#alkoholowyinwestor

2
5

#alkoholowyinwestor #pasta #fire Siedziałem z szefem na spotkaniu. Kiedy dobiliśmy targu z klientem, szef spojrzał na zegarek i uznał, że w ramach premii za sukces zabierze mnie do McDonalda.

Od razu jednak zaznaczył, że jemy na miejscu i nie ma żadnego zabierania produktów na wynos celem dalszej odsprzedaży.

Zgodziłem się niechętnie. Przynajmniej uzupełnię kalorię na jego koszt oraz ponabijam trochę punktów na moją kartę lojalnościową.

Szef podszedł do kiosku, wyklikał zestaw w trzydzieści sekund, wziął numerek i stanął przy ladzie jak skazaniec, czekając na swoją pozycję z tablicy zamówień.

Ja podszedłem do drugiego ekranu z pełnym spokojem. Wybrałem burgera, duże frytki, po czym system zapytał mnie o sposób odbioru.

Bez wahania zaznaczyłem opcję: „Dostawa do stolika”, wpisałem numer plastikowego lokalizatora i przeszedłem na salę, siadając wygodnie na skórzanej kanapie.

Szef przyszedł po pięciu minutach, dysząc ciężko i niosąc swoją tacę. Popatrzył na moje puste ręce, potem na mnie, a jego brew uniosła się wyżej niż wykresy inflacji.

- Co jest? Nie zamówiłeś nic? Przecież mówiłem, że stawiam. Zaraz wracamy, nie mamy czasu - rzucił pretensjonalnie, rozpakowując McCrispy.

- Zamówiłem, szefie. Wszystko jest pod kontrolą - odpowiedziałem, poprawiając mankiety koszuli.

- To czemu nie czekasz przy ladzie? - rozejrzał się nerwowo po sali.

W tym momencie zza zakrętu wyłoniła się młoda dziewczyna z obsługi. W czarnym fartuchu, z pełną powagą, niosła na tacy mojego potrójnego cheeseburgera. Podeszła do naszego stolika, uśmiechnęła się profesjonalnie i postawiła zamówienie prosto przede mną.

- Życzę panu smacznego - powiedziała, skinęła głową i odeszła.

Szef popatrzył na odchodzącą dziewczynę, potem na mojego burgera, a na koniec na mnie.

- Ty... - zaczął, wskazując na mnie frytką. - Po co ty zamawiasz do stolika? Nie możesz sam sobie odebrać zamówienia? Po co goniłeś dziewczynę, żeby ci niosła burgera za przez pół lokalu?

Spojrzałem na niego z głębokim spokojem, rozwijając papier z taką celebracją, jakby to był tatar w restauracji z gwiazdką Michelina.

- Szefie - zacząłem cicho, pochylając się nad stołem. - Skoro system korporacyjny tej franczyzy oferuje mi pełen serwis kelnerski w cenie produktu bazowego, to rezygnacja z niego byłaby ujemnym ROI z tej transakcji. Skoro zapowiedziałeś, że jemy na miejscu, to znaczy, że jestem w restauracji. A skoro jestem w restauracji, to ma być jak w restauracji.

Dlaczego mam sam pełnić funkcję wewnętrznego łańcucha logistycznego, skoro mogę wydelegować to zadanie na zewnętrzny zasób, ujęty już w marży producenta?

Szef zamarł z otwartymi ustami. Widziałem, jak jego mózg próbuje przeprocesować tę informację i zestawić ją z podręcznikiem mikroekonomii.

Wziąłem pierwszy kęs, patrząc przez okno na parking. Prędzej czy później system zawsze zaczyna pracować dla ciebie - musisz tylko wiedzieć, który guzik kliknąć na ekranie.

@Weathervax a więc tak myślą Ci którzy zamawiają do stolika?

Prędzej czy później system zawsze zaczyna pracować dla ciebie - musisz tylko wiedzieć, który guzik kliknąć na ekranie.

Zaloguj się aby komentować

Siedziałem przy stole w kuchni, analizując raporty spółek i szukając dywidendowej okazji w gąszczu cyfr, gdy nagle...

- Tata, tata, czy Smerfy to był wytwór komunistycznej propagandy? - krzyknął, wbiegając do kuchni syn.

Odłożyłem arkusz kalkulacyjny. A więc młody postanowił dokonać analizy fundamentalnej bajek z mojego dzieciństwa.

- A jak myślisz, synu? - zapytałem.

