Kilomtery z ostatnich 7 dni, w tym nocna jazda z piątku na sobotę na #gravel.
Niby była to tylko standardowa i oklepana trasa odcinkiem R10 przez Dąbki, Darłowo i Wicie, ale o ileż ciekawiej jedzie się to w nocy. Mała widoczność, przejazdy przez mgły w obniżeniach terenu, różne odgłosy z otoczenia, m.in. zwierzaczków, które przebiegają gdzieś blisko, ale ich nie widać - wszystko to niesamowicie wyostrza zmysły i działa na wyobraźnię. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Przy kanale na jeziorze Kopań niechcący wystraszyliśmy parę rowerzystów, którzy chyba nie spodziewali się, że ktoś mógłby za nimi jechać o tej porze i na takim odludziu. Jeden z nich przywitał nas dość nerwowym dobry wieczór, jakby chciał się upewnić, że nie ma zwidów i odpowiemy mu ludzkim głosem. xD Niedaleko Jarosławca odbiliśmy na południe w kierunku Sławna, a stamtąd po przerwie na kawkę wróciliśmy dawną krajówką do domu. Drogi praktycznie całe dla nas - odkąd zjechaliśmy z R10, wyprzedziło nas z 6 samochodów. Wspaniała była to jazda, trzeba będzie jeszcze coś takiego pojechać. (ʘ‿ʘ)
Kilometry od początku tygodnia, w tym dzisiejsza jazda na #szosa, z Pan @Mordi. (。◕‿‿◕。) Postanowiliśmy przejechać się ̶t̶a̶m̶o̶w̶a̶ć̶ ̶r̶u̶c̶h̶ ̶i̶ ̶p̶o̶p̶e̶ł̶n̶i̶a̶ć̶ ̶z̶b̶r̶o̶d̶n̶i̶e̶ ̶p̶r̶z̶e̶c̶i̶w̶ ̶l̶u̶d̶z̶k̶o̶ś̶c̶i̶ rowerami na kawkę i lody w Kołobrzegu. Ruch na drogach dojazdowych większy niż się spodziewałam, na R10 zatrzęsienie ludzi, a to znak, że zaczął się sezon na unikanie pasa nadmorskiego. xD Z Kołobrzegu wyjechaliśmy na południe pierwszą udaną drogą rowerową w historii tego miasta - wzruszyłam się. Powrót bardzo spokojny, drogami przez pola i małe wiochy, czyli to co lubię najbardziej.
Krótka* relacja z weekendowego patataj po gminy na krańcu świata, które to, wespół z @vvitch zbieramy niemal pieczołowicie oraz niemal rzetelniei z niemalejącym zapałem.
W sobotę zbieramy się o brzasku (czyli około dziewiątej rano) i jedziemy na oddalony o wieleset metrów przystanek kolejowy. Na przystanku tym czekamy na pociąg, który zabierze nas daleko. Wiemy dokąd ale nie możemy mieć pewności. Ale to nie ma znaczenia (a tak naprawdę to ma bo mamy bardzo konkretny plan).
Uprzejmość Polregio kończy się w Gryfinie. Niestety, moje wyobrażenia o tym miejscu nieco rozminęły się z prawdą. Spodziewałem się, że nad ruderami śródmieścia będzie górowało jakieś zamczysko, być może jacyś ludzie z różdżkami i w spiczastych czapkach będą latać w tę i z powrotem ale szybko zostałem uświadomiony przez ukochaną, że Gryfino i Gryffindor to są dwa różne miejsca. A Gryfice w tym trójkącie geograficzno-lingwistycznym dopełniają tylko chaosu w narracji.
Z miasta czarodziejów wytaczamy się dzięki uprzejmości drogowców, którzy dawno temu wybudowali drogę krajową oznaczoną numerkiem trzydzieści jeden.
Jedziemy na południe podziwiając okolicę. Szosa wije się przyjemnie przez lasy i wspina po niewielkich hopkach. Ruch jest dość spokojny i mniejszy niż się spodziewałem, z pamięci nie jestem w stanie przytoczyć jakiegoś rażącego odjaniepawlania na drodze przez mniej lub bardziej lokalnych furmanów (co trochę zmieni się w Widuchowej ale nie uprzedzajmy faktów).
Widuchowa okazuje się być metropolią o dość... Prowincjonalnym charakterze. Nie spodziewałem się po prawdzie Warszawy, ale też nie spodziewałem się Pcimia - ot, myślałem, że będzie to coś w stylu Chrzanowa z jakością dróg w stylu łódzkim. Dostałem jednak Pcim.
