#copypasta #malcolmxd #romanzlondynu #johnycash https://pixeldrain.com/u/zgedPwTB

W bajkach dla dzieci są czasami takie opisy postaci, że np. Baba Jaga przyszła do domu dzieci w przebraniu, ale i tak jej źle z oczu patrzyło. Zawsze mnie zastanawiało, co konkretnie to znaczy, bo w realu nigdy się z czymś takim nie spotkałem – aż do teraz. Ten Łukaszek to był tylko na nieco wyższym poziomie patologii niż mój kuzyn, w sensie jak się spojrzy na mordę, to widać, że ma na sumieniu jakieś wpierdole na dyskotekach, drobne kradzieże i tym podobne. Dostał pewnie kiedyś dwa lata, jak już mu się w końcu nazbierało tych grzechów lekkich, ale potem nienaganne sprawowanie i po roku mu zamienili na jakieś prace społeczne. Roman natomiast miał tak na oko z 35 lat i ryj tak kryminalny, że 10 lat to na pewno w życiu przesiedział. Na dłoniach wydziarane jakieś gównopajęczyny w jakości takich naklejanych tatuaży dla dzieci, co kiedyś dawali w czipsach na halloween. Na szyi miał natomiast wytatuowaną koronę –symbol przymierza pomiędzy Kielcami a piłką. Nad szyją i koroną mieściła się jego głowa, a w niej oczy.

W każdej wsi oraz dzielnicy miasta w Polsce krążą opowieści o tym, jak to ktoś komuś poderwał dziewczynę czy tam ukradł telefon na imprezie i ten drugi potem dojechał tego pierwszego z 10 kolegami i podobno tak mu wpierdolili, że nawet ktoś po mu głowie skakał. Oczy Romana mówiły, że w takich sytuacjach to właśnie on był tym, co skakał po głowie, bo jemu nie wystarczy, że typek już leży przekopany, tylko jeszcze się trzeba pobawić, a jak ktoś na koniec zabawy nie jeździ na wózku inwalidzkim do końca życia, to znaczy, że zabawa się nie udała. Roman świdruje mnie więc swoimi nienawistnymi oczami, a potem przerywa ciszę pytaniem

A CO TO MA K⁎⁎WA BYĆ? Słysząc te słowa ze swojego pokoju wyskakuje Krystian i zaczyna prawdziwą k⁎⁎wa obronę Sokratesa A SIEMASZ ROMAN WARIACIE, MORDECZKO. JAK TAM CO TAM, WSZYSTKO SPOCZKO? BO WIDZISZ, TUTAJ DO MNIE KUZYN NA CHWILĘ PRZYSZEDŁ, CO NIE, BO CHŁOPAKI DOPIERO CO Z POLSKI PRZYJECHALI, NIE MIELI GDZIE SPAĆ, TO GO NIE ZOSTAWIĘ NA ULICY, BO TO RODZINA. RODZINA NAJWAŻNIEJSZA, CO NIE WARIACIE? JAK BYŚ NIE MIAŁ NIC PRZECIWKO, TOBY SIĘ U NAS PRZEKIMALI Z DZIEŃ CZY DWA, CO? MOGŁOBY TAK BYĆ? NO MÓWIĘ CI, ŻE Z PROSTO Z POLSKI PRZYJECHALI, WÓDKI NAM PRZYWIEŹLI W PREZENCIE, CO NIE CHŁOPAKI? Z naszego pokoju na parterze wychodzi wtedy Stomil i nie znając sytuacji, mówi zgodnie z prawdą, że wiózł wódkę, ale mało miał, tylko litra dla siebie na drogę. NO TO MACIE K⁎⁎WA PROBLEM – mówi Roman – BO MY MAMY POPITĘ – tu wskazuje na siatę browarów trzymaną przez tego całego pięćdziesięcioprocentowego patologa Łukaszka – WIĘC ZAPIERDALAĆ DO SKLEPU. No to ja się szybko ubrałem i siłą rzeczy wychodzimy ze Stomilem do sklepu po prezenty z Polski. Jak tylko wyszliśmy na ulicę, to poczułem ulgę, że nie obskoczyliśmy wpierdolu już na samym początku, ale w tym momencie słyszymy za sobą patolski skrzek Romana EEEEJ! K⁎⁎WA!, więc pomyślałem, że zbyt szybko się ucieszyłem, ale na szczęście ten po prostu przypomniał sobie, że do listy zakupów nie dodał szlugów marki MALBORASY ZŁOTE.

