Hellwitch - to horda z Florydy, która w 1990 roku przywaliła takim debiutem, że inne zespoły mogły tylko wstrzymać oddech i klękać na oba kolana. Syzygial Miscreacy to mistrzowska mieszanka death i thrash metalu, w którym w oszałamiający sposób ożeniono brutalność z technicznymi łamańcami. Doprawiona jadowitymi wokalizami, pokręconymi zagrywkami gitarowymi i połamanymi partiami bębnów muzyka jest nad wyraz ambitna i przepełniona pomysłami.
Panowie 30 czerwca wydadzą trzeci album studyjny zatytułowany Annihilational Intercention. Grupa udostępniła bardzo dobry singiel Delegated Disruption, który tylko podsyca nadzieję na kolejny mocarny album.
Jak mnie śmieszy to pierdolenie na Metallicę. A to, że jakiś zespół lepszy, a to że Metallica tylko do jakiegoś tam albumu, a potem to już nie Metallica, itp. Marudzicie jak stare baby i udajecie jednocześnie koneserów metalu, co te w.w pierdolenie wyklucza. Ave
@MrBean brzmi to trochę tak, jakbyś uważał że będąc fanem gatunku, podgatunku lub zespołu należy bezwzględnie akceptować wszystkie wytwory. Nie odnoszę się do Metalliki, bo ich nigdy nie słuchałem, ale w historii było wiele przypadków, gdy zespół puszczał chujowe albumy lub od jakiegoś momentu zaczynali nagrywać coś, co było poniżej oczekiwań fanów, zwłaszcza jeśli różniło się od wczesnych produkcji.
Porównywanie zespołów do siebie to też nie jest nic złego. Np. dla mnie większość zarówno Metallica jak i Megadeth to gówno i nie puściłbym sobie tego z własnej woli. W okołothrashowych tematach znacznie bardziej leży mi Pantera czy Sacred Reich. Każdy ma jakiś gust i przez pryzmat tego gustu ocenia konkretne rzeczy.
@MrBean a mnie śmieszy pierdolenie na pierdolenie o Metallice. Trzeba napierdalać na Metallice bo maja w sobie potencjał twórczy a nagrywają byle gówno jak garażowy band nastolatkow z Piździchowa Górnego.
@YouCanCallMeSusanIfItMakesYouHappy Kurde ten riff z 3:33 jest tak prosty a jednocześnie tak za⁎⁎⁎⁎sty że rozwaliło mi mózg za pierwszym razem jak go usłyszałem.
Dziś w sumie dwie całkiem niezłe płytki utrzymane w stylistyce thrash metalowej.
Holy Moses - Invisible Queen
Na pierwszy ogień weźmy 13 album studyjny niemieckich weteranów z Holy Moses, który jest jednocześnie epitafium dla tej załogi. Nie podchodziłem zbyt optymistycznie, gdyż ostatnie pozycje Sabiny i spółki były przeciętne i mizerne. A i przedpremierowe single jakoś mnie nie zachęcały. Ale postanowiłem sobie posłuchać z sentymentu do wcześniejszych wypieków grupy jak Terminal Terror czy Queen of Siam. No i muszę przyznać, że na Invisible Queen jest sporo całkiem interesującej muzyki. Nie jest to taki stereotypowy thrash metal pod machanie banią, sporo tu dysonansów rodem z Voivod czy ocierających się o death metal łamańców. Przez to materiał jest na początku nieprzystępny i może odrzucać, jednak z każdym przesłuchaniem jest coraz lepiej. Są wyjątki, jak choćby taki prący na przód Visions in Red, niemniej większość kompozycji zamieszczonych na albumie co i rusz urządza sobie wycieczki w rejony progresywne bądź death metalowe. Tak więc koniec końców miła niespodzianka i udane pożegnanie ze sceną.
