Jak moja była w ciąży, to często domu na głośnikach leciał album Every Day. Tam jest taka miękka, głęboka linia basowa w kilku utworach. Po urodzeniu zauważyłem że mała się trochę uspokaja jak włączę któryś kawałek. Może przypadek, a może nie
Global Communication to duo w którego skład wchodzi Tom Middleton i Mark Pritchard. W tym wpisie chcę choć odrobinę napisać coś o ich ambientowo-downtempowym albumie a mianowicie 76:14.
Dlaczego zasadniczo ten krążek jak i utwory na nim zawarte nie mają tytułu i są zastąpione ich czasem trwania? Panowie z Global Communication chcieli aby każdy słuchacz zinterprentował ich muzykę według własnego uznania nie nasuwając żadnych emocji i skojarzeń za pomocą tytułu.
Sam album to głównie ambient z lekką domieszką downtempo. Nie znajdziemy tutaj zbyt wielu bitów. Ciężko w przypadku tego krążka opowiadać o poszczególnych utworach. Jest genialny jako całość. Zatapiamy się tutaj w syntezatorowych przestrzeniach. Każdy utwór raczy nas jakimiś ciekawymi melodyjnymi motywami. Te dłuższe w wiekoszości mają progresywny charakter. Muzyka zawarta na tym krążku delikatnie otula, odpręża a mimo wszystko przenosi nas w różne miejsca. Centrum miasta, przestrzeń kosmiczna, wieczorny zachód słońca nad wodą, rześki majowy poranek. Na mojej drodze ambientowej ten album jest ważny na równi z Ambient Works od Aphex Twina czy pierwszymi albumami od Biosphere.
Oceniam 5/5
#muzyka #muzykaelektroniczna
#muzycznanierecenzja (pandzie spojrzenie na muzykę wszelaką) tag do obserwowania/blokowania
Hidden Orchestra to projekt multiinstrumentalisty Joe Achesona. W swojej muzyce łaczy muzykę elektroniczną z motywami jazzowymi (w starszych albumach które znam). Tytułowe Flight jest utworem który znajdziemy rok później także na albumie Archipelago. Pan Joe od początku narzuca podniosły za razem bardzo ciepły nastrój. Główny motyw ewoluuje z biegiem utworu także instrumentalnie. Budowane napięcie co jakiś czas znajduje ujście przekierowując naszą uwagę w trochę inną stronę. Prowokując do wsłuchania się w każdy szczegół tego utworu.
Następnie czekają nas trzy remixy do utworów z poprzedniego albumu Night Walks. Dust w remiksie Floexa jest dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem. Oryginał budzi lekki niepokój a tutaj dostajemy przyjemny chilloutowy kawałek ze zręcznie pociętymi i dobranymi samplami z pierwowzoru. W Footsteps (Lost Twin Remix) przechodzimy już całkowicie w muzykę elektroniczną. Bit jest tu lekko dubowy. W przypadku The Windfall (Maddslinky Remix) mam wrażenie, że tu już ocieramy się o Dub Techno. Ciekawy utwór. Za sprawą jazzowych nawiązań do oryginału spotykają się tu dwa światy.
No Land Called Home jest albumem z którym utożsamiam się emocjonalnie. Nie mam swojego miejsca na tym świecie i nigdzie nie czuje się jak bym był w domu.
Smutek i niepewność to główne motywy tego krążka. Smyczki, tego będzie tutaj dużo. Już otwierające album Dusk płacze skrzypcami i wiolonczelą. Kolejnym elementem którego tu nie zabraknie to wszelkiego rodzaju bębny. Polecam chociażby December. Wokal Pani Kati czy to śpiew jak w When Time Relieves czy zawodzenie jak w Conspiracies dekoruje całą instrumentalną warstwę utworów. Subheim jako Grek z pochodzenia sięga także po orientalne motywy które usłyszymy w np. Dunes. Nie zabraknie też dźwieków sytezatora. Motyw z The Cold Hearted Sea który gdzieś tam w tle echocze próbując się przebić na pierwszy plan. Kończące At The Edge of the World, gitarowe trochę chotyczne zostawia po odsłuchu całości z taką dziwną pustką.
