#malcolmxd

0
6

#copypasta #malcolmxd #romanzlondynu #johnycash https://pixeldrain.com/u/zgedPwTB

W bajkach dla dzieci są czasami takie opisy postaci, że np. Baba Jaga przyszła do domu dzieci w przebraniu, ale i tak jej źle z oczu patrzyło. Zawsze mnie zastanawiało, co konkretnie to znaczy, bo w realu nigdy się z czymś takim nie spotkałem – aż do teraz. Ten Łukaszek to był tylko na nieco wyższym poziomie patologii niż mój kuzyn, w sensie jak się spojrzy na mordę, to widać, że ma na sumieniu jakieś wpierdole na dyskotekach, drobne kradzieże i tym podobne. Dostał pewnie kiedyś dwa lata, jak już mu się w końcu nazbierało tych grzechów lekkich, ale potem nienaganne sprawowanie i po roku mu zamienili na jakieś prace społeczne. Roman natomiast miał tak na oko z 35 lat i ryj tak kryminalny, że 10 lat to na pewno w życiu przesiedział. Na dłoniach wydziarane jakieś gównopajęczyny w jakości takich naklejanych tatuaży dla dzieci, co kiedyś dawali w czipsach na halloween. Na szyi miał natomiast wytatuowaną koronę –symbol przymierza pomiędzy Kielcami a piłką. Nad szyją i koroną mieściła się jego głowa, a w niej oczy.

W każdej wsi oraz dzielnicy miasta w Polsce krążą opowieści o tym, jak to ktoś komuś poderwał dziewczynę czy tam ukradł telefon na imprezie i ten drugi potem dojechał tego pierwszego z 10 kolegami i podobno tak mu wpierdolili, że nawet ktoś po mu głowie skakał. Oczy Romana mówiły, że w takich sytuacjach to właśnie on był tym, co skakał po głowie, bo jemu nie wystarczy, że typek już leży przekopany, tylko jeszcze się trzeba pobawić, a jak ktoś na koniec zabawy nie jeździ na wózku inwalidzkim do końca życia, to znaczy, że zabawa się nie udała. Roman świdruje mnie więc swoimi nienawistnymi oczami, a potem przerywa ciszę pytaniem

A CO TO MA K⁎⁎WA BYĆ? Słysząc te słowa ze swojego pokoju wyskakuje Krystian i zaczyna prawdziwą k⁎⁎wa obronę Sokratesa A SIEMASZ ROMAN WARIACIE, MORDECZKO. JAK TAM CO TAM, WSZYSTKO SPOCZKO? BO WIDZISZ, TUTAJ DO MNIE KUZYN NA CHWILĘ PRZYSZEDŁ, CO NIE, BO CHŁOPAKI DOPIERO CO Z POLSKI PRZYJECHALI, NIE MIELI GDZIE SPAĆ, TO GO NIE ZOSTAWIĘ NA ULICY, BO TO RODZINA. RODZINA NAJWAŻNIEJSZA, CO NIE WARIACIE? JAK BYŚ NIE MIAŁ NIC PRZECIWKO, TOBY SIĘ U NAS PRZEKIMALI Z DZIEŃ CZY DWA, CO? MOGŁOBY TAK BYĆ? NO MÓWIĘ CI, ŻE Z PROSTO Z POLSKI PRZYJECHALI, WÓDKI NAM PRZYWIEŹLI W PREZENCIE, CO NIE CHŁOPAKI? Z naszego pokoju na parterze wychodzi wtedy Stomil i nie znając sytuacji, mówi zgodnie z prawdą, że wiózł wódkę, ale mało miał, tylko litra dla siebie na drogę. NO TO MACIE K⁎⁎WA PROBLEM – mówi Roman – BO MY MAMY POPITĘ – tu wskazuje na siatę browarów trzymaną przez tego całego pięćdziesięcioprocentowego patologa Łukaszka – WIĘC ZAPIERDALAĆ DO SKLEPU. No to ja się szybko ubrałem i siłą rzeczy wychodzimy ze Stomilem do sklepu po prezenty z Polski. Jak tylko wyszliśmy na ulicę, to poczułem ulgę, że nie obskoczyliśmy wpierdolu już na samym początku, ale w tym momencie słyszymy za sobą patolski skrzek Romana EEEEJ! K⁎⁎WA!, więc pomyślałem, że zbyt szybko się ucieszyłem, ale na szczęście ten po prostu przypomniał sobie, że do listy zakupów nie dodał szlugów marki MALBORASY ZŁOTE.

Trochę nam z tymi zakupami zeszło, bo nie znaliśmy okolicy, więc sklepu szukaliśmy z pół godziny. Jeszcze mieliśmy dyskusję, ile paczek fajek Roman miał na myśli, żeby z jednej strony nas za dużo nie wyszło – bo były po 6 funtów za jedną – ale żeby z drugiej strony Romana nie wkurwić. Stanęło na 3 paczkach, dwa razy zero siedem wódy (też drogo), czipsy i możemy wracać z nadzieją, że to wystarczy. Wchodzimy do kuchni, gdzie chłopaki siedzą przy stole i prewencyjnie piją zawczasu popitkę, czyli browary, żeby przeciwdziałać największemu zagrożeniu związanemu ze spożywaniem alkoholu, czyli odwodnieniu. Postawiliśmy zakupy na stół i jeszcze nie zdążyliśmy ich wypakować z siatek, jak Roman podniósł się z krzesła, stanął za nami i zapierdolił nam tak zwane KARCZYCHO, czyli uderzenie otwartą ręką w kark, na tak zwaną ODMUŁĘ, bo podobno długo nam zeszło. Na odmułę dostawaliśmy zresztą przez cały wieczór, bo Roman widocznie obawiał się, żeby nasza czujność nie została uśpiona. Aczkolwiek już sama jego obecność na to nie pozwalała, bo wytwarzał dookoła siebie taką atmosferę, że człowiek cały czas był przygotowany na to, że Roman może się na niego z byle powodu rzucić z nożem. Siedliśmy do stołu i chłopaki zaczynają nas rozpytywać o sytuację w ojczyźnie, więc opowiadamy, że wszystko z grubsza po staremu. Siłą rzeczy temat zaraz zszedł na policję i ogólnie tematy prawno-karne, w których przodował semi-patolog Łukaszek, który gardłował o jebaniu policji ile wlezie i tylko patrzył co chwilę na Romana, czy on aprobuje, bo ewidentnie chciał mu się podlizać. Roman tylko co jakiś czas dorzucał jakieś swoje przemyślenia, po których zawsze następowało 30 sekund ciszy, bo każdy starał się zrozumieć, o co mu chodziło. Spowodowane było to tym, że tworzone przez niego zdania składały się właściwie z samych przekleństw, tylko odmienionych przez różne czasy i przypadki.

