#gotowanie #restauracje #przemysleniazdupy #gownowpis #powinienempracowacalechuj
Rozkminy tak przy okazji rozmowy o gwiazdkach Michelena i zagrywając fantastycznym kebsem własnej produkcji na towarach z Lidla - dlaczego mimo że wiem, że te prestiżowe knajpy mają naprawdę świetnych kucharzy i jedzenie bywa fantastyczne, to jednak już od dekady w żadnej podobnej nie byłem. I nie, nie wynika to z tego że teraz musiałbym sam płacić (no może trochę.)
Nazywam to zasadą 50-10 i stosuję zawsze gdy sam gotuję ale także w innych aspektach życia. Jest to zadanie samemu sobie pytania, czy jestem skłonny poświęcić 50% więcej czasu czy zasobów, by mieć efekt lepszy o 10%. Ostatnio widziałem jak jakiś niezły szef tłumaczył jak przyrządza szparagi. Że tak nie wolno, bo traci smak, tak trzeba, bo ładniej się prezentuje. W połowie skubania myślałem że ich pojebało, w smaku szczerze różnica była znikoma. Czy warto użyć jakiegoś super najlepszego masła prosto z Prowansji zamiast mlekowity? Może tak, ale czy komukolwiek naprawdę tak zależy. Czy wolisz dopłacić 25k do samochodu, by mieć lepsze siedzenia i dwa bajery więcej? Raczej nie. Ze sprzętami, wakacjami i wieloma innymi rzeczami jest tak, że powyżej jakiegoś poziomu solidne 7.5/10 później zaczynają się schody i by przeskoczyć na kolejny poziom trzeba już dużo więcej poświęcić. Bardzo rzadko się na takie coś decyduję.
Nie wiem po co się uzewnętrzniam.