@LeniwaPanda wylewny wpis. W sensie pozytywnym. Odpaliłem pierwszy utwór, ale już widzę, że to album do posłuchania w całości i w skupieniu. Jutro sobie przesłucham. Dzięki (° ͜ʖ °)
@LeniwaPanda przesłuchałem trzy pierwsze przy okazji działań w kuchni, bardzo ambitny album. Na pewno wieczorem, na pewno przy zgaszonym świetle i nie na słuchawkach. Chociaż mnie osobiście wokal na początku lekko irytował
@LeniwaPanda przyznam, że trochę mnie to zaskoczyło, nie spodziewałem się takiej emocjonalnej pozycji w tej, jak się okazuje wyjątkowo szerokiej kategorii
Prawie 20 lat a jakby to było wczoraj. World of Sleepers to moim zdaniem najlepsze co to szwedzkie duo nam stworzyło. Godzina i dwadzieścia minut (no prawie) zabierającego w trans albumu a to po części za sprawą Rolanda TB-303. Całość trzyma wysoki poziom i jest jednorodna ale nie monotonna. Jeśli jednak miałbym wybrać najlepszy utwór z tego krążka to będzie to tytułowe World of Sleepers. To jest poziom 'uniesienia' jak przy słuchaniu Briana Eno - An Ending (Ascent).
Dawno temu bedąc pod wpływem ambientowej strony Aphex Twina szukałem czegoś podobnego. I tak natknąłem się na Telefon Tel Aviv. Map Of What Is Effortless oceniam trochę wyżej niż ich premierowy album. Jestem zazwyczaj sceptycznie nastawiony do typowo wokalowych albumów w muzyce elektronicznej bo wiąże się to dość czesto ze spadkiem jakości samej muzyki (to moje prywatne doświadczenie). Jednak nie tym razem. Zatopienie wokalu w tych połamanych bitach, szmerach i innego rodzaju zabrudzeniach dźwiekowych było strzałem w dziesiątke. Dodajmy to tego ambientowe pady oraz współpracę z sekcją smyczków i można się zanurzyć w tej muzyce (tytułowe Map of What Is Effortless). W wercji cyfrowej dostępne są dwa bonusowe utwory ambientowe Jouzu Desu Ne i katowane przeze mnie Sound In A Dark Room (jeśli muzyka może być seksowna to to jest przykład takiego utworu).
Są takie albumy które z wiekiem brzmią tylko lepiej. Tak właśnie mam z krążkiem Tryshasla od Holendra ukrywającego się pod aliasem Secede. Jest to jego drugi album a pierwszy wydany w Sending Orbs (z tego wydawnictwa pochodzi także trochę słynniejszy album Yagya - Rigning).
Secede serwuje nam tutaj ambient z domieszką downtempo (a może na odwrót). Pan Holender bardzo ozdabia swoje utwory.A to wplecie dźwięki otoczenia, wrzuci jakiś mniej lub bardziej losowy sampel czy pożągluje róznymi motywami w obrębie jednego utworu (The Realms of Sanda). Ten lekki chaos dodaje trochę psychodelicznego uroku do całego albumu. Nie brakuje tu także pięknych melodii instumentalnych (Shrine, Friday Fall) czy syntezatorowych (Leraine).
Całość jest utrzymana w przyjemnej chill outowej konwencji przez którą czasami przebija się niepokój jakby próbując wybudzić nas z tego przyjemnego snu.
Zarówno ten utwór, jak i cała płyta, a nawet cały skład "Zero 7" doprowadza mnie do takich emocjonalnych stanów, że lecą mi łzy. To są czasy nieskrępowanych eksperymentów, emocji, płynięcia z muzyką. Bez kalkulacji, co się kliknie. Ja wiem, że to boomerska gadka i nie mam zamiaru hejtować współczesnej muzyki, ale po prostu nostalgłem.
CIekawostka: na głównym mikrofonie Sia, tutaj jeszcze jako zwykła dziewczyna, która oprócz fantastycznego głosu oddaje swoją prawdziwość, bez żadnej kreacji. Tak jak lubie...