Z Widuchowej wyjechaliśmy w kierunku Krajnika Dolnego podziwiając uprzednio wyprzedzanie nas przez jakiegoś lokalnego woźnicę swoim rdzewiejącym trupem. Myśleliśmy, że ów lokalny Vin Diesel w dieslu zahaczył nadciągający z naprzeciwka ze wstępnym impetem ciągnik marki "panie, dziadek nim jeździoł do kościoła w pindzisiątym czecim, w pindzisiątm czwortym wymienił ośkę a jo wincyj nie remontowoł bo po co, skoro jeździ!?" ale po wnikliwej analizie wykonanych przeze mnie nagrań jasno wynikało, że jeden rzęch drugiego rzęcha mógł zahaczyć najwyżej plwociną puszczoną przez dowolnego z furmanów.
Krajnik Dolny, do którego dotarliśmy w pocie czoła (było bowiem dość ciepło) okazał się jeszcze większym zadupiem niż sobie imaginowaliśmy patrząc na mapę dnia poprzedzającego wyjazd. Ot, przygraniczna mieścina oklejona plakatami i bilbordami w języku Mordoru nawołującymi do wstąpienia w progi przybytków chwilowej uciechy i wątpliwej higieny, zakupu cigaretów po okazyjnej cenie lub przystrzyżenia kłaków na łbie tudzież brody, po okazyjnej cenie, ale w euro. Wszystko to żywcem wyjęte ze słusznie minionych lat dziewięćdziesiątych. Gdyby to ohydztwo do czegoś lub kogoś przyrównać, śmiało mógłbym rzec że była to Elżbieta Kruk w kisielu.
Przyszła pora na opuszczenie Najdroższej Ojczyzny i wjechanie w dzikie ostępy Szwabii.
Do Schwedt/Oder wtaczamy się po drodze wojewódzkiej oznaczonej numerkiem sto sześćdziesiąt sześć i niemal od razu zjeżdżamy na bulwary gdzie podziwiamy malowniczy pomnik kobiety, która rzuca Jezuskiem w ciepłą tego dnia toń Odry. Kierujemy się na południe, mijając jakieś dziecko i jakiegoś pokojowego obywatela, który drze na nas ryja po niemiecku. Dojeżdżamy do czegoś, co wygląda jak nasza rodzima Wiślana Trasa Rowerowa tylko nazywa się inaczej bowiem nie leży ani nad Wisłą ani nawet w Polsce. Na potrzeby tejże opowiastki będę ją nazywał Szwabskim Szlakiem - w skrócie SS.
Ze szczytu wyasfaltowanej korony wałów rozpościera się przepiękny widok na Nationalpark Unteres Odertal. Jedziemy na południe w pełnym słońcu - grzeje przyjemnie. W oczy rzuca się to, że rowerzystów jest dość sporo, ale są to głównie niemieccy emeryci i osoby ogólnie wiekowe (niektórzy być może posiadają jakichś krewnych na innym kontynencie) zaś młodych ciałem i duchem jedzie niewielu. Jeśli ktoś z Państwa nie był, a wybiera się w tamte rejony to gorąco obydwoje zachęcamy do odwiedzin SS u naszych zachodnich sąsiadów. Nie będziecie Państwo żałować:)
Po jakimś czasie, jadąc nadal wśród pięknych okolic docieramy do mostu pieszo-rowerowego w Siekierkach. Zatrzymujemy się tam na chwilkę aby wykonać dokumentację fotograficzną, odsapnąć i przede wszystkim zobaczyć jak dobrze i jak fajnie to miejsce wygląda i jest zrobione. Wdrapujemy się na wieżę widokową, przez kilka długich chwil oglądamy okolicę ponownie zachęcając Państwa do odwiedzin.
Odpoczęliśmy, pora się zbierać. Wtaczamy się na szosę i jedziemy zobaczyć jeszcze jedno miejsce - najdalej wysunięty na zachód punkt polski, który znajduje się w najdalej na zachód wysuniętym punkcie polski. Omal nie uczciłem tej podniosłej chwili wypierdoleniem się na ten głupi ryj kiedy zakopało mi się w piachu przednie koło, jednak wrodzone zdolności akrobatyczne skutecznie powstrzymały chęć szorowania mojej mordy po ujebie. Zobaczyliśmy okolicznościowy głaz, zrobiliśmy kilka fotek i ruszyliśmy do Cedyni w której mieliśmy zaklepany nocleg.
Słów kilka o noclegu, muszę bo się uduszę.