Trochę nam z tymi zakupami zeszło, bo nie znaliśmy okolicy, więc sklepu szukaliśmy z pół godziny. Jeszcze mieliśmy dyskusję, ile paczek fajek Roman miał na myśli, żeby z jednej strony nas za dużo nie wyszło – bo były po 6 funtów za jedną – ale żeby z drugiej strony Romana nie wkurwić. Stanęło na 3 paczkach, dwa razy zero siedem wódy (też drogo), czipsy i możemy wracać z nadzieją, że to wystarczy. Wchodzimy do kuchni, gdzie chłopaki siedzą przy stole i prewencyjnie piją zawczasu popitkę, czyli browary, żeby przeciwdziałać największemu zagrożeniu związanemu ze spożywaniem alkoholu, czyli odwodnieniu. Postawiliśmy zakupy na stół i jeszcze nie zdążyliśmy ich wypakować z siatek, jak Roman podniósł się z krzesła, stanął za nami i zapierdolił nam tak zwane KARCZYCHO, czyli uderzenie otwartą ręką w kark, na tak zwaną ODMUŁĘ, bo podobno długo nam zeszło. Na odmułę dostawaliśmy zresztą przez cały wieczór, bo Roman widocznie obawiał się, żeby nasza czujność nie została uśpiona. Aczkolwiek już sama jego obecność na to nie pozwalała, bo wytwarzał dookoła siebie taką atmosferę, że człowiek cały czas był przygotowany na to, że Roman może się na niego z byle powodu rzucić z nożem. Siedliśmy do stołu i chłopaki zaczynają nas rozpytywać o sytuację w ojczyźnie, więc opowiadamy, że wszystko z grubsza po staremu. Siłą rzeczy temat zaraz zszedł na policję i ogólnie tematy prawno-karne, w których przodował semi-patolog Łukaszek, który gardłował o jebaniu policji ile wlezie i tylko patrzył co chwilę na Romana, czy on aprobuje, bo ewidentnie chciał mu się podlizać. Roman tylko co jakiś czas dorzucał jakieś swoje przemyślenia, po których zawsze następowało 30 sekund ciszy, bo każdy starał się zrozumieć, o co mu chodziło. Spowodowane było to tym, że tworzone przez niego zdania składały się właściwie z samych przekleństw, tylko odmienionych przez różne czasy i przypadki.