Polski jest w tym obszarze językiem rozbudowanym, więc podejrzewam, że lingwiści angielscy mieliby spore kłopoty, żeby po swojemu oddać zdanie I K⁎⁎WA MNIE TA K⁎⁎WA J⁎⁎⁎NA WZIĘŁA K⁎⁎WA I WKURWIŁA, bo w przekładzie dosłownym to wyszłaby wypowiedź z prawie samym FUCKING FUCK i nam nawet w oryginale, znając kontekst i osadzenie kulturowe wypowiedzi, było to ciężko skiminić. Taka rozmowa trwała ponad godzinę, więc w końcu chciałem trochę odpocząć od tej dusznej atmosfery i zaproponowałem Stomilowi, żebyśmy wyszli na szluga na ogródek się przewietrzyć. W UK każdy z tych identycznych council house’ów ma taki miniogródek, wielkości może 20 metrów kwadratowych, z czego zazwyczaj połowa jest wyłożona płytami chodnikowymi albo kostką, a na drugiej połowie rośnie trawa i stoi składzik, czyli SHED, do którego się wyrzuca wszystkie te rzeczy, które kiedyś jeszcze mogą się przydać, czyli to, co w Polsce wrzuca się na pawlacz. Natomiast nikt nigdy nie wie, kiedy to kiedyś nadejdzie, więc składzik jest zajebany badziewiem pod sam dach. Tak zwany GARDENING to najpopularniejsze hobby w Wielkiej Brytanii, więc w ogródku prawie każdego domku są też kompostowniki, czyli takie pudła, do których się wrzuca różne resztki jedzenia z kuchni, które potem z pomocą sił natury zamieniają się w kompost. Przysiedliśmy więc na kompostowniku, który u nas akurat był plastikowy, i cieszymy oko badziewiem wysypującym się ze składziku, aż nagle ciszę przerywa Stomil TEN ROMAN TO NAWET SPOKO. Mówię mu, jaki k⁎⁎wa spoko? Pełnowymiarowy kryminalista, recydywista nawet. Słyszałeś, jak coś wspominał o więzieniu. Wódkę na nas wymusił rozbojem, że nie wspomnę o szlugach. Na to Stomil zaczyna odkręcać, że nie można człowieka tak oceniać, że faktycznie siedział, ale może za niewinność. Albo za posiadanie marihuany na własny użytek. Albo za jazdę na rowerze po trzech piwach. Albo jakieś inne gównoprzestępstwo, których w Polsce trochę jest. To mu tłumaczę, że nie jestem specjalistą od świata przestępczego, ale nie sądzę, żeby kodeks grypserski przewidywał tatuowanie sobie kropki pod okiem za każde piwo wypite przed jazdą na rowerze – bo Roman miał akurat trzy. A ta korona na szyi to nie wiem, chyba symbol zbieracza metali nieszlachetnych, co poszedł siedzieć za kradzież na złom studzienki kanalizacyjnej, żeby mieć na chleb dla dzieci. Rozmowę przerwał Krystianek, który wychylił się z kuchni i zakomunikował, że wódka się skończyła, i Roman mówi, że mamy iść i dokupić, bo nam j⁎⁎⁎ie. Tym razem krócej zeszło, bo już wiedzieliśmy, gdzie jest sklep, a w dodatku musieliśmy szybko iść, bo zaraz była północ i mieli zamykać, ale i tak po powrocie dostaliśmy od Romana na odmułę. Chyba bardziej prolaktycznie, żebyśmy się nie zamulili przy dalszym piciu, bo wszyscy już byli trochę porobieni. Półpatolog Łukaszek już się nie mógł doczekać, więc krzyczy NOOO DAWAĆ PO KOLEJCE, ale zaraz potem twarz mu się zrobiła tak wystraszona, jakby zdradził jakiś wielki sekret, i patrzy się to na Romana, to na Krystianka. Krystianek westchnął ciężko i schował twarz w dłoniach. Natomiast z całej trójki na sugestię picia kolejki najbardziej entuzjastycznie zareagował Roman, który zwrócił się do mnie i Stomila AAAA WŁAŚNIE, BO WY CHŁOPAKI JESZCZE KOLEJKI NIE WIDZIELIŚCIE.