Otóż, spanko przypadło nam w czterogwiazdkowym hotelu mieszczącym się w starym klasztorze o oryginalnej nazwie Klasztor Cedynia Hotel. Hotel jest oznaczony znaczkiem Miejsca Przyjaznego Rowerzystom, choć trochę na wyrost. Na zewnątrz jest kilka stojaków wyrwikółek oraz sala w środku, stary refektarz, w którym można trzymać rowery jeśli akurat nic się tam nie odbywa. W czasie naszego krótkiego pobytu żadni mnisi ani żadni czarodzieje z Gryffindoru nie okupowali tego oryginalnego parkingu zaparkowanymi tam miotłami więc rowery były pod kluczem, ale jeśli ktoś z Państwa kiedyś się tam wybierze wraz ze swoimi rowerami to warto o to zapytać wcześniej. Sam hotel jest bardzo przyzwoicie wykończony i bardzo... Klimatyczny. Na jeden, dwa noclegi w sam raz.
Wieczorem wybraliśmy się na krótki spacer po okolicy. Odwiedziliśmy wieżę widokową przy ulicy Cmentarnej, wąskie uliczki centrum, pizzerię i market Dino. Koniec świata ale jakże urokliwy. Nie spodziewaliśmy się tak przyjemnego miasteczka i tak... Wertykalnego. Różnice poziomów poszczególnych ulic w mieście potrafią zaskoczyć.
Wyjeżdżamy w niedzielę. Z samej Cedyni wytaczamy się przyjemnym CPRem przy drodze wojewódzkiej oznaczonej numerkiem sto dwadzieścia pięć i we wsi Golice wjeżdżamy na Trasę Pojezierzy Zachodnich. Stąd, świetnie utrzymaną drogą dla rowerów, odseparowaną całkowicie od ruchu samochodowego i biegnącą głównie pośród pól malowanych rzepakiem i wśród lasów jedziemy do Trzcińska-Zdroju, gdzie robimy krótką pauzę na biednie zaopatrzonym w dobra spożywcze Orlenie. Dalej kierujemy się w stronę Pyrzyc głównie bocznymi drogami. Jakość dróg bywa różna, ale nawet te najbardziej dziurawe między wsiami Grzybno, Swobnica czy gminą Banie są... Przejezdne szosami. Ot, trochę uskoków, sporo dziur ale można całkiem sprawnie toto przejechać. Trafia się nam po drodze jeden fragment drogi dla rowerów (w Swobnicy właśnie) okrutnie przeorany korzeniami, ale koniec końców wytaczamy się i z tego czegoś nie tracąc w trakcie ani bagaży ani zębów.
Drogi rowerowe w Pyrzycach to nieśmieszny żart. Krzywe, dziurawe, z drzewami w jezdni albo ze słupkami wszelakimi. Widać że ktoś to coś wybudował kiedyś jako chodnik, ktoś inny pierdolnął znak C13/C16 i radź se, pedalarzu. Jestem zdania, że na rynku powinien być pręgierz dla urzędnika, który coś takiego wymyślił, zatwierdził, a sam popierdala najpewniej gruzem. Na szczęście w Pyrzycach zabawiliśmy tylko chwilę i nim się obejrzeliśmy, już byliśmy w drodze do Szczecina.
Do Starego Czarnowa dojeżdżamy po ruchliwej drodze wojewódzkiej, tym razem oznaczonej numerkiem sto dziewiętnaście. Ruch jest spory ale jakoś jedziemy. Droga ma spore odcinki z szerokim poboczem i spore fragmenty z dwoma pasami w jednym kierunku. W Starym Czarnowie ponownie zjeżdżamy na drogę dla rowerów, którą dojeżdżamy do samego Szczecina. Wpadamy na obiadek do Maczka i jedziemy na pociąg w Szczecinie-Dąbiu...
Mieliśmy wracać Intercity, bo wygodniej i szybciej niż telepać się regio, który zatrzymuje się nawet tam, gdzie psy dupami już dawno przestały szczekać. Coś się jednak w Szczecinie Głównym zesrało i najpierw pojawił się komunikat o dwudziestu minutach opóźnienia, później o czterdziestu a Portal Pasażera pokazywał nawet dziewięćdziesiąt pięć minut... Postanowiliśmy nie czekać i pojechać pociągiem regio, na który to bilety zwróciłem chwilę wcześniej...
