Trochę lat temu, jak studiowałem w Krakowie, powszechne były puby otwarte "do ostatniego klienta". Wiele z nich po prostu wypraszało ludzi o pewnej godzinie, ale nie wszystkie, były bowiem takie, które do sprawy podchodziły honorowo.
Raz zdarzyło nam się zabalować w Alechemii i na sam koniec posiadówy przysnąłem. Przebudziłem się około 7 rano, obok mnie dwie osoby z grupy jeszcze coś tam bełkoczące do siebie. Na stołach obok krzesła pozakładane na blaty. Ze zgrozą stwierdziłem, że już zupełnie jasno, a za oknem rozpoczął się normalny dzień i widać przechodniów, którzy rozpoczęli już poranek. Zapowiedziałem, że koniec imprezy i poleciłem opuszczenie lokalu. Dwa golemy posłusznie wstały i ruszyły do drzwi.
Jak tylko wyszliśmy, za nami barmanka od razu zaciągnęła kratę.
Do tej pory mnie skręca jak sobie to przypomnę i chciałbym tą panią z obsługi wręcz za to przeprosić. Zamiast wyjść z pracy gdzieś o drugiej lub trzeciej, musiała siedzieć do rana, bo tak właściciel baru sobie wymyślił.
#alkoholizm