Wziął głęboki oddech i zaczął wyliczać:

- Zacznijmy od Papy Smerfa. Według mnie to wypisz, wymaluj Józef Stalin. W swojej czerwonej czapce pełni rolę nieomylnego lidera, którego słowo jest jedynym obowiązującym prawem. Cały jego autorytet opiera się na wiedzy niedostępnej dla mas, co daje mu monopol na prawdę.

Pokiwałem głową, zachęcając go do dalszej dekonstrukcji systemu.

- Smerfy żyją w zamkniętej komunie, gdzie pieniądz jako środek wymiany po prostu nie istnieje. To gospodarka centralnie planowana w najczystszej postaci. Każdy pracuje według swoich możliwości. Pracuś buduje, Malarz maluje, Kucharz gotuje i każdy otrzymuje dobra według potrzeb. Wszyscy noszą identyczne stroje, co symbolizuje całkowite zatarcie indywidualizmu na rzecz kolektywu.

- A co z opozycją? - rzuciłem, uśmiechając się pod nosem.

- Ważniak! To jedyny Smerf, który kwestionuje działania innych, powołując się na własne „badania” i cytując księgi. Reszta grupy regularnie go ucisza (wyrzucając za bramę), co można interpretować jako tłumienie głosów opozycyjnych wewnątrz partii. - kontynuował z pasją.

- No dobrze, a Gargamel to…? - zapytałem, chcąc domknąć ten model rynkowy.

- Gargamel to podręcznikowy, drapieżny kapitalista i liberał. Mieszka w zamku, jest chciwy i obsesyjnie chce przerobić Smerfy w złoto. Dla niego jednostka ma wartość tylko wtedy, gdy można ją spieniężyć.

- No dobrze, a Smerfetka? Stworzył ją przecież Gargamel.

Tu syn zawiesił głos: - Gargamel wykreował Smerfetkę jako narzędzie ideologicznej dywersji. Miała za pomocą zazdrości i indywidualnych pragnień rozbić spójność socjalistycznego kolektywu od środka. Jej ostateczna asymilacja przez Papę Smerfa i zmiana koloru włosów to triumf systemu nad próbą kapitalistycznego sabotażu. To pokazówka, jak wspólnota neutralizuje zewnętrzne zagrożenia.

- Chyba masz rację… - odparłem.

- Idę kończyć wypracowanie - rzucił na odchodne. - Napiszę jeszcze, że odcinek, w którym Smerfy zamieniły się rolami i wszystko się posypało, miał być ostrzeżeniem przed wolnością jednostki. System działa tylko wtedy, gdy każdy zna swoje miejsce w szeregu.

Patrzyłem, jak znika w pokoju. No cóż, Pani Dorotka od języka polskiego będzie miała jutro bardzo długi i ciężki dzień...

#heheszki #alkoholowyinwestor #pasta

Zaloguj się aby komentować

#heheszki #alkoholowyinwestor Lenistwo ludzi mnie przeraża.

Doszliśmy do momentu, w którym przeciętny sąsiad nie jest w stanie wykrzesać z siebie tyle energii, by przejść te 200 metrów do śmietnika. Zamiast tego klatka schodowa stała się darmowym składowiskiem mienia, które w ich mniemaniu, samo się wyniesie.

Wystarczy, że but jest mokry, brudny albo lekko przyciasny, a ląduje za drzwiami jako oficjalny odpad społeczny.

Ale to co dla innych jest niedogodnością, dla nas z synami jest okazją.

Przez całą zimę synowie zbierali, czyścili i konserwowali buty. Łącznie od listopada do marca zarobili 1350 zł.

1350 zł, które teraz pracują w ETFach. Pieniądze leżą wszędzie. Nawet na klatce schodowej.

7fd2d22c-eccc-4fc7-a21c-132f71e515e5

Mieszkam w takim miejscu,.że worek na śmieci na wycieraczce jest codziennością.

Pato -sasiedzi poszli krok dalej - wystawili na niewielki wspólny korytarz stojak na buty. Oczywiście jest pełny a buty stoją też wokół.

@Weathervax w blokach z prl to normalnie szafki stoją od 50 lat właściwie jak nie dłużej. U mnie w nowej patodeweloperce jeden sąsiad poszedł o krok dalej. Jako, że klatki są zrobione kompletnie z d⁎⁎y, jakieś litery U, L albo w stylu hotelu, to jeden ma szafę w zabudowie na korytarzu.

Zaloguj się aby komentować

#heheszki #alkoholowyinwestor Dzień Kobiet w polskim biurze to dla większości facetów festiwal żenady, składkowy paraliż decyzyjny i rozpaczliwe poszukiwanie tulipanów, które nie zwiędną przed przekroczeniem progu recepcji.