Wsiedliśmy, przypięliśmy rowery i rozmawiamy sobie o starych miotłach i kredensach. Wtem, niezauważony przez nikogo, niespodziewany przez nikogo i prawdopodobnie za mało kochany w młodości przez rodziców (albo za dużo) podchodzi gość i gromko, niemal wykrzykuje "O K⁎⁎wa!" patrząc na nasze rowery. Po chwili zawahania powtarza zaklęcie i pyta mnie "Polisz czy Dojcz?" Pogaduchy z ewidentnie wczorajszym dżentelmenem na jakikolwiek temat to ostatnia rzecz na jaką obydwoje mamy ochotę, więc odpowiadam, mając nadzieję że gość nie mówi po niemiecku: "Dojcz!" Jakże się myliłem! Goś zaczyna do mnie mówić jak rasowy mieszkaniec Bawarii, który na śniadanie je wursta, popija go piwem, później idzie w swoich Lederhosen wypasać owce na hali a w swoim Gartenhaus ma tajny pokoik ukryty za fałszywą ścianą piwnicy... Moja znajomość Wężowej Mowy sprowadza się do kilku słów takich jak "Wunderbar","Toilettenbürstenbenutzungsanweisung" "Ja! Mein Führer!" czy "Verstopfung" więc głównie słucham, kiwam głową i powtarzam "Ja! Ja!" ku uciesze @vvitch, jakiegoś typa który obok nas siedział i konduktora:).
IC spóźnił się finalnie trzydzieści minut.
Zebraliśmy jedenaście gmin.
*żartowałem
#100km #mordinaszosie
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
przygraniczna mieścina oklejona plakatami i bilbordami w języku Mordoru nawołującymi do wstąpienia w progi przybytków chwilowej uciechy i wątpliwej higieny, zakupu cigaretów po okazyjnej cenie lub przystrzyżenia kłaków na łbie tudzież brody, po okazyjnej cenie, ale w euro. Wszystko to żywcem wyjęte ze słusznie minionych lat dziewięćdziesiątych
Za każdym je⁎⁎⁎ym razem.
Jak rok temu przejeżdżałem na chwilę przez granicę, to wjeżdżając do Łęknicy też dostałem się na środek planu filmowego, którego akcja działa się na przełomie lat 90/00. Co prawda nie zauważyłem żadnej ekipy filmowej ani kamer, a nawet przyczep kempingowych, ale akurat musieli mieć przerwę i być gdzieś tuż za rogiem.
Jeśli ktoś z Państwa nie był, a wybiera się w tamte rejony to gorąco obydwoje zachęcamy do odwiedzin SS u naszych zachodnich sąsiadów. Nie będziecie Państwo żałować:)
@Furto Co ciekawe, kiedy wjeżdżałem od strony czeskiego Cieszyna do Polski miałem takie samo wrażenie, tylko w drugą stronę. Czeska część miasta to był właśnie taki poligon z lat 90 a Polska wyglądała jak nowoczesne, europejskie miasto. Byłem tęgo zdziwiony wówczas.
Kilometry z dwudniowej wycieczki po gminki na zachodnich rubieżach, z Pan @Mordi. (。◕‿‿◕。)
W pierwszy dzień przejechaliśmy trasę z Gryfina do Cedyni. Po niezbyt przyjemnym początku na krajówce, co było koniecznością z braku innych dróg w okolicy, w Krajniku Dolnym przeskoczyliśmy na niemiecką stronę granicy. Od tej pory było już tylko lepiej. Większość czasu jechaliśmy przepiękną trasą na wałach wzdłuż Odry. Do Polski wróciliśmy mostem w Siekierkach, a w drodze do hotelu zahaczyliśmy jeszcze o Najdalej wysunięty na zachód punkt Polski.
Następnego dnia cofnęliśmy się z Cedyni na Trasę Pojezierzy Zachodnich - jeszcze jedno miłe zaskoczenie! W Trzcińsku-Zdroju z żalem wróciliśmy na lokalne dziurawe drogi, żeby dojechać po następnej zaplanowanej gminy. Tego dnia jeszcze dwukrotnie trafiliśmy na podobne odcinki dróg rowerowych w miejscu dawnych torów wąskotorówek, ale niektóre z nich niestety już są w opłakanym stanie.
Bilans: 174 #kwadraty, 11 gmin, podsiodłówka przetarta na wylot w kolejnym już miejscu, no i głupio przyznać, ale nigdy wcześniej nie przejechałam dwóch seteczek dzień po dniu. Nie wiem, czy to zasługa upału, wiatru, a im bliżej stacji w Szczecinie Dąbiu, tym był silniejszy, czy alergii, która mnie przez te 2 dni wykańczała, ale było to dla mnie trudniejsze niż przejechanie 200 km w 1 dzień, a obie trasy i tak trochę skróciliśmy.
