Za młodu, czasy handlu w niedzielę, nawaliłem się nieopacznie w sobotę za bardzo. Nad ranem w niedzielę nagrałem się menago na pocztę, że biorę użetkę i prawdopodobnie nie będzie ze mną kontaktu, bo telefon mi się nie chce ładować (była to prawda, rozwaliło mi się gniazdo).
Przychodzę do pracy w poniedziałek, jakby gdyby nic. Za jakąś godzinę, mam rozmowę i opierzenia, że menago mi nie udzielił urlopu, bo nie miał mnie kim zastąpić i sam musiał pracować.
Przeprosiłem za sytuację, powiedziałem, że rozumiem, ale ja że swojej strony poinforowałem, że nie jestem wstanie pracować i nie mam chwilowo telefonu, a to, że on się nie pofatygował mnie się do mnie, to już niestety nie mój problem, bo ja w umowie o pracę nie widzę nigdzie zapisu, że muszę mieć telefon komórkowy.
Finito, japa mu opadła, konsekwencji brak, aczkolwiek nigdy więcej nie zrobiłem takiego numeru.