BEZ PRACY NIE MA KOŁACZY
#niemakolaczy
Part 7 - pracownica w sieciowce z markowym outletem w galerii handlowej.
Prace dostałam po znajomości, kumpel mojego kumpla mnie polecił dzięki czemu dostałam tam posadę. Był to całkiem dobry larytas jeżeli chodzi o pracę dla studentów. Stawka była o kilka cebulionow wyższa niż najniższa krajowa. No i było coś niespotykanego na skalę studencką - Dostawało się umowę o pracę, a nie jakaś tam zleceniowke.
Praca zaczęła się całkiem spoko, było dużo roboty i zmiany 12h więc 3/4 etatu bardzo szybko się wypracowywalo. Mimo ilości godzin czas mijał bardzo szybko. Wg tego co było na początku nie robiło się cała zmianę tego samego, tylko co 3h zmieniało się stanowisko. Raz to była kasa, raz szatnia, a raz układanie ubrań na rejlach.
Jednak bardzo szybko mój entuzjazm do pracy został sprowadzony do parteru. Przez to że tam każdy pracował z polecenia, kolesiostwo miało tam lvl hard. Najgorszym zajęciem na zmianie była szatnia, stało się przy wejściu i odbierało ubrania od klientów, a potem układało te obrania na wieszaku. Nikt tam nie chciał stać, więc kto dostawał to zajęcie? Ktoś najmniej znany i lubiany - czyli ja i laska że mną zatrudniona. Szybko zasada zmienności stanowisk przestała istnieć. Może i celowo mnie dawali na szatnie bo już wiedzieli że nie ma sensu żebym się uczyła innych działów skoro i tak mi nie przedłużą umowy...
Bardzo prawdopodobne, że przez depresję jaka wtedy miałam, moje podejście do pracy i obowiązków była bardzo olewcze, ale też bez przesady, po prostu nie chciało mi się uczyć numerów działów było ich chyba z 50 i trzeba było wiedzieć co kryje się pod każdą liczba żeby szybko segregować produkty, ale w rzeczywistości po prostu było widać co gdzie idzie. Ale robiono co chwilę z tego testy jakby to był jakiś egzamin. A w rzeczywistości wiadomo było, że jak coś jest talerzem to raczej nie idzie do działu z bielizną tylko do działu kuchennego. Problem był bardziej z ubraniami, bo czasem ciężko było rozróżnić co jest damskie a co męskie, więc te numery akurat znałam.
Więc moja praca przez prawie 3 miesiące polegała na staniu przy szatni jak te widły w gnoju... mam teraz szacunek do osób które odbierają takie ubrania. Staram się je oddać w miarę normalnym stanie, a nie wymięte, rozpięte i bez wieszaka. Kiedyś dostałam od jakiegoś typa stos wymiętych jak szmaty ubrań, które właśnie przymierzył papatrzylam na niego z pretensja i powiedziałam "serio?" A ten do mnie "taka praca" i odszedł z poczuciem wyższości na twarzy. Dał mi masę dodatkowej pracy...
Punkt w którym moja wyjebka na tą pracę przekroczyła swój limit, był taki że jak zgłosiłam L4 na dwa dni. Po tych dwóch dniach miałam mieć wolne przez kolejne 5 dni. Po dwóch dniach L4 dostałam telefon od przełożonej czemu nie ma mnie w pracy, ja mówię że mam przecież zmianę dopiero za 5 dni, a ona że nie, że grafik się zmienił i dzisiaj mam zmiane. Ja do niej że powinna mnie o tym poinformować skoro byłam na L4, a ta że to w mojej gesti leży pilnowanie zmian w grafiku. Grafik był wywieszony na kartce w szatni, więc trzeba było być fizycznie w pracy żeby wiedzieć, że grafik się zmienił xd niby była jakaś grupa na fb z grafikiem ale nikt mnie tam nie dodał...
Czasami zdarzyło mi się stac na kasie i byłam w szoku ile ludzie mają kasy. Zostawiali w tym sklepie luzem kilka tysięcy jak gdyby nigdy nic.
Z cringowych rzeczy to mieliśmy słuchawki przez które się komunikowalismy i faceci na zmianie gadali sobie teksty typu "ale fajna d⁎⁎a przy kasie" "no ale bym ją..."
Raz była też wielka bitwa kierowniczki z Cyganakami, które regularnie kradły w tym sklepie. Kierowniczka chciała im zabrać ubrania z torby które zaczęły piszczeć przy wyjsciu, no to Cyganka rzuciła się na nią z łapami.
Ogólnie co do kolesiostwo to rozbroił mnie fakt, że był tam taki chlopaczek zatrudniony wtedy co ja. Kompletnie sobie nie radził, ciągle coś mi z rąk leciało i ciągle się mylił. Z innymi osobami zatrudnionymi w tym samym czasie byliśmy w szoku, że nie dostawał żadnych uwag, a my wszyscy ciągle byliśmy "j⁎⁎⁎ni", nie wiem jakie miał on znajomości że wszyscy się tak nad nim spuszczali i go ojojali. Moje podejrzenie było takie, że to był chłopak jednego z kierowników.
Po ponad 2 miesiącach miałam rozmowę o przedłużenie umowy po okresie próbnym. Od razu powiedziałam, że nie chce tej umowy przedłużać bo wizja pracy na szatni 12 h dziennie była dla mnie nie do udźwignięcia. Przełożona po moim tekście powiedziała "no to mamy problem z głowy". Czyli też nie chciała mi tej umowy przedłużyć. Ego pracujących tam kierowników posiadało własną grawitację. Jedyna kierowniczka zmiany była fajna - ta pobita przez cygankę. Reszta to jakieś nieporozumienie i brak umiejętności zarządzeniem ludźmi czyli standard jak kogoś bardziej lubię to go lepiej traktuje, kogoś nie znam to go gnoje.
Podsumowując: praca w sklepach z odzieżą totalnie mnie odrzuca, nie chciałabym znów pracować w tej branży. Trzeba to lubić i podobnie jak w urzędzie tak i w dużych sklepach - trzeba wiedzieć komu wejść w dupkę.
#praca #pracbaza