Krajniku Dolnym przeskoczyliśmy na niemiecką stronę granicy. Od tej pory było już tylko lepiej. Większość czasu jechaliśmy przepiękną trasą na wałach wzdłuż Odry. Do Polski wróciliśmy mostem w Siekierkach, a w drodze do hotelu zahaczyliśmy jeszcze o Najdalej wysunięty na zachód punkt Polski
Zaległości rowerowe z majówki. W sobotę pojechaliśmy sobie na #szosa bardzo przyjemne 200 km z Chodzieży do domu. Asfalty przeważnie lepsze niż gorsze, widoki bardzo ładne, z kilkoma wsiami i miasteczkami włącznie (a tymi rzadko się zachwycam). Jak zwykle jechaliśmy przede wszystkim bocznymi drogami, ale trafiły się też piękne cepeery, jak ten w Złotowie wzdłuż brzegu jeziora, czy trasa z Porostu do Bobolic - tym piękniejsza, że prowadziła głównie w dół. xD Jedyny ujeb trafił nam się nieco wcześniej, za Jeziernikiem - zaczynał się od krótkiego podjazdu z kostki brukowej, a dalej było już tylko coraz więcej piachu, aż w końcu szybciej było prowadzić rower niż jechać. Incydentów brak (przypominam sobie tylko jednego miszcza, który wyprzedził nas, żeby natychmiast skręcić na pusty parking), bilans gmin zwiększony o 12, #kwadraty o 118.
W niedzielę natomiast w ramach rozjazdu przejechaliśmy się jeszcze nad morze, tym razem na #gravel. Pogoda zdążyła się już pogorszyć i zbliżał się deszcz, więc na plaży byliśmy tylko chwilę. W drodze powrotnej @Mordi narzucił żwawsze tempo, ale i tak nie zdążyliśmy. xD
Kolejna trasa na ukojenie nerwów po ciężkim tygodniu, czyli niedzielna seteczka przez zadupia i pustkowia na północ od Szczecinka, tym razem na #szosa. Niby całość objechana z wiatrem, ale trochę się zmachałam.
Wyjazdowe kilometry na #gravel i pracodomy. Najdłuższy dystans to wycieczka z przewodnikiem po Aglomeracji Śląskiej. Pan @Mordi (。◕‿‿◕。) zaplanował nam trasę szlakiem miejsc o dość nieoczywistej urodzie (choć nie wątpię, że niektórym robi się od tych widoków ciepło na czarnym jak wungiel serduszku), a przy tym powiedzmy, że średnio przyjaznym rowerzystom. Duży plus dla kierowców, którzy nie skorzystali z okazji, by rozjechać zagubionych pedalarzy ze wsi, gdzie są same ronda i brak torów tramwajowych. Bilans gmin powiększony o 8, #kwadraty o 47, odczucia estetyczne wyebało poza skalę. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Od paru dni zapowiadali załamanie pogody dziś, ale że już byłem umówiony na serwis fury to planów nie zmienię i te #100km trzeba było zrobić. Na szczęście udało się fajnie ustawić trasę, tam gdzie wiało bardziej w twarz to były lasy albo z górki. A z wiatrem bardziej na otwartej przestrzeni i pod górkę. Także jestem zadowolony.
60/40 asfalt/szutry i trochę piachów w lesie.
Przy okazji wpadło 43 nowych #kwadraty do kolekcji.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Wycieczka po #kwadraty, a przy okazji do Krainy w Kratę (https://pomorskie.travel/artykuly/kraina-w-krate/ ), z Pan @Mordi. (。◕‿‿◕。) Ciężko mi się jechało, a pogoda była sowiecka, tak więc w Sławnie zapakowaliśmy się do pociągu, choć jeszcze dzień wcześniej liczyłam na to, że całość objedziemy na rowerach.
Nie pojechaliśmy dziś z @vvitch do Wałbrzycha, ale za to pojechaliśmy w lewo (jeśliby patrzeć z perspektywy Szwedów) aby ominąć jeden kwadrat, po który narysowaliśmy dynksa na mapie.
#100km piękny pedalarzu
#mordinaszosie jedzie po szosie
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Pierwsza seteczka w roku, i to z dużym plusem. Najpierw pojechaliśmy szlakiem R10 do Kołobrzegu z przerwą na kawkę, stamtąd Starym Kolejowym Szlakiem na południe, reszta po mało uczęszczanych drogach przez pegeery i DW112. Na R10 trochę piachu i ludzi, którzy pierwszy raz wyszli z domów po zimie i słabo ogarniali, co się dzieje dookoła, ale i tak mniej niż się spodziewałam. Dwie rzeczy, które mnie najbardziej zaskoczyły to temperatura nad morzem (zdecydowanie nie na krótkie gacie i cienką bluzę xD) oraz elegancko pozamiatany i czysty SKS. Ogólnie był to bardzo spokojny wypad bez przygód i przypałów.
