Czy wiecie w jakim celu dodaje się kofeinę do leków przeciwbólowych?
Kofeina jest dodawana jako adiuwant, czyli substancja, która nie wykazuje własnego działania przeciwbólowego, ale wzmacnia działanie leku, do którego została dodana. Najczęściej można ją spotkać w połączeniu z paracetamolem lub kwasem acetylosalicylowym, rzadziej z metamizolem. Badania wykazują też wzmocnienie działania przeciwbólowego ibuprofenu, ale takiego połączenia w postaci jednej tabletki jeszcze nie widziałam (a jest zarejestrowany taki lek)
W pojedynczej dawce zazwyczaj znajduje się zazwyczaj 30-65 mg kofeiny, czyli około połowę mniej niż zawarte jest w 1 szklance kawy (zależy oczywiście od rodzaju kawy i sposobu przygotowania) i troszkę więcej niż w 1 szklance herbaty czarnej.
Kofeina jest antagonistą receptorów adenozynowych. Mechanizm potęgowania działania przeciwbólowego leków nie został dokładnie poznany. Uważa się, że kofeina zwiększa absorpcję leku na skutek obniżenia pH żołądka i nasilenia przepływu krwi oraz osłabia klirens metaboliczny leków (czyli ich pozbywanie się) w wyniku zmniejszonego przepływu krwi przez wątrobę. Ponadto poprawia nastrój i oddziałuje na stan emocjonalny, co może wpływać na odczuwanie bólu.
Czasami pacjenci sami tworzą połączenie leku przeciwbólowego z kofeiną popijając lek kawą. Trzeba jednak mieć na uwadze to, że kawa może działać drażniąco na żołądek. Podobnie jak leki z grupy NLPZ, a szczególnie zażywane na pusty żołądekPrzede wszystkim powinny się tego wystrzegać osoby mające problemy z wrzodami czy zgagą.
@sullaf korzystanie z wyszukiwarek interakcji przez pacjentów ma też swoje wady. Niektóre interakcje są pożądane i celowe, więc niepotrzebnie wzbudza to strach, a pacjenci zaczynają się zastanawiać czy może lepiej byłoby odstawić lek i kombinują na własną rękę. Poza tym też nie ma tam podziału na leki stosowane miejscowo i ogólnie, więc np. zdarza się że spanikowane matki piszą, że lekarz dał dziecku leki powodujące niebezpieczne interakcje, po czym się dowiaduję, że jeden z tych leków to krople, a drugi to maść Ważne żeby czytali ulotki, a mało kto to robi...
W komentarzach do poprzedniego wpisu pojawił się, poniekąd słuszny, zarzut, że suplementy nie muszą być gorsze od leków, a co więcej często są nawet lepiej przebadane. Tu zacytuję merytoryczny wpis @jegertilbake :
>jeśli na suplement wydasz tyle pieniędzy co na lek, to prawie zawsze będzie on lepszej jakości, ponieważ robią je prywatne firmy, które muszą konkurować cenowo ze swoimi rywalami na rynku i nie mogą sobie pozwolić na wpadki i psuć marki. Do takich firm należą Nordic Naturals, Life Extension, Pure Encapsulations.
Chciałbym tutaj odnieść się niezależnie do dwóch kwestii.
Pierwsza to cena. Na rynku funkcjonuje wiele klinik "leczenia naturalnego", jacyś naturopaci, ogólnie masa miejsc medycznych i paramedycznych (aż do znachorskich praktyk typu badanie żywej kropli krwi, czy też biorezonans). Wiele z nich oferuje wcale niedrogie konsultacje i kusi jakimś "leczeniem bez chemii" lub ogólnie wyjątkowym i indywidualnym podejściem do pacjenta.
I tutaj pojawia się haczyk właśnie w postaci suplementów. Napiszę tu też z własnego doświadczenia, bo żona kiedyś skusiła się na zaprowadzenie dziecka do -niepozornej, ale wyglądającej porządnie- kliniki natury, czy jakoś tak. Po wizycie wychodzimy z jakąś diagnozą: obojętnie czy będą to pasożyty, czy alergia, czy niewłaściwa flora bakteryjna (najczęściej rzeczy trudne do zweryfikowania). Klinika wychodzi naprzeciw potrzebom klienta i oferuje możliwość zakupu odpowiednich "leków" na miejscu, np. w recepcji kliniki. Często są to właśnie probiotyki, ze starannie wyselekcjonowanym i opatentowanym (!) szczepem bakterii, produkowane gdzieś na zachodzie, żeby było och-ach (Francja, Włochy). Na marginesie wspomnę, że "własny" szczep bakterii to żadne wielkie osiągnięcie i to też da się załatwić szybko i bezproblemowo, a brzmi bardzo fachowo i mądrze.