Polski jest w tym obszarze językiem rozbudowanym, więc podejrzewam, że lingwiści angielscy mieliby spore kłopoty, żeby po swojemu oddać zdanie I K⁎⁎WA MNIE TA K⁎⁎WA J⁎⁎⁎NA WZIĘŁA K⁎⁎WA I WKURWIŁA, bo w przekładzie dosłownym to wyszłaby wypowiedź z prawie samym FUCKING FUCK i nam nawet w oryginale, znając kontekst i osadzenie kulturowe wypowiedzi, było to ciężko skiminić. Taka rozmowa trwała ponad godzinę, więc w końcu chciałem trochę odpocząć od tej dusznej atmosfery i zaproponowałem Stomilowi, żebyśmy wyszli na szluga na ogródek się przewietrzyć. W UK każdy z tych identycznych council house’ów ma taki miniogródek, wielkości może 20 metrów kwadratowych, z czego zazwyczaj połowa jest wyłożona płytami chodnikowymi albo kostką, a na drugiej połowie rośnie trawa i stoi składzik, czyli SHED, do którego się wyrzuca wszystkie te rzeczy, które kiedyś jeszcze mogą się przydać, czyli to, co w Polsce wrzuca się na pawlacz. Natomiast nikt nigdy nie wie, kiedy to kiedyś nadejdzie, więc składzik jest zajebany badziewiem pod sam dach. Tak zwany GARDENING to najpopularniejsze hobby w Wielkiej Brytanii, więc w ogródku prawie każdego domku są też kompostowniki, czyli takie pudła, do których się wrzuca różne resztki jedzenia z kuchni, które potem z pomocą sił natury zamieniają się w kompost. Przysiedliśmy więc na kompostowniku, który u nas akurat był plastikowy, i cieszymy oko badziewiem wysypującym się ze składziku, aż nagle ciszę przerywa Stomil TEN ROMAN TO NAWET SPOKO. Mówię mu, jaki k⁎⁎wa spoko? Pełnowymiarowy kryminalista, recydywista nawet. Słyszałeś, jak coś wspominał o więzieniu. Wódkę na nas wymusił rozbojem, że nie wspomnę o szlugach. Na to Stomil zaczyna odkręcać, że nie można człowieka tak oceniać, że faktycznie siedział, ale może za niewinność. Albo za posiadanie marihuany na własny użytek. Albo za jazdę na rowerze po trzech piwach. Albo jakieś inne gównoprzestępstwo, których w Polsce trochę jest. To mu tłumaczę, że nie jestem specjalistą od świata przestępczego, ale nie sądzę, żeby kodeks grypserski przewidywał tatuowanie sobie kropki pod okiem za każde piwo wypite przed jazdą na rowerze – bo Roman miał akurat trzy. A ta korona na szyi to nie wiem, chyba symbol zbieracza metali nieszlachetnych, co poszedł siedzieć za kradzież na złom studzienki kanalizacyjnej, żeby mieć na chleb dla dzieci. Rozmowę przerwał Krystianek, który wychylił się z kuchni i zakomunikował, że wódka się skończyła, i Roman mówi, że mamy iść i dokupić, bo nam j⁎⁎⁎ie. Tym razem krócej zeszło, bo już wiedzieliśmy, gdzie jest sklep, a w dodatku musieliśmy szybko iść, bo zaraz była północ i mieli zamykać, ale i tak po powrocie dostaliśmy od Romana na odmułę. Chyba bardziej prolaktycznie, żebyśmy się nie zamulili przy dalszym piciu, bo wszyscy już byli trochę porobieni. Półpatolog Łukaszek już się nie mógł doczekać, więc krzyczy NOOO DAWAĆ PO KOLEJCE, ale zaraz potem twarz mu się zrobiła tak wystraszona, jakby zdradził jakiś wielki sekret, i patrzy się to na Romana, to na Krystianka. Krystianek westchnął ciężko i schował twarz w dłoniach. Natomiast z całej trójki na sugestię picia kolejki najbardziej entuzjastycznie zareagował Roman, który zwrócił się do mnie i Stomila AAAA WŁAŚNIE, BO WY CHŁOPAKI JESZCZE KOLEJKI NIE WIDZIELIŚCIE.