Ale jak to, do Kołobrzegu? - być może zapyta ktoś oburzony, zdziwiony, zniesmaczony, zaskoczony, oniemiały - Dyć żadnych widoków tam nie ujrzyta!
Ano, nie dla widoków żeśmy tam pojechali, ale tak se, do Maka. Po prawdzie mamy Maka w Koszalinie, ale ten w Kołobrzegu jest dalej więc pojechaliśmy tam. W Wałbrzychu też jest Maczek, ale tam nie pojechaliśmy.
Zatem, wracając z meandrów autyzmu ku ciągu dalszemu tej jakże nieciekawej opowieści: pojechaliśmy do Maka w Kołobrzegu po czym wróciliśmy do domu.
Wiosna z drugiej strony okularów jest dość... Jakby to ładnie ująć...
Gdyby porównać ją do czegoś lub kogoś, porównał bym ją zdecydowanie do Agaty Kornhauser-Dudy: oziębła, niby jest ale jakaś taka nieobecna. Pełno jej a jakoby jej nie było. Jednym milczeniem tak wiele rozumu ubyło.
Widzieliśmy po drodze dwa psy z czego trzeci omal nie kicnął nad ogrodzeniem i omal nas nie zjadł. Omal bowiem nie kicnął i nas nie zjadł (ale próbował!), dlatego możecie raczyć oczęta tymi wypocinami.
Widzieliśmy też koty, jakieś ptaszory, PGRy i jakichś ludzi.
#mordinaszosie chrumka jak prosię.
#rowerowyrownik #rower #100km piękny pedalarzu
---
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
@winiucho Też kiedyś pojechałem rowerem do Kołobrzegu, tyle że w jedną stronę miałem gdzieś z 900 kilometrów. A że nic tam ciekawego już wówczas nie było (za wyjątkiem @vvitch która ciemną, głuchą nocą mnie tam odprowadzała) , to pojechałem dalej, aż do Międzyzdrojów, gdzie też nie było nic ciekawego (za wyjątkiem pociągu do domu).
I jak mówiłem wcześniej, dzień zaliczam do udanych. Druga jazda na rowerze w tym roku i od razu z grubej rury. Pierwsze #100km w 2026 i 22 w karierze rowerowej.
Byłem sprawdzić co się dzieje na koncu świata. Nic specjalnego, żadnych wybuchów, płomieni trochę się zawiodłem, więc i wróciłem 😆
Powrót cały czas pod wiatr. Kondycja była, ale nogi nie chciały kręcić i jakoś tak na powrocie się wlokłem. Trzeba trochę więcej jeździć, by więcej jeździć.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Pierwszy atak zimy w moim mieście był taki jak pogoda od początku roku - słaby. I bardzo dobrze! Ani razu nie musiałam rezygnować z dojazdu do pracy rowerem, choć trafiły się dwa dni, gdy wymagało to większej determinacji. xD W weekend białego gówna nie stwierdzono wcale. Tydzień temu było lekko mroźnie, więc wybraliśmy się z Pan @Mordi (。◕‿‿◕。) tylko po #squadratinhos w najbliższej okolicy, dzisiaj natomiast odkurzyliśmy #szosa i pojechaliśmy na kawkę do Kołobrzegu. Temperatura niby na plusie, ale jednak zimno, upierdliwy boczny wiatr, a w kilku miejscach kałuże na całą szerokość drogi - w takich okolicznościach wpadło nam chyba ostatnie #100km w sezonie.
Kilometry z ostatniego tygodnia, w tym trzecie 200 km w sezonie - tym razem z Piły do Koszalina, żeby zobaczyć Johna Rambo (⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■) oraz przejechać się Starym Kolejowym Szlakiem. Oczywiście z Pan @Mordi. (。◕‿‿◕。)
Odcinek z Wałcza do Wierzchowa - cudowny, ze Złocieńca do Połczyna-Zdroju - do remontu. Całość objechana na granicy komfortu termincznego, a może i nieco poniżej, i (między innymi dlatego) tylko 1 godzina i 20 minut pauzowania.
Całkiem niezły tydzień, choć nic tego nie zapowiadało. O ile w poniedziałek udało nam się jeszcze wyskoczyć nad morze, tak już we wtorek skracaliśmy trasę, żeby spieprzać przed deszczem, który i tak nas dogonił. Mój entuzjazm nieco przygasł i szosa miała wolne aż do soboty.
