sposób prosty, surowy… i w dużej mierze samowystarczalny.

#uk #szkocja #taxicoolstory #coolstorytaxi

Komentarze (39)

@vredo wiesz, każdy jest inny. Ty możesz mieć we mnie najbliższą osobę, dla innego mogę być ostatnim skurwirlem. Nie ma co kategoryzować ludzi ale nawet ja, wielu taksówkarzy uważam za prostakow i buców, chanbiacych swą osobą ten zawód.

@Taxidriver @vredo xD prosze sie uspokoic to je rozkaz, a ten szkot fajnie sobie zyje, mimo tego ze to co on przeszedl to dla mnie tresura nie edukacja, fajnie ze znalazl sobie taki kawalek ziemni na tym swiecie gdzie sobie zyje tak jak zyje, troche niewiem jak taki rytm parcy sie odciska na zdrowiu, oby nie za bardzo.

@ErwinoRommelo nie, on teraz mieszka i pracuje w Anglii. Pozdroz z północy Anglii (hrabstwo graniczące ze Szkocją) zajmie mu 10 godzin do domu. Taksówka, 3 pociągi, prom, samochód.

@Taxidriver czy ta wyspa to czasem nie Coll? Byłem i było jak mówisz. Najlepiej ostatniego dnia - wymeldowujemy się z hostelu - przyszedł gość ogarnąć nasz pokój. Posiedzieliśmy w community center i poszliśmy coś zjeść - ten sam gość jest naszym kelnerem. Zgadnij kto obsługiwał prom którym odpływaliśmy

@bandziorek miałem taki klimat lecąc z Nakhonsithamarat w Tajlandii do Bangkoku. Zapyziałe lokalne lotnisko i na głównej hali, wielkości biedronki pani w mały kiosku na woku zasilanym butla 100l. z LPG (no lotnisku!!!) gotowała zajebiste jedzenie. W pewnym momencie komunikat po Tajsku, ta wyłącza gaz, zdejmuje fartuch, zamyka kramik i biegnie gdzieś. 10 min później robiła nam kontrole bezpieczeństwa. Ja zapomniałem o zapalniczce w plecaku a mój kuzyn o scyzoryku. Śmialiśmy się z tego, że w Europie pewnie już byśmy mieli bana na loty do momentu gdy na pokładzie samolotu nie zobaczyliśmy rodzinki 2+3 gdzie tata, trzymają syna na kolanach, wyjął deseczkę do krojenia, nóż albo małą maczetę i zaczął kanapki robić dzieciom. Stuardessa nawet nie zareagowała.

@Opornik małże, krewetki(prawns ale chyba takie małe i białe) i chyba mówił coś o calamari-zapomniałem polskiej nazwy) ogólnie owoce morza występują na północnych wodach, tylko nie są tak okazałe i soczyste jak te z mórz południowych. Pewnie jeszcze jakieś skorupiaki do tego.

A czy biednie? Szkoła do jakiej chodził to raczej droga zabawa. Sądzę, że bardzo mało wydają na życie. Btw nigdy nie był w Londynie. Windermere to najdalej na południe wysunięta miejscowość w jakiej był.

A mi to szczeze mówiąc imponuje takie życie. Dla większości taka egzystencja z dala od wygod i możliwości dzisiejszego świata to był by dramat, a mi się wydaje że życie gdzie niemal od urodzenia masz swoje ważne miejsce i rolę, a to co robisz i jak funkcjonujesz determinuje przyroda i pory roku, to coś w czym mógł bym się jakoś odnaleźć. No, w każdym razie spróbował bym


Swoją drogą bardzo ciekawe doświadczenie choćby pogadać z takim człowiekiem, fajnie że miewasz takie możliwości.

@Taxidriver Na farmie to ja żyję w Polsce. W Azji trochę klimat mi nie leży. Bardziej chodziło mi o tą izolację, przynależność spoleczną, a i szkocki klimat i przyroda, oraz bliskość morza bardzo mi leżą

@wiatrodewsi ma farmie rodziny mojej żony znajdziesz wszystko, poza Szkcka pogoda i whisky. Jest obco, jest daleko, polega się na innych no i żyje się z pracy rąk.

Fajna opcja, ale nerek by mi na to nie starczyło

Poza tym dobra rzecz pomarzyć, ale ten pociąg już odjechał, trzeba było kombinować 20 lat temu. Jak się ma 40+, żonę, dzieci, starzejących się rodziców i w miarę poukładane życie, to myśli o pierdolnięciu wszystkiego i wyjebaniu do samotni na szkockiej wyspie stanowią bardziej niespełnialne marzenie niż jakkolwiek realny scenariusz.

@wiatrodewsi Poza tym pierdolnięcie i wyjechanie tam nie byłoby tym samym, co życie tam od urodzenia, z rodzicami, rodziną bliższą, dalszą, sąsiadami i swoim miejscem oraz rolą w tym świecie. To jednak dosyć istotny element tych marzeń.

@GazelkaFarelka Oczywiście. Żeby tam faktycznie przynależeć trzeba by pewnie tam się urodzić lub choć pomieszkać ze 20 lat żeby jako - tako przyswoić styl życia, zwyczaje, język, no i zdobyć ludzkie zaufanie. Bez tego to jednak trochę bez sensu, choć pewnie dało by się w jakimś stopniu żyć jak oni, nawet nie będąc jednym z nich.

@Lemon_ mogliby nawet jej nie zauważyć. Co ciekawe każda, nawet mała wysepka ma swoje mini lotnisko.

Ale w razie konfliktu, jeśli roomy stają to dostępność leków, ubrań, paliwa do pieca czy drewna staje się mocno problematyczna.

@DexterFromLab dzieki. Zapraszam na autorski tag #taxicoolstory i #coolstorytaxi Pominąłem kilka małych rzeczy jak np. fakt, że ma pozwolenie na kilka strzelb, umie polować na ptactwo i zwierzynę czy to, że wszystkie drogi na wyspie są jedno pasmowe (tzn jeden pas służący do jazdy w dwie strony) Bardzo fajny koleś, zaskakujące że pracuje w hotelu.

Mam klienta. Od parunastu lat mieszka w Szkocji. To jest wyjątkowa hybryda oszczędnego szkota i północnowschodniej mentalnej popegerowskiej biedy. Transferuję go czasem z, i na lotnisko. Jedna z sytuacji: Zjeżdżamy na stację paliw na krótką przerwę. Po wizycie w toalecie podszedł do kasy po małe zakupy pytając mnie czy też będę pił kawę. Często się zdarza że klienci w długich trasach fundują (nie tylko) kawę. Zawsze jeżdżę z kawą więc odpowiedziałem że tak. I kupił kawę. Sobie!

Następnym razem ja zapytałem czy chce i od razu zapłaciłem za obie.

Zaloguj się aby komentować