Dla mnie to coroczne okienko transferowe, w którym dokonuję agresywnego przejęcia firmowego zaufania przy jednoczesnym wyciskaniu marży, o której marzą fundusze hedgingowe.

W mojej głowie ten proces zaczął się już pod koniec lutego. Synowie, przeszkoleni z monitorowania rynków dyskontowych, zameldowali o kumulacji promocji w Biedronce. Świąteczne praliny Lindt schodziły po 1,85 zł za opakowanie. Jako że w firmie to ja odpowiadam za zakupy, ruszyłem do zakupu towaru.

Kupowałem partiami, stosując taktykę partyzancką, żeby nie wejść w zwarcie ze starymi babami, które o 6:00 rano potrafią walczyć o promocyjną bombonierkę jak o ostatnie zapasy tlenu na Marsie.

Na początku tygodnia rzuciłem do chłopaków w biurze: - Panowie, zbieramy na Dzień Kobiet. Zdecydujcie po ile i co kupujemy. Tylko weźcie coś poza słodyczami.

Powiedziałem to celowo, żeby odsunąć od siebie jakiekolwiek podejrzenia o to, że towar mam już w garażu. Zaczęli liczyć, licytować się, aż stanęło na 30 zł od osoby.

- To ja nie wiem, panowie, co wy za to kupicie - odparłem z udawanym powątpiewaniem. - Zostaniemy chyba przy czymś słodkim.

Wtedy włączył się szef: - Dobra, licz 50 zł od osoby. Masz tysiąc złotych. Kobiet mamy 22, więc wychodzi lekko ponad 45 zł na każdą. Dasz radę dorzucić do tego jakiś porządny kosmetyk?

- Coś wymyślę, ale na cuda nie liczcie - rzuciłem, wychodząc z pokoju.

W głowie miałem już gotowy bilans. 45,45 zł na kobietę. Praliny kosztowały mnie 1,85 zł. Zostawało 43,6 zł na osobę.

Mogłem kupić byle drobiazg za piątaka i resztę włożyć do kieszeni.

Szybki zysk, jednorazowy strzał. Ale wieczorem usiadłem z synami. Pokazałem im wyliczenia i powiedziałem: - Widzicie to? Mógłbym teraz zarobić na czysto dziewięć stówek. Ale my tego nie zrobimy. Dzisiaj nauczycie się, czym jest inwestycja długoterminowa. Poświęcimy chwilowy zysk, żeby zdobyć coś cenniejszego: zaufanie i monopol na decyzje w tej firmie.

W Rossmannie wypatrzyłem zestawy z lawendą i olejkiem lnianym. Eleganckie, ciężkie, wyglądające na drogie. Dzięki kombinacji kilku promocji i kuponów, cena spadła z 65 zł na 19,50 zł za sztukę. To była moja przepustka.

Dzisiaj rano wszedłem do firmy z wielkimi kartonami. Kiedy chłopaki zobaczyli te zestawy i praliny, w biurze zapadła cisza jak po ogłoszeniu podwyżki stóp procentowych.

- Niemożliwe - szepnął jeden z kolegów. - Przecież to musiało kosztować ze stówę na głowę. Jak ty to zrobiłeś?

Tylko Roman próbował być dowcipny. Roman to ten typ, który zawsze wie wszystko najlepiej, a jego jedynym aktywem jest kredyt konsumpcyjny na telewizor.

- Ty, a czemu te pralinki są w kształcie choinek? - zaśmiał się pod nosem. - Pewnie nakupowałeś w święta i wziąłeś z domu? Pokaż paragon, hehehe.

Spojrzałem na niego z lekkim uśmiechem.

- Roman - powiedziałem tak, żeby wszyscy słyszeli. - Jak chcesz, to za rok ty możesz ogarniać prezenty. Tylko postaraj się, żeby wszystkie dziewczyny z biura nie odeszły tak szybko, jak twoja żona odeszła od ciebie.

Romanowi głupkowaty uśmiech zniknął mu z twarzy szybciej niż oszczędności z konta, a o paragon już nikt nie odważył się dopominać.

Dziewczyny za to były zachwycone, niemal wniebowzięte. Czuły się docenione jak nigdy wcześniej. Chłopaki patrzyli na mnie z podziwem, a szef położył mi rękę na ramieniu. - Od dzisiaj ty ogarniasz wszystkie zakupy w tej firmie, wszystkie tonery, tusze, części zamienne - ogłosił. - Taki człowiek to skarb, zaoszczędzisz nam fortunę.

Miał rację. Zaoszczędzę im fortunę, a sobie zapewnię dostęp do budżetów, o których Roman może tylko pomarzyć.