A w sobotę... z samego rana zapakowaliśmy się z Pan @Mordi (。◕‿‿◕。) i rowerami do pociągu. Stacja docelowa: Świnoujście. Nim się jednak zakwaterowaliśmy na nocleg, wyskoczyliśmy zrobić krótką, choć niekoniecznie szybką pętelkę po niemieckiej stronie wyspy. Dojechaliśmy do pierwszego kurortu i z przykrością stwierdzam, że pod względem planowania urbanistycznego polskie miejscowości nadmorskie to na tle somsiadów chlew obsrany gównem. Za to pod względem stylu jazdy jest tak samo jak na polskich szlakach, jak nie gorzej. W krótkim czasie widzieliśmy, jak jeden pedalarz prawie został ugryziony przez psa, a inny uciekał w krzaki przed dziecięcym kamikaze na rowerku. Tyle dobrego, że ruch samochodowy jest całkowicie wypchnięty z najładniejszej części pasa nadmorskiego. Nie widziałam też przeklętych hulajnóg elektrycznych.
Po kilku kilometrach uciekliśmy z Eurovelo 10 w głąb wyspy, a tam miłe zaskoczenie - cisza, spokój, widoczki i pagórki jak na Kaszubach. Nim wróciliśmy do Świnoujścia, zajechaliśmy jeszcze do małej rybackiej wioski nad zalewem, a tam kolejna niespodzianka. Przystań może i nie była za ciekawa, ale za to dojazd do niej drogą o nachyleniu 12% (na szczęście w dół xD) i widoczek z tejże drogi - jak z pocztówki. Aż musiałam się zatrzymać i zrobić fotę, która oczywiście wyszła tak sobie. xD
Jako że na pierwszy rzut oka można nas pomylić z mieszkańcami Afryki Subsaharyjskiej bądź też innymi Azjatami, to załapaliśmy się jeszcze na kontrolę graniczną, a potem już pojechaliśmy nie niepokojeni przez nikogo do bardzo przyjemnego pensjonatu oznaczonego jako Miejsce Przyjazne Rowerzystom. I chyba rzeczywiście takie jest, bo następnego dnia stwierdziliśmy zgodnie, że nikt nie za⁎⁎⁎ał w nocy naszych rowerów, które Mordi w przypływie kreatywności spiął trzema cienkimi trytytkami (kto by ze sobą woził zapięcie). xD Tak poza tym i oklapniętą podsiodłówką, która zaczęła mi szorować po tylnym kole, aż przetarła się na wylot, innych przypałów sprzętowych podczas wyjazdu nie stwierdzono.
Najdłuższa trasa to niedzielny powrót ze Świnoujścia, głównie szlakiem Eurovelo 10, na szczęście niezatłoczonym o tej porze roku. Najgorzej będę wspominać odcinek z Międzyzdrojów do Wisełki. Nie dość, że podjazdy jakieś takie zupełnie jak nie nad morzem, to oczywiście kilku kierowców nie wytrzymało napięcia i c⁎⁎j że zakręt, pod górkę i podwójna ciągła, oni MUSZĄ k⁎⁎wa wyprzedzić tu i teraz, oczywiście bez zachowania bezpiecznej odległości. Bardzo brakuje w tym miejscu oddzielnej drogi dla rowerów. Reszta trasy to jednak w większości CPRy i DDRy, lepsze i gorsze, ale w większości płaskie jak stół.
Te lepsze to na przykład odcinek z Rewala do Niechorza. Pierwszy raz jechałam tamtędy 8 lat temu i nie przypominam sobie, żeby była tam tak dobra infra. W Niechorzu zatrzymaliśmy się na chwilę przy latarni, na którą weszłam. SPD i metalowe schodki (drabinka?) na samej górze to może nie najszczęśliwsze połączenie, ale dla widoków warto było zaryzykować.
Te gorsze to zdecydowanie trasa z Pogorzelicy do Mrzeżyna. Tam niby coś się poprawiło, ale ogólne wrażenie z jazdy było nawet gorsze niż za pierwszym razem, no ale wtedy nie jechałam tamtędy szosą. xD Zaczyna się dość niewinnie od betonowych płyt, potem największa atrakcja odcinka, czyli 5 km bruku, następnie 3 km leśnej drogi gruntowej, w której największe dziury są zasypane wyjebogennym szutrem, a na koniec powrót na drogę z bruku, przy której na szczęście powstał kawałek cepeeru z kostki.
Za Ustroniem Morskim uciekliśmy z Eurovelo na dawną DK 6, żeby zdążyć przed nadchodzącym załamaniem pogody. Prawie się udało. xD Pierwsza krótka ulewa dorwała nas 5 km od mety. Druga nie zdążyła, bo wchodziliśmy już do domu.
Niedzielna #szosa z Pan @Mordi (。◕‿‿◕。) oraz kilka pracodomów.