Po czym poleciał do swojego pokoju na górze. W tym czasie Krystianek zaczął szeptem opierdalać Łukaszka, że co on narobił, że znowu będą musieli z Romanem siedzieć do 6 rano i słuchać. Nie zdążyliśmy się dowiedzieć czego, bo Roman wrócił do kuchni, dzierżąc stos pudełek, które, jak się okazało, zawierały zabawkowe, elektryczne kolejki szynowe oraz akcesoria do zabawy niezbędne, takie jak szyny. Natomiast określenia ZABAWKOWE używam tylko dlatego, że na szczęście nie stoi teraz nade mną Roman, bo wtedy bardzo wyraźnie podkreślił, że to nie są zabawki, tylko MODELE KOLEKCJONERSKIE, a jak ktoś ma co do tego wątpliwości, to dostanie wpierdol. Zaraz zaczęło się picie wódy połączone z układaniem po całej kuchni torów kolejowych, bocznic, stacji i tak dalej. Roman w tym czasie pokazywał nam różne wagony i lokomotywy, opowiadał nam ich historię oraz dogłębnie tłumaczył specykację techniczną. Że ta oto lokomotywa napędzana jest silnikiem diesla, a wprowadzona do użytku została w 1963, i ma moc 2500 koni mechanicznych, a ten wagon pasażerski to coś tam, a tamten wagon towarowy to jeszcze coś innego. Niewiele mi się udało zapamiętać, bo trwało to grubo ponad godzinę, w trakcie której Roman zarzucił nas co najmniej kilkuset faktami kolejowymi, a my raczej niż na ich faktycznym przyswojeniu skupialiśmy się na tym, żeby wyglądać tak, żeby Roman nie miał wątpliwości, że to bardzo ciekawe NO POPATRZ, CZŁOWIEK STOI SAMOCHODEM PRZED PRZEJAZDEM KOLEJOWYM I SOBIE NIE ZDAJE SPRAWY, ŻE TA LOKOMOTYWA, CO PRZED NIM PRZEJEŻDŻA, TO WAŻY 135 TON. FASCYUJĄCE! A wtedy Roman płynnie przechodził dalej TY, ALE SKUMAJ NAJLEPSZE… i tu następował dalszy wysyp danych technicznych. Opowiadał natomiast z taką pasją, że strach mu było to przerwać, więc już zrozumieliśmy o czym mówił Krystianek, jak miał do Łukaszka pretensje, że będziemy siedzieli do 6 rano. W końcu Stomil zapytał Romana, skąd on się tak na tym wszystkim zna. Roman opowiedział nam wtedy poruszającą historię, że przez całą swoją karierę kryminalną miał takie dziwne szczęście, że jak siedział w poprawczaku, a potem różnych więzieniach, to zawsze znajdowały się one blisko jakiejś stacji kolejowej albo przynajmniej torów. Oglądał więc przez okno celi pociągi, a jeżeli akurat miał taką celę, że nie było widać, to leżał w nocy i słuchał, jak przejeżdżają, i sobie wyliczał, jaki to jest pociąg, dokąd jedzie czy jaka lokomotywa go ciągnie. A tych wszystkich szczegółów nauczył się z takiego opasłego informatora PKP, który jest kolejowym odpowiednikiem książki telefonicznej, a który z jakiegoś powodu wysyłany jest co roku do każdej biblioteki więziennej w Polsce. Może po to, żeby osadzeni mogli sobie z odpowiednim wyprzedzeniem zaplanować podróż do domu. Na wolności natomiast zaczął czytać różne inne książki kolejowe i zbierać te MODELE KOLEKCJONERSKIE, z czego też miał w końcu kłopoty, bo pasja pasją, ale przecież frajerem nie jest, żeby płacić za model 400 złotych – nawet za taki rarytas jak lokomotywa elektryczna ABB ALP-44. A jako że w Kielcach są dwa sklepy modelarskie na krzyż, to Romana bardzo szybko tam znali i jak tylko przychodził, to obsługa dzwoniła na policję. W UK mu się natomiast poprawiło, bo po pierwsze był tam mniej rozpoznawalny, a po drugie jego hobby cieszy się tam większą popularnością, więc siłą rzeczy sklepów modelarskich też jest więcej. Niedługo miały być nawet jakieś targi kolejek w Liverpoolu, na które Roman planował się wybrać – naturalnie pociągiem. Jako że już trochę wypiliśmy, a mnie ta historia dosyć mocno ujęła, to zdobyłem się na odwagę i mówię, Roman, z tym, jak leżałeś w więzieniu i słuchałeś pociągów, to zupełnie jak w tej piosence Johnny’ego Casha. Roman, słysząc to, wstał i już myślałem, że zachowawczo mi j⁎⁎⁎ie, natomiast on wyciągnął łapę i powiedział, że jak znam Johnny’ego Casha, to jest k⁎⁎wa szacun, po czym zbił ze mną pionę, aż plasnęło. Potem usiadł na krześle, kazał wszystkim walnąć lufę, zapatrzył się w jeżdżący po kuchni pociąg i zaczął pod nosem śpiewać „Folsom Prison Blues”. Nie znał co prawda zbytnio słów, ale melodię całkiem nieźle, a jak mu brakowało jakiegoś wyrazu w tekście, to po prostu zastępował go innym słowem z pogranicza polskiego, swojego wymyślonego języka i jakichś losowych języków obcych. I HERE THE TRAIN IS KOMIN IT ROLLEN DOWN DIE BEND EN I NO SEE SANCZAJN SINCE I DON NOW WHEN Wszyscy wpadliśmy w jakąś taką melancholię, a ja wyobrażałem sobie młodego Romka, jak go opieka społeczna wzięła do bidula z jego dysfunkcyjnego domu, a on miał z 8 lat i w tym bidulu stał przy oknie i marzył, że jednym z przejeżdżających pociągów przyjadą po niego rodzice z wszytym esperalem. Łukaszkowi widocznie też się zrobiło Romana szkoda, bo chcąc go najwyraźniej wyrwać z tej zadumy, wysilił się na dziarski ton i powiedział TO CO, MOŻE NA DRUGĄ NÓŻKĘ? po czym mocno tupnął rzeczoną nóżką w podłogę, żeby ten pomysł przypieczętować. W tym momencie powstał problem natury logistycznej: o ile w piosence „Folsom Prison Blues” pociąg przejeżdżał pod więzieniem, w którym siedział Johnny Cash, to w kuchni naszego council house’u pociąg przejeżdżał akurat pod stołem, w tym samym miejscu i czasie, w którym noga Łukaszka miała spotkać się z podłogą. Dało to się poznać po tym, że zamiast odgłosu tupnięcia usłyszeliśmy dźwięk pękania czegoś, a pociąg nie wyjechał tunelem pod nogami Stomila, skąd zgodnie z rozkładem wyjechać powinien. Przy stole zapadła grobowa cisza, Roman zajrzał pod spód i wyłonił się, trzymając w ręce lokomotywę parową Pennsylvania Railroad Class A5, na której nie było komina, a być powinien, bo jak było już nam wiadomo, jest on jednym z kluczowych elementów tego typu lokomotywy. Łukaszek pobladł i zaczyna się tłumaczyć, że nie zauważył. Romanowi ryj tak poczerwieniał, że wyblakłoczarne kropki pod jego oczami prawie przestały być widoczne i zaczął cisnąć go litanią swoich kryminalnych żali.

JAK K⁎⁎WA WTEDY OPIERDALALIŚMY LOMBARD, A TY STAŁEŚ NA ORIENCIE, TO TEŻ NIE ZAUWAŻYŁEŚ! I CO CWELU? JA ZA CIEBIE WTEDY W WIĘZIENIU SIEDZIAŁEM. SŁOWA NIE POWIEDZIAŁEM, ŻE BYŁEŚ ZE MNĄ, A TY SPIERDOLIŁEŚ DO DOMU, BUJAŁEŚ SIĘ PO WOLNOŚCI I NAWET MI RAZ NIE PRZYSŁAŁEŚ HAJSU NA WYPISKĘ NA KANTYNĘ. ALE ROMEK, SPOKOJNIE, PRZEPRASZAM... ALE CO K⁎⁎WA ROMEK? CO K⁎⁎WA SPOKOJNIE?! Roman rzeczywiście nie zrozumiał, w jakim kontekście padł wyraz SPOKOJNIE, bo zapierdolił Łukaszkowi tą łapą, w której trzymał popsutą lokomotywę, taką lampę na ryj, że jego łuk brwiowy się rozstąpił jak Wielki Kanion, który pewnie też w jakiejś piosence Johnny’ego Casha musiał się przewinąć. Łukaszek zleciał z krzesła na podłogę i wpadł w znajdującą się tam bocznicę kolejową, w wyniku czego tory się porozłączały, więc Roman wymierzył mu jeszcze kilka dodatkowych kopów na ryj, przy każdym kopnięciu sylabizując: CO-KU-RWA-SPO-KOJ- NIE. A że Łukaszek przy każdym kopnięciu odbijał się jeszcze tyłem głowy od ściany, to po tym combosie już stracił przytomność. Lokomotywa Pennsylvania Railroad Class A5 też ucierpiała, natomiast nie lała się z niej krew, tak jak z łba Łukaszka. Pomyślałem, nie no k⁎⁎wa, zabił człowieka. Mój kuzyn Krystianek zdobył się na największą odwagę cywilną, mówi ROMAN, CO TY ROBISZ, CZŁOWIEKU, DAJ MI PRZEJŚĆ, JA MU POMOGĘ

