Też się podzielę moją pierwszą pracą po emigracji do UK. Jak to mawiają "swoje trzeba odjebać" - jedni idą do magazynów, inni na zmywak, jeszcze inni sprzątać. A ja rozładowywałem ciężarówki Czerwonego Krzyża z datkami. Praca jak praca, ktoś musi zrobić, jakieś 95% ludzi to Polacy. Dużo noszenia czasem ciężkich rzeczy, ale to nie było najgorsze. Najgorsze było to, co ludzie wrzucali do paczek dla CK. Noże, skalpele, strzykawki z igłami, potłuczone butelki, zużyte pieluchy czy tampony, to była norma. Musieliśmy zakładać takie specjalne, grube rękawice ochronne i maski na twarz. Byłem tam z tydzień i któregoś dnia podszedł do nas angielski team leader czy ktoś tam wyżej i zacząłem z nim sobie gadać na luźno przez jakieś 30 minut. Facet poszedł dalej, wróciłem do chłopaków, a oni patrzą się na mnie z niedowierzaniem:

- Znasz angielski? - Znam. - To co ty k⁎⁎wa tutaj robisz?

Trochę się pośmiałem, ale w głowie zadomowiła się myśl "co ja k⁎⁎wa tutaj robię?". Porobiłem jeszcze z godzinę, zostało tylko pół ostatniej ciężarówki do zrobienia, zapytałem chłopaków czy sobie dadzą radę ("tak, pewnie"), poszedłem do szefa i się zwolniłem. Z roboty poszedłem do domu, prysznic, zmiana ciuchów, poszedłem do agencji pracy i już następnego dnia zacząłem nową robotę przy naprawie telefonów.

#praca #uk

Komentarze (9)

U mnie w uk moja pierwsza praca to zapieprzanie 12 godzin na polu przy dyniach. Zapierdol totalny. Praktycznie bez przerw. Porobiłem tam na szczęście dwa dni bo na drugi dzień przyszła osoba z agencji i spytała się kto zna angielski. Jako że znałem go wtedy jako tako to udało mi się wtedy przenieść do lepszej roboty na magazynie. Zarobki były tam gdzieś w okolicach 400-450 funtów na tydzień. Było to z 8 lat temu więc chyba nie było źle. Praca fizyczna 12 godzin dziennie 4x4 z trzy godzinnym płatnym dojazdem. Praca ta polegała na wyładowywaniu paczek z ubraniami z tira oraz pilnowaniu aby wyznaczony obszar działał bez zarzutu czyli np. trzeba było dostarczać niezbędne rzeczy pracownikom na stanowiskach, które na bieżąco zużywali lub pilnować czy linie transportowe w twoim obszarze funkcjonują prawidłowo. Najgorsze było rozładowywanie które trwało z 4 godziny całości zmiany. Było ono bardzo wymagające fizycznie. Dużo było wtedy dźwigania i biegania z ciężkimi rzeczami bo rozładunek był przewidziany na określony czas. Reszta pracy właściwie była raczej luźna jak się ogarniało na bieżąco.

W tej pracy dowiedziałem się pierwszy raz jak chamscy potrafią być polacy za granicą jeśli są na wyższym stanowisku niż ty. Jeśli ktoś był na stanowisku podobnym tobie to był on zwykle spoko, ale jak jakiś polak był wyżej to im po prostu odbijało. Zdziwiło mnie też mocno jak oni bardzo wstydzili się używać języka polskiego nawet będąc na osobności. Jeden taki ciągle starał się żeby mnie wywalono. Szukał wszystkiego tylko żeby mieć jakiś punkt zaczepienia. No i w końcu mu się udało... Znalazł takiego angola, który źle mnie zrozumiał i powiedział coś o mnie wyżej. Zostałem zaproszony wtedy na rozmowę z tym polakiem 1 na 1 gdzie zostałem przez niego opieprzony i zwolniony. Nie miałem wtedy nawet szansy wyjaśnić sytuacji. Bardzo mnie to dobiło. To było moje pierwsze takie zwolnienie. Łącznie pracowałem tam z mniej więcej pół roku.

Po tamtej rozmowie zabrano mi dostępy i wyproszono mnie z budynku. Najgorsze było to że ta rozmowa się tak przeciągnęła że uciekł mi transport firmowy przez co musiałem iść piechotą po ciemku do najbliższego miasta na pociąg bo magazyn był na totalnym zadupiu. Pamiętam że byłem wtedy tak zdołowany że kiedy poszedłem na stację to miałem w głowie myśli czy brać bilet do domu i uspokoić się czy może pojechać do Londynu oddalonego o chyba gdzieś z 300km i poszlajać się po nim. Trochę żałuję że nie wybrałem drugiej opcji.

@dolitd Tych moich pierwszych prac w UK to było kilka. Zahaczyłem się u znajomych w Londynie, którym za to wyremontowałem pokój. Pierwsze tygodnie to było lekkie oszołomienie Londynem, obcą kulturą i... angielskim, który myślałem, że znam dobrze, ale tak nie było i dlatego musiałem obniżyć trochę oczekiwania co do pierwszej pracy. Po jednym dniu na budowie znalazłem pracę w kuchni, bo zbliżała się zima, a pomyślałem, że tam przynajmniej było ciepło i było coś do jedzenia. Pub to było coś w rodzaju januszexu, tylko kierował nim Irlandczyk i jego przemocowa żona. Staff był angielskojęzyczny, więc miałem konwersacje za darmo i kiedy tylko się trochę poduczyłem angielskiego to po 6 tygodniach zrobiłem papaję z tego okropnego miejsca.

Następnie po bardzo ciekawym pół roku różnych miejsc pracy, przeprowadzek i zadziwiających przygód, miałem podobne rozkminy jak @dolitd że nie przyjechałem tutaj robić w knajpach i poszedłem do biura, które natchnęło mnie do założenia działalności, którą prowadzę do dzisiaj.

Wyjazd na Wyspy z jedną małą torbą i 260 funtami w kieszeni oraz znalezienie tam pracy sprawiły, że na zawsze zniknęły wszystkie moje obawy i wiem, że sobie zawsze poradzę.

@dolitd moja pierwsza praca to sortownia albo jakiś recykling z marketów ASDA xD

Brud smród gorąco jak c⁎⁎j a karzą nosić full PPE .

Szybko na studia wracałem

pojechaliśmy z ziomkiem w ciemno w niedzielę do losowo wybranego miasta, byle nie za duże, ale tak żeby były jakieś fabryki. wynajęliśmy pokój u znalezionego w necie Roberta, który nam obiecał też robotę. zostało £40 w kieszeni i wydrukowane po angielsku CV. ale we wtorek się okazało po szybkiej rozmowie z "szefem" że roboty dla nas nie ma "bo znamy angielski" , a Robertowi "szef" kazał się nas jak najszybciej pozbyć "bo będą z nimi problemy". w środę poszliśmy z civikami na miasto, znaleźliśmy na high street coś czego w Polsce wtedy jeszcze nie było, czyli agencję pracy (co nas wtedy rozbawiło, bo w Polsce "agencje" to były tylko towarzyskie) i w czwartek pracowaliśmy w fabryce podwozi samochodowych. ziomek jako że student architektury to na prasach, ja jako informatyk na lini spawalniczej. w sobotę już jebaliśmy overtajmy. przepracowałem tam 2 lata z przerwami...

Zaloguj się aby komentować