Mimo że "zainwestowałem" w zestawy premium, to po podliczeniu wszystkich kosztów i tak zostało mi w kieszeni ponad 500 zł czystego zysku. Całość od razu została przelana na konto maklerskie, a stan mojego portfela ETF się znacznie powiększył.

Sentymenty są dla ludzi, którzy nie potrafią liczyć. Reszta z nas buduje kapitał.

@Weathervax jestem gorąco przekonany że ten profil i twórczość autora to pastisz na największego guru domorosłych inwestorów na LinkedIn, sz.p. Dawida Pałkę

@b0lec ja z kolei o tym jak pisał, że nie kupił dzieciakom jakiegoś tam gofra czy czegoś innego nad morzem, i zamiast tego powiedział że mogą teraz wydać hajs i go przejeść, albo im go pomnoży jak będą spokojne, i był dumny że wybrały to drugie

Zaloguj się aby komentować

#heheszki #alkoholowyinwestor W świecie poważnych inwestycji mówi się, że pieniądze leżą na ulicy. Dzisiaj za to moje pieniądze leżały w biurowej lodówce, schowane między przeterminowanym jogurtem Grażyny, a cudzą nadzieją na spokojne popołudnie.

Wszystko zaczęło się od prostej analizy fundamentalnej. Żabka ogłosiła promocję na czwartkowe obiady po 7,99 zł. Normalnie bym to ominął, ale mój zmysł analityczny wyczuł rynkową nieefektywność.

Sklep pod biurem w remoncie, czyli całkowity brak płynności, a grafik moich współpracowników na piątek przypominał wykres bitcoina podczas hossy. Nikt nie miał czasu na mrugnięcie okiem, a co dopiero na spacer do dalszego sklepu.

W czwartek dokonałem zakupu trzech jednostek obiadowych. Koszt wejścia w pozycję: 23,97 zł.

Piątek, godzina 12:00. W biurze zaczyna się to, co tygrysy lubią najbardziej, czyli panika popytu. Słyszę szepty i czuję zapach desperacji. Mariusz i spółka zorientowali się, że ich żołądki domagają się dopływu kapitału, a lodówka świeci pustkami. Nagle ich wzrok pada na moje trzy pudełka.

- Czyje to? - pyta Mariusz, patrząc na Tagliatelle z kurczakiem w sosie szpinakowym, jakby to był złoty pociąg.

- Moje - odpowiadam, nie odrywając wzroku od notowań.

- Stary, weź nam to odsprzedaj. Taki zapierdol, że nie mamy jak wyjść, a na dole remont. Spojrzałem na nich z politowaniem.

- Jasne. 20 zł sztuka - rzuciłem beznamiętnie.

Mariuszowi niemal wypadły oczy z orbit. - Ty, ale tu jest naklejka! Przecież one normalnie są po 13 zł, a ty pewnie kupiłeś wczoraj w promocji za 7,99 zł.

Przechyliłem się na krześle i spojrzałem mu prosto w oczy.

- To sobie poczekaj w takim razie do przyszłego czwartku. Albo idź do sklepu trzy przecznice dalej, strać 40 minut i szansę na dowiezienie projektu. Wybór należy do ciebie. Ja nie sprzedaję jedzenia, ja sprzedaję ci rozwiązanie twojego problemu z logistyką.

Zapadła cisza. Widziałem, jak w głowie Mariusza procesor walczy z godnością. Godność przegrała z kretesem.

- Ale ty jesteś chory. Masz, trzymaj te sześć dych - wycedził przez zęby.

Zainkasowałem 60 zł. Bilans operacji? 36,03 zł czystego zysku wydartego z biurowej rzeczywistości.

Pieniądze natychmiast powędrowały na konto maklerskie, żeby dołączyć do reszty armii w moim ETF-ie na światowy rynek.

Kula śnieżna właśnie zyskała nową warstwę. Z zapachu kurczaka i biurowej desperacji.

https://x\.com/AlkoInwestor/status/2029967243300479150?s=20

ja bylem biurowym dostawca chaczapuri: codziennie chodzilem do roboty ok 40 min z buta i codziennie w polowie drogi odwiedzalem gruzinska piekarnie, gdzie kupowalem sobie sniadanie - zaraz po wyjsciu z domu na slacku zbieralem zamowienia i kto zdazyl, to dostawal jeszcze cieplutkie zarelko prosto na stol biurowej kuchni. dzialalem non profit, moze nawet na tym tracilem, bo nie pilnowapem czy mi kazdy przelal hajs, ale kapital polityczny byl dla mnie wiecej warty

Zaloguj się aby komentować