i chciał podnosić Łukaszka z podłogi, ale tak jak wyraz KOLEJKA uruchomił wcześniej u patologa Romana skojarzenie pozytywne, tak teraz wyraz POMOGĘ zadziałał odwrotnie, bo rozpoczął kontynuację nagromadzonych przez patologiczne życie żali. TERAZ TO POMOGĘ, A JAK Z POLSKI UCIEKAŁEM TO MI NIKT K⁎⁎WA NIE POMÓGŁ! NIKT! NIGDY! OBIECYWAŁEŚ FRAJERZE, ŻE MI ROBOTĘ ZAŁATWISZ I CO? TRZECI MIESIĄC PIERDOLISZ, ŻE ZARAZ BĘDZIE. Po czym rzucił się na Krystianka, który na szczęście zrobił unik i zaczął uciekać. Nie było łatwo się im ganiać po domu, bo byli dosyć na⁎⁎⁎⁎ni, więc najpierw zrobili rundkę po kuchni, potem pobiegli do naszego pokoju, a potem usłyszeliśmy ich tupot na schodach prowadzących na piętro. My ze Stomilem siedzieliśmy skamieniali przy stole, a tu nagle za oknem wychodzącym na ogródek słyszymy JEB i widzimy Krystianka, który przeturlał się po trawniku, po czym wskoczył na płot i zniknął w ogródku sąsiada. Widocznie Roman osaczył go w pokoju i zrozpaczony Krystianek musiał uciekać przez okno z pierwszego piętra. A tu zaraz następne JEB, nawet głośniejsze – z okna wyleciał Roman. A j⁎⁎⁎ął głośniej dlatego, że skoczył na kompostownik i przebił się przez jego klapę tak, że do połowy był w środku, a od połowy na zewnątrz. Ten konkretny kompostownik to był taki gotowy do złożenia z marketu budowlanego, plastikowy. Roman widocznie się w tej pękniętej klapie jakoś zaklinował, bo rzucał się jak oszalały i ciągle darł mordę, wyrzucając z siebie wszystkie najgorsze bluźnierstwa, wyuczone przez kilka dekad swojej kryminalnej kariery. Musiałem dokonać błyskawicznej analizy sytuacji: Łukaszek nieprzytomny, prawdopodobnie nieżywy, Krystianek zdezerterował, patolog Roman chwilowo zniewolony w kompostowniku, ale jak wyjdzie, to nas na pewno pozabija za sam fakt, że jesteśmy pod ręką. Biorąc pod uwagę te wszystkie czynniki, krzyczę na Stomila, że spierdalamy. Złapaliśmy nasze rzeczy z pokoju, co było o tyle proste, że jeszcze ich nie rozpakowaliśmy, bo od przyjazdu do Krystianka lataliśmy do sklepu albo piliśmy wódę, albo bawiliśmy się kolejką. Wybiegliśmy na ulicę i pobiegliśmy w kierunku stacji, a naszej ucieczce towarzyszyły niosące się po rejonie dramatyczne skargi Romana NIKT MI K⁎⁎WA NIE POMÓGŁ! NIKT NIE POMÓGŁ!!! Jak dobiegliśmy na stację, to okazało się, że pierwszy pociąg przyjedzie dopiero o 5 rano, a uznaliśmy, że nie możemy tam tyle czekać, bo jak Roman wyjdzie z kompostownika, to jako miłośnik kolejnictwa na pewno właśnie tutaj przyjdzie nas szukać. Poszliśmy więc z buta na jakiś losowy przystanek, na który o 5:40 miał przyjechać autobus, który zabierze nas na Brixton, czyli bliżej centrum. Prawie 4 godziny wolnego czasu, którymi dysponowaliśmy, spędziliśmy na rozważaniu, co teraz ze sobą poczniemy, bo na chwilę obecną jesteśmy bez stałego źródła zarobku i adresu zamieszkania. Że może pójdziemy pod jakiś most albo do tej jadłodajni, którą mi poleciła pani z informacji na dworcu Victoria. Aż w końcu Stomil zaczyna nieśmiało przebąkiwać, że on ma jeden pomysł, ale nie wie, czy mówić, bo mi to się pewnie nie spodoba. Mówię, że cokolwiek to jest, to dawaj, bo gorzej niż teraz mamy, to chyba nie będzie. No to on mówi, że jeden z tych jego wspólników od gitary mieszka na jakimś squacie i mówił, że jak coś, to my też możemy przyjść, jak będziemy w trudnej sytuacji, bo oni tam mają taką zasadę, że pomagają innym. Ja na to, że proste, oczywiście k⁎⁎wa, jedziemy. Pytam jeszcze, dlaczego wcześniej nic nie mówił. A BO NA TEN ŚMIETNIK TAK WYBRZYDZAŁEŚ, TO MYŚLAŁEM, ŻE NIE BĘDZIESZ CHCIAŁ

Heheszki userbar

Zaloguj się aby komentować

"Tam jest ku!*a Syria!" czyli pasta o Borach Tucholskich (MalcolmXD)


Wspominałem wam kiedyś, że jestem wielkim fanem rowerowej turystyki krajowej. W zeszłym tygodniu złożyło się tak, że podróżowałem w okolicach Torunia. Te wojaże zazwyczaj przebiegają mi bardzo sielankowo aż do moment, gdy zadzwoni jakiś mój ziomek i powie, że gdzieś jest jakaś inba i żebym przyjeżdżał - tak jak w lipcu było nad morzem. Nie inaczej było i tym razem, dzwoni koleżka co jest czy tam był harcerzem, że jest na akcji pod Chojnicami, bo tam jest k---a klęska żywiołowa, cały powiat r-----------y i każde ręce do pracy się przydadzą, a słyszał, że ja jestem gdzieś w okolicy. Muszę zaznaczyć, że nieprzypadkowo znajomi do mnie dzwonią w takich sytuacjach, bo ja okazji na tego typu akcje nigdy nie przepuszczam, co zresztą nieraz wpędziło mnie w kłopoty. Co do tej klęski, to ja za wiele informacji nie miałem, bo w czasie podróży nie mam zbytnio dostępu do mediów, tylko mi jakiś typ pod sklepem mówił, że gdzieś były jakieś wichury.


Ogólnie było tak, że w Borach Tucholskich przyszła mega k---a burza, połamało ileś tam tysięcy hektarów lasu, ludzi pozabijało, poniszczyło domy itd. Macie poniżej zdjęcie jak to wygląda. Ten koleżka mi powiedział, że mam przyjeżdżać do miejscowości o nazwie Rytel i tam szukać jego albo jakiegoś Zbigniewa co jest koordynatorem jakiejś tam ekipy - nie wiem, bo miałem słaby zasięg. Spod tego Torunia to miałem na miejsce akcji ponad 100 kilometrów, więc jako, że na rowerze to bym jechał z półtora dnia, to poleciałem po prostu na najbliższą stację benzynową i podbiłem do typa co tankował dostawczaka


PANIE KIEROWCO GDZIE PAN JEDZIESZ, JA DO RYTLA MUSZĘ SZYBKO BO TAM KATASTROFA A JA MAM BYĆ WOLONTARIUSZ, WEŹ MNIE PAN CHOCIAŻ KAWAŁEK PODRZUĆ


MŁODY NIE MUSISZ TŁUMACZYĆ, ŁADUJ TEN ROWER, JA CIĘ NA SAMO MIEJSCE ZAWIOZĘ. JA TAM MAM CIOTKĘ, TAM JEST K---A SYRIA!


Ten dostawczak to była chłodnia, a typ tak nią leciał, że tam byliśmy w nieco ponad pół godziny, aż wyroby mięsne pospadały mi na rower ze skrzynek xD Po drodze mieliśmy takie widoki, że faktycznie się poczułem jak w Syrii, bo momentami to po kilka kilometrów były takie obszary, że kamień na kamieniu ani patyk na patyku nie został, rozpiździel totalny, ludzie potracili dorobek życia a niekiedy to i życie.