Nie robiłam sobie na nic nadziei, ale ten jeden raz rzeczywiście sprawdziły się prognozy i w końcu mogliśmy przejechać trasę, którą już 3 razy przekładaliśmy - ze Świdwina do Połczyna-Zdroju zupełnie nowym odcinkiem Starego Kolejowego Szlaku, a stamtąd na północ, do domu. Może i nie był to najszczęśliwszy wybór na ten dzień, bo ponad połowę drogi walczyliśmy z silnym bocznym wiatrem z tendencją do zawiewania w mordę, ale widoczki wynagradzały wszystko.
Do Połczyna dojechaliśmy czymś, co można określić rowerową autostradą (ʘ‿ʘ) i zrobiliśmy krótki postój na deptaku pod połczyńskimi parasolkami. Stamtąd poturlaliśmy się bocznymi drogami, żeby kawałek przed Tychowem wskoczyć na DW167. Ilość ujebów minimalna, przykrych incydentów na drodze brak. Ja zebrałam po drodze kilka #kwadraty, a Mordi na jednym z postojów uciął sobie pogawędkę z dwoma panami 70+, którzy na motorach przyjechali z drugiego końca Polski. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Sobotnia przejażdżka z okazji długiego weekendu, nie do końca zgodnie z planem, jak to nam się często zdarza. Początkowo do wyboru mieliśmy dwa warianty: krótki - ze Świdwina, dłuższy - z Piły. Nic więc dziwnego, że wylądowaliśmy w pociągu do Szczecina, gdzie mieliśmy przesiadkę na pociąg do Świnoujścia. Z którego wysiedliśmy w Wolinie. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Wszystko z powodu wiatru, który by nas wykończył, gdybyśmy się wybrali gdziekolwiek indziej.
Na dobry początek pozwoliłam sobie dodać do trasy kilkanaście kilometrów po okolicy, które okazały się idealnym odzwierciedleniem tego, co nas czekało przez resztę dnia - totalne dziury i ujeby na przemian z nowymi, asfaltowymi dywanami. I prawie nic pomiędzy. Przy okazji zdobyłam prestiżowego QOMa na segmencie przejechanym łącznie przez 5 kobiet, w tym jednego Waldemara. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Całość trasy z miłymi widoczkami i bez większych przygód. Przez cały dzień spotkaliśmy tylko dwóch kierowców specjalnej troski: dziada w kamperze, który ominął nas o centymetry, bo przecież nie będzie czekał całą wieczność, aż za kilka sekund skręcimy w lewo, oraz babę o osobówce, która postanowiła wyprzedzać na zakręcie 3 rowerzystów w czasie, gdy po drugiej stronie drogi byliśmy jeszcze my. W Modlimowie natomiast trafiliśmy na znudzonego wiejskiego burka, który ewidentnie miał ochotę upierdolić jakiegoś pedalarza w łydkę, ale nim jeszcze choćby szczeknął, @Mordi poczęstował go wodą z bidonu. Widok zdziwionej psiej mordy - bezcenny. xD
Trochę zaległych kilometrów z kwietnia, wyłącznie szosowych.
Zrobiliśmy sobie m.in. bardzo miły, krótki wypad w rodzinne strony Pan @Mordi. (。◕‿‿◕。) Wyjazd przypadł na czas dużego ochłodzenia, więc odpuściliśmy wyjazdowe 100 km, ale za to przejechaliśmy dwie fajne trasy po lokalnych atrakcjach oraz na Pustynię Błędowską. Szkoda tylko, że już po powrocie, w drodze z dworca do domu zostałam znokautowana latającą hulajnogą elektryczną i przez kilka dni byłam wyłączona ze wszelkiej aktywności rowerowej, jak i zawodowej.
Przy innej okazji wybraliśmy się z @Mordi wieczorową porą szukać zorzy polarnej (bezskutecznie), a znaleźliśmy idealny krawężnik do unicestwiania szosowych dętek i opon, a na koniec... wpadło wielkanocne 100 km z dużym plusem. (ʘ‿ʘ) Trasa była zaplanowana na 117 km, ale po drodze trochę improwizowałam - najpierw żeby uciec z zatłoczonego szlaku R10, potem żeby chwilę odpocząć od wiatru w mordę. Zahaczyliśmy też o zupełnie nowy odcinek drogi rowerowej przez pola, który łączy się ze Starym Kolejowym Szlakiem - oby więcej takich. Tym sposobem wyszło nam całkiem przyzwoite 140 km z kilkoma łatwymi #kwadraty.
@vvitch ogólnie nie chce ze mną Emoji wymieniać i zrobiło mi się przykro. A czułem już tę więź i nić porozumienia, początek przyjaźni. Taka piękna przygoda się zapowiadała.