Tknięty przeczuciem, poszedłem "po nitce do kłębka", sprawdzając producenta probiotyku (suplementu oczywiście), jego dystrybutora i ogólnie kanał dystrybucji, dochodząc do niezbyt zaskakującego wniosku, że za całą maszyną stoi ta sama osoba, co właściciel kliniki (nawet adres rejestracji suplementu był ten sam).
Takie "naturalne" specyfiki po pierwsze kosztują dużo więcej niż "zwykłe" probiotyki z apteki, a po drugie poprzez obcobrzmiące nazwy i zagraniczną produkcję, pozują na lepsze niż są w rzeczywistości. Tutaj ważna uwaga: nie mam kompetencji do oceny jakości tych supli. Może faktycznie było z nimi wszystko OK. Po prostu sam fakt, że klinika przepisuje własne suplementy jako remedium na postawioną przez siebie diagnozę, zapala czerwoną lampkę. Bo leczenie oczywiście nigdy nie ogranicza się do jednorazowego zakupu jednego opakowania.
Stąd też wniosek: każdy musi sobie informacje zweryfikować sam dla wybranej przez siebie marki. Na pewno są firmy, które sprzedają boskie suplementy, a i takie, które sprzedają kijowe leki. Ważne, by w wyborze nie kierować się wyłącznie chwytliwą nazwą, wysoką ceną lub miejscem produkcji. Co do zasady, w kategorii probiotyki, obstaję jednak nad przewagą leków, o czym niżej.
Druga kwestia to same badania.
Nie neguję faktu, że suplementy (szczególnie witaminowe, z określonymi dawkami poszczególnych substancji) w badaniu najczęściej mają skład zgodny z deklaracją. O samym składzie i na co zwracać uwagę napiszę kiedy indziej. Ważne są tutaj wymagania prawne, które są jednak inne dla leków, a probiotyków w szczególności. Jako, że wspomniany wpis mówił o probiotykach właśnie, to ich najważniejszą cechą jest przecież ilość tych nieszczęsnych żyjątek (i tego jak szybko ich ubywa). Bo magnez lub witamina C sobie w tabletce tak łatwo nie umrze i nie zmieni jej w zwykły cukierek.
Jak dotąd nie linkowałem żadnych badań, więc, żeby tym razem nie być gołosłownym, zarzucę linkiem i cytatem z tegoż:
>Na 56 badanych próbek – stabilności liczby żywych bakterii nie miało aż 50 próbek (89 proc.). Wraz z upływem czasu, jeszcze w okresie przydatności do spożycia, następował dynamiczny spadek liczby żywych komórek bakterii.Zdarzało się, że liczba żywych, korzystnych dla zdrowia bakterii w części próbek spadła miliardkrotnie.
K⁎⁎wa już się prawie nosiłem z zamiarem pójścia a ty mi mówisz, że to znachorskie metody
Teraz nie wiem, czy trollujesz, czy na serio Badanie żywej kropli krwi jest na tym samym poziomie "medycyny", co biorezonans, więc w zasadzie wróżenie z magicznej maszyny.
Ba, ojciec się kiedyś wybrał na biorezonans właśnie (na szczęście darmowy, bo liczyli na sprzedaż supli właśnie), gdzie "na oko" patrząc na płeć i wiek przypisali mu w wyniku problemy z prostatą. Akurat był jakoś 2 dni po oficjalnym badaniu tejże, więc niestety nie trafili...
Zanim napiszę dalej o różnicach w lekach i nie-lekach, jeszcze jedna ciekawostka.
Czemu leki nie mają ulotki w alfabecie Braille? Na pudełku często mamy te wypustki, które pozwalają osobie niewidomej na ustalenie jaki specyfik biorą do ręki z półki lub szafki. A co z litanią skutków ubocznych, interakcje, przeciwwskazania? Jest to oczywiście oszczędność, bo długa ulotka po tłumaczeniu na Braille miałaby rozmiar małej książeczki. Jednocześnie, jest to też skutek pewnych wymogów prawnych, o czym niżej.
Otóż od 2009 roku funkcjonuje takie coś jak audioulotki. Osoba niewidoma dzwoni na specjalny numer telefonu i "wystukuje" nazwę leku lub łączy się z konsultantem, który w tym pomoże.