Dojechaliśmy, dostawca mnie wyrzucił na jakiejś ulicy, zbiliśmy pionę i pojechał. Przypiąłem rower do płotu idę szukać tego mojego ziomka-harcerza albo tego słynnego Zbigniewa. W tej miejscowości rozstawiony k---a sztab kryzysowy, wszędzie latają jacyś strażacy, harcerze, wojsko z ciężkim sprzętem - widać, że wszyscy poza mną doskonale wiedzą co robią. Nagle mnie łapie jakiś typ w kamizelce odblaskowej


TO TY JESTEŚ OD TYCH PILARZY Z NADLEŚNICTWA?!


jeszcze nie zdążyłem się zastanowić kto to są pilarze, a on już sam sobie odpowiedział


K---A CZŁOWIEKU TO WSKAKUJ NA PAKĘ BO JUŻ ODJEŻDŻAMY! STARE BOROWICE CIĄGLE ODCIĘTE OD ŚWIATA! LAS NA DRODZE!


i mi ściąga plecak i wrzuca na jakąś ciężarówkę wojskową co stała obok, to chcąc nie chcąc też tam włażę, chociaż oszołomiony byłem jakbym się piwa napił. Na górze siedziało już z 20 osób, jak na ulicy - strażacy, wolontariusze, żołnierze, typ j⁎⁎⁎ął w szoferkę, DAWAJ JEDZIEM, no i jedziemy.


Jeszcze się nie zdążyliśmy rozpędzić, bo to ciężka maszyna, a tu z bocznej uliczki wybiega czterech typów w pełnym rynsztunku bojowym i za nami leci i krzyczy to słynne CHŁOPAKI CZEKAJTA. Kierowca się zatrzymał, oni się do nas w---------i i ruszamy. Wyglądali jakby właśnie wrócili z misji w Afganistanie: hełmy, mundury z jakimiś linami poobwiązywanymi, gogle, nóż przyczepiony do buta, jakieś k---a menażki i łopaty przy plecakach itd. podczas gdy u nas ci wszyscy żołnierze i strażacy to mieli tylko piły spalinowe i po plecaku z jedzeniem i wodą na robotę. Jakiś typ ich pyta z jakiej są jednostki, a Mirek, który wkrótce miał okazać się ich dowódcą, krzyczy STARSZY KAPRAL KOWALSKI MELDUJE GOTOWOŚĆ BOJOWĄ. Ci żołnierze od nas się zdziwieni patrzą po sobie i mówią, k---a, jaki ty jesteś kapral, chyba z NATO, bo masz amerykański mundur xD No i zaraz się kwestia wyjaśniła bo Mirek zaczął tłumaczyć, że z tym kapralem to ona tak trochę wybiegł w przyszłość, bo oni to ogólnie są z jakiejś grupy rekonstrukcyjnej gdzieś z Mazowsza, ale mają też doświadczenie bojowe w ASG (zarówno w walce w terenie zabudowanym jak i lesie), a w ogóle to oni już mają swój odział obrony terytorialnej, tylko dopiero za tydzień będą mieli przysięgę. Do tego zaczął opowiadać, że oni sobie tu przyjechali ot tak z d--y, że jakiego to oni nie mają przeszkolenia, że Mati od nich to na kursie BHP w pracy miał pierwszą pomoc, a Seba to już właściwie ma prawo jazdy kategorii C, tylko jeszcze praktykę musi zdać, a tak w ogóle to ich jest aż ośmiu, ale czterech jest w Łebie na wakacjach i mają domek do końca tygodnia opłacony więc nie mogli przyjechać - jednym słowem chłopaki byli z tych, co jak Ruskie wejdą to będą walczyć na barykadach z wrogami ojczyzny zanim ja w ogóle zdążę założyć rurki.


Na przyczepie zapanowała lekka konsternacja ale c--j, każdy się przyda do pracy, a już w szczególności ja nie powinienem nikogo oceniać, bo nie mam pojęcia co się dzieje poza tym, że jadę na ratunek mieszkańcom Starych Borowic.


Dotarliśmy na miejsce, droga faktycznie z------a drzewami po horyzont. Jakiś strażak zaczął dzielić pomiędzy nas pracę, mnie przydzielił do harcerza co miał piłę spalinową, że on będzie drzewo z drogi ciął na kawałki a ja mam je w---------ć na pobocze. W końcu strażak się odwraca do tych z obrony terytorialnej i aż zaniemówił, bo ci k---a sobie rozkładają kuchenkę gazową na tej zniszczonej drodze xD pyta ich co oni k---a o----------ą a Mirek mówi, że musi sobie gorący kubek zrobić na wzmocnienie bo się zmęczył jak gonili ciężarówkę xD Jakiś żołnierz powiedział, że zaraz mu tę kuchenkę wsadzi w d⁎⁎ę, więc gościu niepocieszony i nieposilony na wszelki wypadek schował ją z powrotem do plecaka i zaczyna się pompować, że oni przeszkoleni, to oni chcą do ciężkiego sprzętu iść do pracy. Dowodzący strażak mu na to mówi, że jak mają papiery, to im może zaoferować piłę spalinową. Daje ją jednemu z tych Sebów, ten ją ogląda ze wszystkich stron i wyskakuje PROSZĘ PANA, A GDZIE TO SIĘ WŁĄCZA XD to strażak mu ją zabrał i dał im miotły, że mają zamiatać takie mniejsze gałęzie z drogi jak już drzewa będą usunięte.


Zanim pierwsze kilka drzew usunęliśmy to minęło z 10 minut, więc obrońcy terytorium nie mieli co robić i postanowili w międzyczasie sobie zbudować kwaterę główną, czyli położyli plecaki i cały ten swój sprzęt na drodze i zakryli siatką maskującą, żeby wróg nie zobaczył z powietrza. Potem poszli robić rozpoznanie - powyjmowali krótkofalówki, łazili wzdłuż drogi i gadali do siebie szyfrem


GAMMA FOXTROT ODBIÓR, MAMY TU KOD 10-50/36, ODNOTUJ, OVER


To im ten harcerz z którym ja robiłem mówi, k---a, hitlerowcy was tu nie podsłuchują żebyście szyfrem mówili, gadajcie po ludzku że drzewo leży xD a jak chcecie się przydać to niech jeden się przejdzie kawałek i te drzewa policzy to będziemy wiedzieli ile jest roboty, czy mamy wzywać więcej ludzi czy możemy kogoś od nas wysłać w inne miejsce. No to wysłali jednego Sebe na zwiad z tą krótkofalówką i słyszymy jak idzie i im przez nią liczy JEDEN, DWA, TRZY, CZTERY, PIĘĆ, A NIE TO JUŻ POLICZYŁEM, TO CZTERY, TERAZ PIĘĆ, SZEŚĆ....


Muszę z wrodzonej uczciwości powiedzieć, że oprócz tego to praca szła bardzo sprawnie i poza tymi z-----i była za⁎⁎⁎⁎ście zorganizowana. Do tego nie było w ogóle takich podziałów, że ktoś jest żołnierz, ktoś wolontariusz, ktoś harcerz, ktoś z Chojnic, ktoś z Bytowa, a ktoś z Warszawy, tylko wszyscy z----------i razem, od razu się zaziomowali i każdy każdemu pomagał. Było poczucie wspólnej misji i w ogóle wspólnoty, jakie pamiętam ostatni raz było jak byłem dzieciakiem i papież umarł, że wszyscy Polacy to jedna rodzina, jak napisał poeta.


Ten doniosły moment przerywa komunikat z krótkofalówki od Seby


126, 127, 128... EJ CHŁOPAKI CHYBA SIĘ ZGUBIŁEM


Strażak dowódca wyrwał Mirkowi to radyjko i mu mówi, ja p------ę nie właź tylko w las bo ci jakieś drzewo na łeb spadnie i cię zabije, idź k---a tą drogą tak jak szedłeś, to w końcu do nas dojdziesz.


