@AureliaNova ach, to teraz rozumiem, do czego pijesz. Ale to, o czym piszesz brzmi, jakby bylo problemem, mimo ze nie musi nim byc. OK, powiedzmy sobie, ze spora czesc ukladu okresowego ma swoje polskie odpowiedniki. W innych jezykach nazwy sa (zdaje sie) zaczerpniete z laciny. Dlaczego powszechnosc rozwiazania mialaby byc tutaj korzystna? Cecha kazdego z jezykow jest to, ze do jego zrozumienia potrzebne jest zaznajomienie sie ze slownictwem. Czy to jest zle? Wg mnie nie ma powodu, zeby wypominac to Sniadeckim, jedyny istotny blad to nazwanie C weglem, poniewaz to czasem prowadzi do nieporozumienia. Tymczasem w polskim wyjatkowo mowi "herbata" zamiast "czaj" albo "te". Nie sadze, zeby to czynilo to slowo glupim, zwlaszcza ze ma jakies podstawy etymologiczne.
Niby fajnie by bylo, jakbysmy wszyscy po prostu nauczyli sie esperanto i mogli ze soba rozmawiac, ale w tej chwili nie ma na to szans. Nalecialosci z innych jezykow beda, bedziemy tez polonizowac albo dostosowywac sie do zagranicznych slow, mamy tego sporo. Nie nazwalismy maszyny obliczeniowej "obliczaczem" tylko "komputerem". I to juz wg mnie takie durne nie jest, bo sprawa byla taka: jest jakis wynalazek, nie mamy na nie slowa, ale autorzy wynalazku nazywali to tak i nasi rodzimi specjalisci zaczerpneli z tego.