Aborcja - Zaburzenia
A to już jeszcze gorąca świeżynka, bo ukazała się dzisiaj. Zatytułowany dość wymownie zespół składa się z 5 młodych chłopaków z Rzeszowa, zaś Zaburzenia to 5-utworowa EPka. 20 minut oldskulowego thrashu, któremu najbliżej do Toxic Holocaust. Jest trochę niedociągnięć, niemniej lubię takie staroszkolne łupanie, więc będę obserwował, co tam w przyszłości wymodzą.
Tak się fajnie złożyło, że najnowszy, 20 już album thrashowych weteranów z Overkill wyszedł tego samego dnia co najnowszy wypiek innych "dziadków" gatunku, Metalliki oczywiście. O ile od ekipy Hetfielda nie oczekiwałem nic interesującego, to zupełnie inaczej sprawa miała się w przypadku ansamblu Bobb'yego Elswortha. Zwłaszcza, że ostatni album studyjny, The Wings of War, był bardzo smacznym kąskiem.
Już otwierający całość utwór tytułowy daje dobitnie do zrozumienia, że zespół nie zamierza się pieścić. Kawałek obleczony jest w zwarte, poszarpane riffy, nad którymi góruje będący w znakomitej formie wokal Bobby'ego. I pomimo tego, że trwa ponad 6 minut, nie męczy buły i nie wywołuje uczucia znudzenia. A to dopiero początek ostrej jazdy. Goin' Home zajeżdża nieco klimatami Under the Influence, w czym zasługa świetnym riffów gitarowych, w mrocznym Fever czuć klimat Black Sabbath. Naładowany energią Won't Be Comin' Back to ukłon w stronę debiutanckiego albumu Feel the Fire. Robotę robi brzmienie ukręcone przez Colina Richardsona - surowe, ale jednocześnie odpowiednio wyraziste. Jedyną łyżką dziegciu w tym wszystkim jest ostatni kawałek Bag o' Bones, który zdecydowanie odstaje in minus względem reszty materiału. Pseudofunkowe wygibasy nie przypadły mi do gustu.
Nie wiem jak oni to robią, ale Scorched to kolejne nagranie pełne werwy i animuszu, którego często brak młodym adeptom gatunku.
12 kwietnia 1991 roku ukazał się jeden z moich ulubionych thrash metalowych albumów, jakie dane mi było słyszeć. Mowa o Victims of Deception autorstwa amerykańskiej grupy Heathen. Przede wszystkim płyta ta rewelacyjnie brzmi - gitary ociekają mięsem, a sekcja rytmiczna nie razi plastikiem i jest selektywna. Sam album to w mojej skromnej opinii arcydzieło melodyjnego thrashu. Sporo tu rozbudowanych kompozycji obiftujących w świetne zagrywki gitarowe, rewelacyjne partie solowe duetu Lee Altus i Doug Piercy i to właśnie praca gitar stanowi największą zaletę omawianej pozycji. Heavymetalowe wokalizy pana Dave'a White'a nadają muzyce Heathen melodyjnego sznytu, czyniąc z niej jeszcze bardziej interesującą pozycję.
7 kwietnia 1989 roku nakładem wytwórni Roadrunner brazylijska grupa thrash metalowa Sepultura wydała swój trzeci krążek studyjny zatytułowany Beneath the Remains. Był to przełomowy moment w karierze zespołu, albowiem dzięki tej płycie Brazylijczycy stali się rozpoznawalną i cenioną marką w metalowym światku.
W porównaniu do poprzednich albumów Sepultury "trójka" została profesjonalnie nagrana i wydana. Same utwory na niej zamieszczone to także duży krok naprzód względem pierwszych wydawnictw. Nadal nie brakuje tu agresji i ognia, ale przy tym muzycy potrafili pokombinować i zagrać coś nieoczywistego. Szczególnie na wspomnienie zasługują partie solowe Andreasa, które są znakomite i genialnie współgrają z kawałkami. A wszystko to obleczone w świetne brzmienie wykręcone przez znanego w branży Scotta Burnsa.
Beneath the Remains był płytą nagrywaną w niełatwych warunkach - ze względu na ponad 40-stopniowe upały i duże ryzyko kradzieży muzycy swoje partie rejestrowali od północy do 8:00 rano. Niemniej patrząc na dalsze losy Sepultury, zdecydowanie opłaciło im się przetrzymać te niedogodności.