Okazało się, że nie. Seba poszedł tą drogą, tylko w drugą stronę i doszedł po godzinie do tej całego wsi, która była celem naszej misji. Tam mu k---a ludzie wybiegają na spotkanie, że pomoc dotarła, a on do nich wyskakuje, że dzień dobry, on się zgubił i którędy do strażaków xDDD


W międzyczasie Mati, ten co miał skończony kurs BHP, wymyślił, że jak już są na takiej akcji to muszą koniecznie mieć zdjęcie na fanpage tej swojej obrony terytorialnej czy grupy rekonstrukcyjnej i jakieś forum dla miłośników takich rozrywek. Ustawili się we trzech na tle tej r--------j drogi i kogoś tam poprosili żeby telefonem im zrobił fotkę. Dopiero potem się ogarnęli, że nie ma w ogóle zasięgu. Mirek zakomenderował, że trzeba coś wykminić, bo relację z pola bitwy trzeba wrzucać na bieżąco, tak jak jest to zdjęcie co Obama siedział ze swoimi doradcami i na komputerze w czasie rzeczywistym oglądali jak zabijają Bin Ladena. Mati wykminił więc, że on wejdzie na te przewrócone drzewa, wyciągnie rękę w górę i wtedy może złapie zasięg.


Teraz będzie krótki opis techniczny, który przedstawię wam jako doświadczony już usuwacz skutków klęsk żywiołowych w lasach. Jak te miliony drzew się na raz przewracają, to plączą się ze sobą nawzajem, spadają na siebie itd. Coś jak bierki, tylko każda waży po kilka ton. W dodatku drzewa bardzo się przy tym naprężają, a niektóre w ogóle nie są złamane, tylko tak przyciśnięte do ziemi jak w kreskówkach, że jest pułapka i leży sznurek i ktoś w niego wchodzi nogą i go wyciąga w powietrze i tam wisi. Na przykład leży jedno drzewo, które przygniata drugie, które jest oparte o trzecie co jeszcze trochę stoi, ale jak tego opartego nie będzie to się w-----e, a czwarte co leży pod trzecim jest jakąś gałęzią zaczepione o to pierwsze i drugie. Trzeba więc za⁎⁎⁎⁎ście uważać, bo nawet ja pracując bez piły dostałem kilka razy gałęzią jak ktoś ruszył coś zupełnie innego kawałek ode mnie.


Po fragmencie edukacyjnym wracamy do akcji. Mati wlazł na szczyt jakiegoś stosu drzew i wyciąga łapę w powietrze żeby chociaż jedną kreskę zasięgu mieć. Ktoś do niego krzyczy ZŁAŹ BARANIE NA ZIEMIĘ ale Mati nie słyszy, bo kawałek obok cięli piłą spalinową, a to hałasuje . Aż przecięli.


Staliśmy się w tym momencie świadkami narodzin Pierwszej Eskadry Lotniczej Obrony Terytorialnej. Drzewo na którym stał wyrwało się spod tego, co właśnie zostało przecięte. Matiego w----------o k---a na wysokość trzeciego piętra. Poleciał takim lobem, że jakiś żołnierz zdążył powiedzieć EJ DOBRA, DZWOŃCIE PO MEDYKÓW, zanim jeszcze wylądował. Mati miał w dodatku rękę z telefonem wyciągniętą w górę więc, wyglądał jak superman, co też tak lata z pięścią wyciągniętą przed siebie. J----y miał szczęście, że na trasie jego przelotu było jakieś niezłamane drzewo, bo trochę go gałęzie wyhamowały i dodatkowo go obróciły nogami w dół, bo wcześniej leciał centralnie na łeb, jak po skoku z trampoliny do basenu. Jak p-----------ł o ziemię, to aż k---a kurz się dookoła wzbił i szyszki podskoczyły.


Nieprzytomnego Matiego zawieźli do szpitala. Ekipa obronna miała więc już jednego zaginionego w akcji i jednego ciężko rannego, nie licząc tych 4 co byli na wczasach w Łebie. Seba 2, ten co został z kapralem Mirkiem, usiadł na pieńku i zaczął płakać. Mirek też się na chwilę zasmucił, ale potem chciał podnieść morale i zaczął intonować okrzyki typu NA CZEŚĆ RANNEGO MATIEGO HIP HIP HURA i CHWAŁA BOHATEROM, ale spotkały się tylko z pełnymi zażenowania spojrzeniami i rozmyły w huku pił spalinowych.


Trzeba jednak przyznać, że jedna rzecz się typom z obrony terytorialnej udała. Ich kwatera główna z plecakami była na tyle dobrze zamaskowana siatką, że jak przyjechała ciężarówka z ludźmi do pomocy to kierowca kompletnie jej nie zauważył i rozjechał ją tak, że trzeba było ten ich cały rozpłaszczony sprzęt z Afganistanu odrywać od asfaltu xD


#byloaledobre #pasta #malcolmxd #siedziałbacanagiewoncieimujebnąłpiorunwprącie

https://youtu.be/vnO7mAOE4vg

Heheszki userbar

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Wczoraj przypadkiem wpadłem na pilot serialu "Emigracja XD" na YT, i powiem wam że jak na polski serial - kurde baja. Znam książkę, bałem sie troche że bedzie cringe, no i myslalem ze Różowej nie przypadnie do gustu bo jednak jest młodziutka. Ale ale, serial zgrabnie oscyluje na krawedzi crindżu, jest kuwa zabawny i dla starego cepa i mlodej laski, no i dobrze zrobiony. Kurde polska produkcja w ktorej da sie zrozumieć co gadają, niesamowita rzecz.

Serio polecam, styl jest inny niż w Fanatyku.

Wczoraj 6 odcinkow pykło jak szalone. Narazie oceniam na 8/10 ale wiem ze dalej sytuacja jeszcze bardziej sie popierdoli XD


Serial jest na C+ można dostęp na pierwszy miech odebrac np. za punkty z pyszne. Dla tych co nawet za darmo nie wezma abo - jest tez w innych miejscach.


Polecam, Cybulion.

#malcolmxd #emigracja #pasta #heheszki


https://youtu.be/CW2q1s1BMtU

Cybulion userbar

@Cybulion z ciekawości ile masz lat Ty i Twoja różowa, skoro myślałeś, że ona może być za młoda na serial o studentach?


Ja nawet nie wiedziałem, że była taka książka i byłem sceptyczny, ale żona mnie przekonała żebydac szansę, a rola Michała Czarneckiego przekonała mnie, żeby oglądać dalej i było warto. Świetnie zagrane wszystkie postacie drugoplanowe.

Zaloguj się aby komentować

Nie wchodząc w jakieś tam niuanse meteorologiczne, to w tym roku było u nas tak, że najpierw było zimno, potem ciepło, a teraz znowu trochę zimno. I może właśnie te anomalie spowodowały, że kaloryfer w pokoju mi się popsuł, targany rozterkami.


Wychodziło na to, że problem jest u mnie w lokalu, bo z tego, co gadałem z sąsiadami, to u nich grzeją dobrze. No ale z drugiej strony co mieli powiedzieć, jak żyjemy w czasach propagandy sukcesu napędzanej przez media społecznościowe - kto ci się przyzna? 