Po czym poleciał do swojego pokoju na górze. W tym czasie Krystianek zaczął szeptem opierdalać Łukaszka, że co on narobił, że znowu będą musieli z Romanem siedzieć do 6 rano i słuchać. Nie zdążyliśmy się dowiedzieć czego, bo Roman wrócił do kuchni, dzierżąc stos pudełek, które, jak się okazało, zawierały zabawkowe, elektryczne kolejki szynowe oraz akcesoria do zabawy niezbędne, takie jak szyny. Natomiast określenia ZABAWKOWE używam tylko dlatego, że na szczęście nie stoi teraz nade mną Roman, bo wtedy bardzo wyraźnie podkreślił, że to nie są zabawki, tylko MODELE KOLEKCJONERSKIE, a jak ktoś ma co do tego wątpliwości, to dostanie wpierdol. Zaraz zaczęło się picie wódy połączone z układaniem po całej kuchni torów kolejowych, bocznic, stacji i tak dalej. Roman w tym czasie pokazywał nam różne wagony i lokomotywy, opowiadał nam ich historię oraz dogłębnie tłumaczył specykację techniczną. Że ta oto lokomotywa napędzana jest silnikiem diesla, a wprowadzona do użytku została w 1963, i ma moc 2500 koni mechanicznych, a ten wagon pasażerski to coś tam, a tamten wagon towarowy to jeszcze coś innego. Niewiele mi się udało zapamiętać, bo trwało to grubo ponad godzinę, w trakcie której Roman zarzucił nas co najmniej kilkuset faktami kolejowymi, a my raczej niż na ich faktycznym przyswojeniu skupialiśmy się na tym, żeby wyglądać tak, żeby Roman nie miał wątpliwości, że to bardzo ciekawe NO POPATRZ, CZŁOWIEK STOI SAMOCHODEM PRZED PRZEJAZDEM KOLEJOWYM I SOBIE NIE ZDAJE SPRAWY, ŻE TA LOKOMOTYWA, CO PRZED NIM PRZEJEŻDŻA, TO WAŻY 135 TON. FASCYUJĄCE! A wtedy Roman płynnie przechodził dalej TY, ALE SKUMAJ NAJLEPSZE… i tu następował dalszy wysyp danych technicznych. Opowiadał natomiast z taką pasją, że strach mu było to przerwać, więc już zrozumieliśmy o czym mówił Krystianek, jak miał do Łukaszka pretensje, że będziemy siedzieli do 6 rano. W końcu Stomil zapytał Romana, skąd on się tak na tym wszystkim zna. Roman opowiedział nam wtedy poruszającą historię, że przez całą swoją karierę kryminalną miał takie dziwne szczęście, że jak siedział w poprawczaku, a potem różnych więzieniach, to zawsze znajdowały się one blisko jakiejś stacji kolejowej albo przynajmniej torów. Oglądał więc przez okno celi pociągi, a jeżeli akurat miał taką celę, że nie było widać, to leżał w nocy i słuchał, jak przejeżdżają, i sobie wyliczał, jaki to jest pociąg, dokąd jedzie czy jaka lokomotywa go ciągnie. A tych wszystkich szczegółów nauczył się z takiego opasłego informatora PKP, który jest kolejowym odpowiednikiem książki telefonicznej, a który z jakiegoś powodu wysyłany jest co roku do każdej biblioteki więziennej w Polsce. Może po to, żeby osadzeni mogli sobie z odpowiednim wyprzedzeniem zaplanować podróż do domu. Na wolności natomiast zaczął czytać różne inne książki kolejowe i zbierać te MODELE KOLEKCJONERSKIE, z czego też miał w końcu kłopoty, bo pasja pasją, ale przecież frajerem nie jest, żeby płacić za model 400 złotych – nawet za taki rarytas jak lokomotywa elektryczna ABB ALP-44. A jako że w Kielcach są dwa sklepy modelarskie na krzyż, to Romana bardzo szybko tam znali i jak tylko przychodził, to obsługa dzwoniła na policję. W UK mu się natomiast poprawiło, bo po pierwsze był tam mniej rozpoznawalny, a po drugie jego hobby cieszy się tam większą popularnością, więc siłą rzeczy sklepów modelarskich też jest więcej. Niedługo miały być nawet jakieś targi kolejek w Liverpoolu, na które Roman planował się wybrać – naturalnie pociągiem. Jako że już trochę wypiliśmy, a mnie ta historia dosyć mocno ujęła, to zdobyłem się na odwagę i mówię, Roman, z tym, jak leżałeś w więzieniu i słuchałeś pociągów, to zupełnie jak w tej piosence Johnny’ego Casha. Roman, słysząc to, wstał i już myślałem, że zachowawczo mi j⁎⁎⁎ie, natomiast on wyciągnął łapę i powiedział, że jak znam Johnny’ego Casha, to jest k⁎⁎wa szacun, po czym zbił ze mną pionę, aż plasnęło. Potem usiadł na krześle, kazał wszystkim walnąć lufę, zapatrzył się w jeżdżący po kuchni pociąg i zaczął pod nosem śpiewać „Folsom Prison Blues”. Nie znał co prawda zbytnio słów, ale melodię całkiem nieźle, a jak mu brakowało jakiegoś wyrazu w tekście, to po prostu zastępował go innym słowem z pogranicza polskiego, swojego wymyślonego języka i jakichś losowych języków obcych. I HERE THE TRAIN IS KOMIN IT ROLLEN DOWN DIE BEND EN I NO SEE SANCZAJN SINCE I DON NOW WHEN Wszyscy wpadliśmy w jakąś taką melancholię, a ja wyobrażałem sobie młodego Romka, jak go opieka społeczna wzięła do bidula z jego dysfunkcyjnego domu, a on miał z 8 lat i w tym bidulu stał przy oknie i marzył, że jednym z przejeżdżających pociągów przyjadą po niego rodzice z wszytym esperalem. Łukaszkowi widocznie też się zrobiło Romana szkoda, bo chcąc go najwyraźniej wyrwać z tej zadumy, wysilił się na dziarski ton i powiedział TO CO, MOŻE NA DRUGĄ NÓŻKĘ? po czym mocno tupnął rzeczoną nóżką w podłogę, żeby ten pomysł przypieczętować. W tym momencie powstał problem natury logistycznej: o ile w piosence „Folsom Prison Blues” pociąg przejeżdżał pod więzieniem, w którym siedział Johnny Cash, to w kuchni naszego council house’u pociąg przejeżdżał akurat pod stołem, w tym samym miejscu i czasie, w którym noga Łukaszka miała spotkać się z podłogą. Dało to się poznać po tym, że zamiast odgłosu tupnięcia usłyszeliśmy dźwięk pękania czegoś, a pociąg nie wyjechał tunelem pod nogami Stomila, skąd zgodnie z rozkładem wyjechać powinien. Przy stole zapadła grobowa cisza, Roman zajrzał pod spód i wyłonił się, trzymając w ręce lokomotywę parową Pennsylvania Railroad Class A5, na której nie było komina, a być powinien, bo jak było już nam wiadomo, jest on jednym z kluczowych elementów tego typu lokomotywy. Łukaszek pobladł i zaczyna się tłumaczyć, że nie zauważył. Romanowi ryj tak poczerwieniał, że wyblakłoczarne kropki pod jego oczami prawie przestały być widoczne i zaczął cisnąć go litanią swoich kryminalnych żali.

