Ja pierdzielę. Tylko pół roku mnie w kraju nie było, a zdążyłem zapomnieć, jakim igraniem z życiem i zdrowiem jest tu poruszanie się po chodnikach. Mieszkam na obrzeżach Warszawy, zrobiłem sobie właśnie wycieczkę do sklepu, ze 300 metrów w jedną stronę. Słuchawki na uszy i idę. Normalnie idę, trzymam się prawej strony chodnika i idę, jedna noga za drugą. Zostałem zjebany przez jednego rowerzystę (nie wiem dokładnie za co, bo nie zdążyłem wyjąć słuchawek), dwa razy wyprzedzony na żyletki przez rozpędzone hulajnogi (na jednej dzieciak, na drugiej stary dziad). Oprócz tego standard, kilka hulajnóg i rowerów jadących w miarę normalnie, ale nadal wąskim chodnikiem i lawirujacych między przechodniami (no mimo wszystko jest 17 godzina, przechodniów sporo).
A U NAS W HISZPANII rowerzyści i hulajnogiści wypieprzeni są na jezdnię, a kierowcom samochodów grożą wysokie mandaty za wyprzedzanie ich z pełną prędkością (trzeba bodaj 20 poniżej aktualnego limitu) i w zbyt bliskiej odległości (chyba nawet na drugi pas trzeba zjechać). I wszyscy jakoś koegzystują. Za to po chodniku można iść z zamkniętymi oczami, a nawet jak jedzie po nim jakiś dziadek na rowerze czy rodzic z dzieckiem, to niewiele szybciej niż ja idę i już z daleka sygnalizuje, że się zbliża. Tu właśnie mi przypomniano, że na chodniku muszę cały czas skanować radarem obszar dookoła, a wyprzedzenie kobiety z wózkiem wymaga włączenia kierunkowskazu, jeśli chcesz zachować w miarę estetyczną mordę.
#polskiedrogi #shagwestwpolsce