Rozpytałem co bardziej ogarniętych w tych tematach znajomych i esencją ich diagnoz było, że grzejnik prawdopodobnie SIĘ ZAMULIŁ. Brzmiało to o tyle wiarygodnie, że na przykład zwierzęta domowe przejmują podobno cechy osobowości swoich właścicieli, więc nie ma powodów, dla których ten fenomen nie miałby dotyczyć też domowych sprzętów. Zadzwoniłem więc do kolegi, co robi w budowlance, żeby mi polecił jakiegoś hydraulika, bo odmulenie kaloryfera to sprawa poważniejsza, niż jego odpowietrzenie – co potrafię zrobić sam, nawet pomimo osobistego zamulenia.


NO MAM TAKIEGO TYPA. TANI JEST, DOBRZE ROBI, TYLKO TROCHĘ JEBNIĘTY.


Rachunek zysków i strat przemawiał więc na jego korzyść w stosunku 2 do 1, a właściwie do 0.5, bo tylko trochę. Facet powiedział, że już następnego dnia przyjdzie, co było miłym zaskoczeniem, bo przy covidzie jak się zrobił boom na remonty, to każdy majster mógł przyjść najwcześniej za 3 tygodnie, a i tak wtedy zazwyczaj nie przychodził.


Jak punktualnie rano typ się stawił pod drzwiami, to drugim zaskoczeniem było, że nie miał ze sobą torby z narzędziami, którą zazwyczaj każdy majster nosi na ramieniu. Nawet o to zapytałem, na co on opowiedział wyrozumiałym uśmiechem, po czym nonszalancko podniósł kurtkę z jednej strony, odsłaniając wystający z kieszeni spodni śrubokręt. To mnie przekonało, że mój znajomy miał rację, że gość robi dobrze, skoro wszystko potrafi naprawić samym śrubokrętem, a jakieś wynalazki typu kolanka czy klucze, to są dobre do zabawy dla młodych, co fachu nie znają.


To wrażanie trwało aż do momentu, gdy przeszliśmy do pokoju, pokazałem mu kaloryfer i opisałem problem. Wtedy on powiedział UUU, co w ustach majstrów jest zapowiedzią komplikacji i wysokich kosztów, które miały być niskie. Po oględzinach tę zapowiedź przypieczętował słowami, że to trudna sprawa i szkoda, że wcześniej nie mówiłem – chociaż oczywiście dokładnie to mówiłem, słowo w słowo, że kaloryfer nie grzeje.


Sprawa była trudna, ale widocznie nie beznadziejna, bo zaraz zapytał A KOMBINERKI PAN MA? A tak się akurat składa, że kombinerki są jedynym narzędziem okołohydraulicznym, które mam, na co on odpowiedział, że TO JAKOŚ SOBIE DAMY RADĘ HEHE. Z tym że takie słowa w liczbie mnogiej, szczególnie zakończone pojednawczym HEHE, w ustach majstrów wskazują, że klient też zostanie zaangażowany w naprawę.


Tak też się stało. Po zdjęciu zakrętki kombinerkami on odkręcał i zakręcał wodę za pomocą śrubokręta, a gdy wylatywała ona z grzejnika, ja łapałem ją do miski i wynosiłem do łazienki – przed wyniesieniem za każdym razem mu ją okazując, żeby stwierdził, czy woda już się odmuliła. Dopiero po piątej okazanej misce facet postawił diagnozę, że przyczyna moich problemów leży w tym, że woda jest zła. To pytam, że w sensie, że u mnie? Ale okazuje się, że to szersza kwestia.


PROSZĘ PANA, TYDZIEŃ TEMU NA SASKIEJ KĘPIE TAK SAMO KALORYFER FACETOWI ODMULAŁEM. NORMALNY CZŁOWIEK, JAK PAN. I MU PONAD 60 LITRÓW SZLAMU Z GRZEJNIKA ZESZŁO. W KRANACH ZRESZTĄ TO SAMO JEST.


No ale, że jak w kranach? Przecież ja normalnie na co dzień kranówkę pije, czy do gotowania i nic nie czuć.


UUU, TO BĄDŹ PAN ZDRÓW!


A potem urządził krótki wykład historyczny o tym, jaka woda kiedyś była, za komuny, który streścić można w dwóch słowach, że lepsza. Sceptycyzm musiał wymalować mi się na twarzy, bo gość sam zaproponował.


CO, NIE WIERZYSZ PAN? TO CHODŹ POPATRZ. GDZIE TU SĄ LICZNIKI?


U mnie są na klatce, więc tam mnie zaciągnął, pootwierał te drzwiczki i kazał patrzeć. Niewprawnym okiem nic nie dostrzegałem, więc wyjaśnił, że jedne liczniki się kręcą szybciej, inne wolniej, a inne wcale, co było empirycznym dowodem na to, że OD TEJ WODY NAWET MASZYNY WARIUJO. A potem mówi, że u niego na Ursynowie to taka woda jest, że po kąpieli mu normalnie na plecach białe plamy zostają z zaschniętych chemikaliów. I ściąga k⁎⁎wa na tej klatce kurtkę, sweter i koszulkę. Tyłem się do mnie wygina, żebym się na własne oczy przekonał.


Sąsiadka z góry akurat szła ze śmieciami, to aż się na chwile zatrzymała z wrażenia, jak zobaczyła tę scenę. A ten wypięty bez cienia skrępowania do niej zagaduje


DZIEŃ DOBRY, PANI TU NA GÓRZE MIESZKA? A KALORYFERY CIEPŁE SĄ?


Ta się wystraszyła i bez słowa nas wyminęła z tymi śmieciami i uciekła, co było potwierdzeniem tezy hydraulika, że A WIDZI PAN? WSZĘDZIE TEN SYF JEST, TYLKO KTO SIĘ PANU W DZISIEJSZYCH CZASACH PRZYZNA. 


A sąsiadka się pewnie jeszcze wystraszyła tym bardziej, że już ją kilka dni wcześniej o te kaloryfery pytałem, a teraz się jeszcze pojawił ten typ półnagi, więc sytuacja ewidentnie była rozwojowa.


ALE NAJLEPSZE TO JA PANU DOPIERO POKAŻĘ, TYLKO DO PIWNICY MUSIMY DO PIONÓW KANALIZACYJNYCH ZEJŚĆ.


Wiedziałem, że nie mogę dopuścić do sytuacji, w której bym się z nim znalazł w warunkach tak intymnych, jak piwnica w bloku – szczególnie że facet nie pofatygował się, żeby z powrotem się ubrać po oględzinach plam z chemikaliów na plecach, tylko szedł topless, z ubraniami w jednej ręce, a śrubokrętem w drugiej. Jak na parterze byliśmy, to mówię, że momencik, kombinerek z mieszkania zapomniałem, pan tam na mnie w piwnicy poczeka. Poleciałem do siebie, drzwi zamknąłem i nara. Gość po 10 minutach przyszedł, dobijał się chwilę, jeszcze na klatce sąsiadkę zagadał, jak wracała ze śmietnika, że ten młody jebnięty jakiś, ale na szczęście w końcu poszedł.


Ze słów kolegi, co mi go polecił, to zgadzało się tylko to, że tani jest, bo nic za tę wizytę nie wziął, bo nie miał jak. Natomiast z jakością roboty to ciężko jeszcze powiedzieć, bo nie mogę teraz wody do kaloryfera wpuścić, bo typ ze sobą śrubokręt zabrał i sami kombinerki mi zostały.