JAK K⁎⁎WA WTEDY OPIERDALALIŚMY LOMBARD, A TY STAŁEŚ NA ORIENCIE, TO TEŻ NIE ZAUWAŻYŁEŚ! I CO CWELU? JA ZA CIEBIE WTEDY W WIĘZIENIU SIEDZIAŁEM. SŁOWA NIE POWIEDZIAŁEM, ŻE BYŁEŚ ZE MNĄ, A TY SPIERDOLIŁEŚ DO DOMU, BUJAŁEŚ SIĘ PO WOLNOŚCI I NAWET MI RAZ NIE PRZYSŁAŁEŚ HAJSU NA WYPISKĘ NA KANTYNĘ. ALE ROMEK, SPOKOJNIE, PRZEPRASZAM... ALE CO K⁎⁎WA ROMEK? CO K⁎⁎WA SPOKOJNIE?! Roman rzeczywiście nie zrozumiał, w jakim kontekście padł wyraz SPOKOJNIE, bo zapierdolił Łukaszkowi tą łapą, w której trzymał popsutą lokomotywę, taką lampę na ryj, że jego łuk brwiowy się rozstąpił jak Wielki Kanion, który pewnie też w jakiejś piosence Johnny’ego Casha musiał się przewinąć. Łukaszek zleciał z krzesła na podłogę i wpadł w znajdującą się tam bocznicę kolejową, w wyniku czego tory się porozłączały, więc Roman wymierzył mu jeszcze kilka dodatkowych kopów na ryj, przy każdym kopnięciu sylabizując: CO-KU-RWA-SPO-KOJ- NIE. A że Łukaszek przy każdym kopnięciu odbijał się jeszcze tyłem głowy od ściany, to po tym combosie już stracił przytomność. Lokomotywa Pennsylvania Railroad Class A5 też ucierpiała, natomiast nie lała się z niej krew, tak jak z łba Łukaszka. Pomyślałem, nie no k⁎⁎wa, zabił człowieka. Mój kuzyn Krystianek zdobył się na największą odwagę cywilną, mówi ROMAN, CO TY ROBISZ, CZŁOWIEKU, DAJ MI PRZEJŚĆ, JA MU POMOGĘ