Kawałek z debiutanckiego albumu kanadyjskiej grupy Executioner's Song. Cały album jest godny polecenia, ale ten kawałek to już klasyka speed/thrash metalu.
1 kwietnia 1986 roku nakładem wytwórni Noise ukazał się drugi album thrash metalowej hordy z niemieckiego Essen zwanej Kreator zatytułowany Pleasure to Kill. W porównaniu do prymitywnego i nie pozbawionego potknięć (ale mimo wszystko dobrego) debiutu Endless Pain, muzyka na drugiej płycie jest zdecydowanie dojrzalsza i bardziej dopracowana, a samo brzmienie materiału pełniejsze. Nie zatracono przy tym wściekłości i agresji, jaka wręcz wylewa się z omawianej pozycji. Dostajemy kanonadę dzikich riffów, które wraz z jadowitymi wokalizami pana Mille Petrozzy i bezkompromisowym partiom perkusyjnym Jürgena „Ventor” Reila czynią z każdego numeru bezpardonowy strzał na mazak. Zresztą same ich tytuły to dobitny drogowskaz apropo tego, co dostajemy - Riot of Violence, Under the Guillotine, Ripping Corpse czy też będący już dziś klasykiem gatunku utwór tytułowy.
Nie ma co się dziwić zatem, że album ten sprawił, że Kreator został dostrzeżony przez promotorów i inne znane grupy muzyczne, a przy tym sprawił on, że gatunek thrash metalu stawał się coraz bardziej popularny.
PS. Kawałek Pleasure to Kill można było niedawno usłyszeć bodajże w drugim sezonie serialu The Dark.
w sumie nie wiem jak to było bo na kasecie kupionej na bazarze w 94 roku była ta piosenka. A jak kilka lat później kupiłem sobie z sentymentu płytę CD to już było freedom of speech.
26 marca 1985 roku amerykańska grupa grająca thrash metal, Slayer, wydała swój drugi studyjny album
zatytułowany Hell Awaits. Z perspektywy czasu pozycja ta jest trochę niedoceniana, a niesłusznie, bo
to kawał świetnej muzyki, która z pewnością stanowiła inspirację dla muzyków kapel death i black metalowych.
Krążek trwający 37 minut zawiera 7 kompozycji, które są zdecydowanie bardziej rozbudowane i złożone. Sami muzycy powołują się na silne inspiracje Mercyful Fate i faktycznie, słychać je w dłuższych utworach jak choćby Crypts of Eternity. Niemniej nie brakuje tu ciężkich i szybkich riffów, podkreślonych mocno wysuniętym do przodu basem. Ponadto warto zwrócić uwagę na wokal Toma Arayi - podczas nagrywania wykorzystowano pogłos, przez co jego partie brzmią iście diabelsko.
@YouCanCallMeSusanIfItMakesYouHappy @schweppess tytułowy utwór jest znakomity, świetna linia basu i zmiany tempa, a wstęp najlepszy w całej twórczości Sleyera.
25 marca 1991 roku brazylijska grupa thrash metalowa Sepultura we współpracy z wytwórnią Roadrunner wydała czwarty album o tytule Arise. Będący na fali po rewelacyjnym poprzedniku Beneath the Remains, jego następca okazał się być pozycją nieco bardziej przystępną. Część muzycznych struktur została uproszczona, zaś w kompozycje wprowadzono więcej melodii i atmosferycznych momentów. Ponadto słychać już tu echa industrialu czy brazylijskiego folkoru. Mimo wszystko płyta aż kipi od ostrych riffów, rewelacyjnych solówek Andreasa Kissera i specyficznie brzmiących (nieco plemiennie) partii perkusji zarejestrowanych przez Igora Cavalerę. Dla mnie to ostatnia słuchalna propozycja Sepultury, albowiem wkrótce Brazylijczycy mieli wkroczyć na zupełnie nowe rejony.