#pasta #malcolmxd #heheszki

Zaloguj się aby komentować

Okropna niesprawiedliwość mnie dzisiaj spotkała. Byłem w supermarkecie kupić sobie coś na kolację. 10 minut do zamknięcia, więc tylko jedna kasa czynna. Już tylko jeden facet przede mną, więc zaraz pik-pik-pik-pik i do domu jeść. Nagle wpada wyraźnie rozgorączkowany typ i podchodzi prosto do kasy od przodu sklepu (czyli tam, gdzie się normalnie od kasy odchodzi) i wyskakuje do kasjera


PAMIĘTA MNIE PAN?


 NIE


 PAN SIĘ PRZYJRZY


 NIE


 DOBRZE SIĘ PAN PRZYJRZY! JA TU DZISIAJ BYŁEM, TAK PO 13:00, FLACZKI KUPOWAŁEM


 TU SIĘ MILIONY POLAKÓW CODZIENNIE PRZEZ TĘ KASĘ PRZEWIJAJĄ. JAK JA MAM WSZYSTKICH PAMIĘTAĆ?


 NIE UDAWAJ PAN TERAZ GŁUPIEGO TYLKO PATRZ 


I wyciąga z reklamówki słoik z flakami, tak do połowy zjedzony. 


NO I PO CO MI TO?


 NO POWĄCHA PAN! ZEPSUTE!


Otwiera ten słoik, zajebało trupem na pół sklepu, ale nie wiem, czy to kwestia upływu terminu przydatności do spożycia, czy te flaczki tak pachną fabrycznie.


JAK TAKIE ZEPSUTE, TO PO COŚ PAN POŁOWĘ ZEŻARŁ?


 NIC NIE ZJADŁEM, MI JESZCZE ŻYCIE MIŁE! W GARNKU MAM, BO PRZELAŁEM ŻEBY PODGRZAĆ I WTEDY POCZUŁEM


 A SKĄD JA MAM WIEDZIEĆ, ŻE PAN NIE ZJADŁEŚ, A TERAZ REKLAMUJESZ?


 SPOKOJNIE SPOKOJNIE, ŻONA JUŻ TU ZA MNĄ IDZIE, TYLKO POWOLI, BO GORĄCE, ŻEBY SIĘ NIE OBLAĆ 


Myślę sobie, nie no k⁎⁎wa, aż czegoś takiego to chyba nie będzie xD 


Po chwili się okazało, że jednak będzie, bo do sklepu włazi kobieta trzymająca przez ściereczkę kuchenną garnek z flakami – rzeczywiście gorącymi, bo aż para leciała. Podchodzi do tej naszej kasy, kładzie garnek, wyciąga z niego taką drewnianą łyżkę i ją podsuwa kasjerowi pod nos.


NO SAM PAN SPRÓBUJ I POWIEDZ: ZEPSUTE CZY NIE?


Teraz już tym flaczkami zaczęło klepać w całym sklepie tak, aż facet co przede mną stał, a miał pulpety tej samej firmy, to je wziął i dyskretnie odłożył na tę półeczkę, gdzie są gumy do żucia, kondony i baterie alkaliczne w rozmiarach małe paluszki i duże paluszki.


Kasjer mówi, że on nie jest jakimś degustatorem jak Gessler, tylko trzeba normalnie datę ważności sprawdzić umieszczoną na opakowaniu. Chciał temu typowi zabrać słoik żeby zobaczyć, ale on chyba nie zczaił, bo go zapomniał puścić i w efekcie jeden ciągnął w jedną, a drugi w drugą i słoik się wyślizgnął i potłukł. 


Właściciel flaczków się rozjuszył i krzyczy, że to jest zacieranie dowodów zbrodni, kryminał po prostu, i teraz on się będzie sądził i prywatnie z nim o zniszczenie połowy słoika flaków i cywilnie ze sklepem o oszustwo na przeterminowanym produkcie. No jednym słowem, żeby mu dwa razy płacili.


Wtedy się niespodziewanie włącza ten klient co stał przede mną i odłożył pulpety, i mówi do kasjera, żeby się nie dał zaszczuć, że on jest z rodziny prawniczej, bo ma wujka komornika i się zna na prawie, i ogólnie już od starożytnego Rzymu jest taki przepis, że nie można karać dwa razy za to samo. A Polska jest demokratycznym państwem prawa i c⁎⁎j.


Gość od flaczków już był wkurwiony i widocznie coś źle zrozumiał, bo mówi do tego kuzyna komornika, że jak ty się bydlaku to mojej żony odzywasz? A ten mówi, że dobrze słyszał, że c⁎⁎j. No to flaczkarz już do niego leci z łapami, już ma być awantura, a tu nagle kasjer wstaje, ściąga czapkę, mówi, że on to pi⁎⁎⁎⁎li, że on już dłużej w tej robocie nie może, że on odchodzi. J⁎⁎⁎ął czapkę we flaki na podłodze aż plasnęło, popłakał się i wychodzi ze sklepu.


Żona – ta, co garnek przyniosła – mówi do tego swojego męża


WIDZISZ MARIAN CO ZNOWU NAROBIŁEŚ? LEĆ SIĘ Z PANEM PRZEPROŚ!


I widać było, że się wszystkim zamieszanym zrobiło głupio, nerwy opadły momentalnie, a Marian poszedł za sprzedawcą i mu mówi, że w gruncie rzeczy to się nic nie stało, to tylko jakieś tam głupie flaki za 10 złotych i jakoś się na pewno dogadają. Sprzedawca otarły łzy i pyta TAK?


To Marian mu mówi, że tak, że jasne. To się jeszcze włączył ten gość z rodziny prawniczej i powiedział, że on służy pomocą jako mediator i w tradycji prawnej istnieje coś takiego jak sądy pokoju, a żona Mariana mówi, że to jest bardzo piękne i wzruszające określenie i jeżeli mają w sklepie jakiś czajnik to może ona by herbaty zaparzyła i by sobie wszyscy na spokojnie porozmawiali, a mogliby i flaków zjeść, bo w gruncie rzeczy to nie są takie złe. No i poszli wszyscy z tym garnkiem na zaplecze do pokoju socjalnego, pełniącego chwilowo funkcję pokoju sądowego, a właściwie sądu pokoju.


Ja czekam jak głupi przy tej kasie, że może się jakoś szybko pogodzą, albo jakiś sprzedawca przyjdzie na zamianę, bo inaczej to mi do jedzenia pozostają tylko czipsy ze sklepu monopolowego 24h. Niestety zamiast kasjera przyszedł gdzieś z tyłu sklepu ochroniarz. Popatrzył na mnie, na te rozjebane po całej podłodze flaczki i powiedział, że po pierwsze to od 5 minut już jest zamknięte, a po drugie, to kto niby moim zdaniem będzie po mnie ten burdel sprzątał.

46d83859-7a98-4e67-9d50-0e2640f9b2d9

Mogles inaczej skonczyc opowesc ze np zostawili garnek z flaczkami i poszli a Ty go wziales bo byles glodny i jako dowod w sprawie masz zdjecie jak go podgrzewasz.

Zaloguj się aby komentować