i chciał podnosić Łukaszka z podłogi, ale tak jak wyraz KOLEJKA uruchomił wcześniej u patologa Romana skojarzenie pozytywne, tak teraz wyraz POMOGĘ zadziałał odwrotnie, bo rozpoczął kontynuację nagromadzonych przez patologiczne życie żali. TERAZ TO POMOGĘ, A JAK Z POLSKI UCIEKAŁEM TO MI NIKT K⁎⁎WA NIE POMÓGŁ! NIKT! NIGDY! OBIECYWAŁEŚ FRAJERZE, ŻE MI ROBOTĘ ZAŁATWISZ I CO? TRZECI MIESIĄC PIERDOLISZ, ŻE ZARAZ BĘDZIE. Po czym rzucił się na Krystianka, który na szczęście zrobił unik i zaczął uciekać. Nie było łatwo się im ganiać po domu, bo byli dosyć na⁎⁎⁎⁎ni, więc najpierw zrobili rundkę po kuchni, potem pobiegli do naszego pokoju, a potem usłyszeliśmy ich tupot na schodach prowadzących na piętro. My ze Stomilem siedzieliśmy skamieniali przy stole, a tu nagle za oknem wychodzącym na ogródek słyszymy JEB i widzimy Krystianka, który przeturlał się po trawniku, po czym wskoczył na płot i zniknął w ogródku sąsiada. Widocznie Roman osaczył go w pokoju i zrozpaczony Krystianek musiał uciekać przez okno z pierwszego piętra. A tu zaraz następne JEB, nawet głośniejsze – z okna wyleciał Roman. A j⁎⁎⁎ął głośniej dlatego, że skoczył na kompostownik i przebił się przez jego klapę tak, że do połowy był w środku, a od połowy na zewnątrz. Ten konkretny kompostownik to był taki gotowy do złożenia z marketu budowlanego, plastikowy. Roman widocznie się w tej pękniętej klapie jakoś zaklinował, bo rzucał się jak oszalały i ciągle darł mordę, wyrzucając z siebie wszystkie najgorsze bluźnierstwa, wyuczone przez kilka dekad swojej kryminalnej kariery. Musiałem dokonać błyskawicznej analizy sytuacji: Łukaszek nieprzytomny, prawdopodobnie nieżywy, Krystianek zdezerterował, patolog Roman chwilowo zniewolony w kompostowniku, ale jak wyjdzie, to nas na pewno pozabija za sam fakt, że jesteśmy pod ręką. Biorąc pod uwagę te wszystkie czynniki, krzyczę na Stomila, że spierdalamy. Złapaliśmy nasze rzeczy z pokoju, co było o tyle proste, że jeszcze ich nie rozpakowaliśmy, bo od przyjazdu do Krystianka lataliśmy do sklepu albo piliśmy wódę, albo bawiliśmy się kolejką. Wybiegliśmy na ulicę i pobiegliśmy w kierunku stacji, a naszej ucieczce towarzyszyły niosące się po rejonie dramatyczne skargi Romana NIKT MI K⁎⁎WA NIE POMÓGŁ! NIKT NIE POMÓGŁ!!! Jak dobiegliśmy na stację, to okazało się, że pierwszy pociąg przyjedzie dopiero o 5 rano, a uznaliśmy, że nie możemy tam tyle czekać, bo jak Roman wyjdzie z kompostownika, to jako miłośnik kolejnictwa na pewno właśnie tutaj przyjdzie nas szukać. Poszliśmy więc z buta na jakiś losowy przystanek, na który o 5:40 miał przyjechać autobus, który zabierze nas na Brixton, czyli bliżej centrum. Prawie 4 godziny wolnego czasu, którymi dysponowaliśmy, spędziliśmy na rozważaniu, co teraz ze sobą poczniemy, bo na chwilę obecną jesteśmy bez stałego źródła zarobku i adresu zamieszkania. Że może pójdziemy pod jakiś most albo do tej jadłodajni, którą mi poleciła pani z informacji na dworcu Victoria. Aż w końcu Stomil zaczyna nieśmiało przebąkiwać, że on ma jeden pomysł, ale nie wie, czy mówić, bo mi to się pewnie nie spodoba. Mówię, że cokolwiek to jest, to dawaj, bo gorzej niż teraz mamy, to chyba nie będzie. No to on mówi, że jeden z tych jego wspólników od gitary mieszka na jakimś squacie i mówił, że jak coś, to my też możemy przyjść, jak będziemy w trudnej sytuacji, bo oni tam mają taką zasadę, że pomagają innym. Ja na to, że proste, oczywiście k⁎⁎wa, jedziemy. Pytam jeszcze, dlaczego wcześniej nic nie mówił. A BO NA TEN ŚMIETNIK TAK WYBRZYDZAŁEŚ, TO MYŚLAŁEM, ŻE NIE BĘDZIESZ CHCIAŁ

Heheszki userbar

Komentarze (1)

Zaloguj się aby komentować