Po połączeniu, otrzymujemy ulotkę leku w formie "audiobooka", czyli w całości czytaną przez lektora.
A co jeśli ulotka jest długa jak papier toaletowy, a nie chcemy czekać pół godziny, aż lektor dotoczy się do interesującego nas fragmentu? Lub, co gorsza, lektor przeczytał coś istotnego, a akurat zaszczekał pies i nic nie usłyszeliśmy?
Na szczęście ktoś o tym pomyślał (szok) i dał opcję przewijania nagrania podczas odsłuchu.
Jako dodatkową ciekawostkę należy dodać fakt, że koszty nagrania ponosi producent, który musi też dokładać się ogólnie do funkcjonowania całej linii telefonicznej. Nie są to małe pieniądze, i osobiście podejrzewam, że "odpowiednie osoby" żyją sobie z tego na poziomie.
Kontynuując moje wywody o #farmacja , chciałem wyklarować wątpliwości o podziale na leki i suplementy.
W ramach przypomnienia: aby wypuścić na rynek lek, nawet jeśli to pięćdziesiąta wersja paracetamolu, trzeba przejść długą biurokratyczną drogę i ponieść znaczne koszty (m.in. badania, opracowanie ulotki). Obejściem problemu jest zakup gotowych badań od kogoś, kto przeszedł procedurę, a swojego leku nie wydał (mamy większy koszt, ale dużą oszczędność czasu). Tymczasem suplement można wypuścić przez zwykle poinformowanie Sanepidu o tym fakcie.
Po co więc się w to bawić i czy lek to aż taka różnica? Czy cała zabawa jest tylko po to, by w reklamie powiedzieć "lek, nie suplement"?
Otóż warto dopłacić do leku, gdy mamy taki wybór. Pomijam fakt, że spora część substancji nie może być suplementem (choćby paracetamol właśnie). Weźmy pod lupę probiotyki. Czy kupujesz jakieś, gdy bierzesz antybiotyk? Masz wtedy wrażenie, że jesz cukierki i nic to nie daje? Być może masz rację.
Na opakowaniu masz deklarowaną ilość "żywych kultur bakterii". I tak np. w suplemencie jest to ilość jaka opuszcza fabrykę. W produkcie, który dojedzie do hurtowni, potem do apteki, potem poleży w szafce pacjenta... może tych bakterii już w ogóle nie być. Z deklaracją zgadzać się ma stan z produkcji.
Tymczasem lek ma mieć deklarowane właściwości w OSTATNIM DNIU DATY WAŻNOŚCI. Innymi słowy, jak na pudełku pisze 6 mln bakterii, to jak ktoś weźmie produkt (jeszcze ważny) i go zbada, to musi znaleźć CO NAJMNIEJ tyle. Producent musi więc albo dać ich dużo więcej, albo solidnie zadbać, aby ich forma leku ułatwiała im przetrwanie. Stąd najczęściej są to leki, które zaleca się przechowywać w lodówce (cóż za przypadek, że suplementy mogą leżeć gdzie chcą).
Jak ktoś chce poczuć różnicę, niech choć raz zainwestuje w probiotyk-lek. Ostrzegam, że zwykle to nie są tanie rzeczy. Nazwy to np. Lakcid Forte, Vivomixx, Lacidofil.
Mogę napisać też czemu ma to też znaczenie przy witaminach, ale nie wiem czy kogoś to w ogóle interesuje...
@jegertilbake Kurcze, jak tu się kogoś cytuje? Zaznaczenie komentarza i odpowiedź daje tylko nick
Wpis miał się skupić na probiotykach. Faktycznie zdanie "warto brać leki" brzmi tu jak niepotrzebny ogólnik i zasada. Będę jednak bronić tego zdania w kontekście probiotyków. Co do całego rynku farmaceutycznego, wiadomo że bywa różnie. Jest po prostu za dużo firm-krzak, by bezwiednie wierzyć w suplementy.
Czy pacjenci biorą leki z lodówki do nagrzanego auta? Być może (nie pracuję w aptece, niespodzianka), ale każdy powinien mieć chociaż torbę termoizolacyjną (ja noszę w torbie na wypadek zakupu czegoś z lodówki, szczególnie szczepionki).
@Bukimi jestem bardzo ciekawa co z witaminami, bo chciałabym suplementowac, ale nie wiem, co warto. Kiedyś jem tran mam lepszą odporność, jak biorę biotynę i A, to moja skora lepiej wyglada, ale może mogę kupić coś, co jeszcze bardziej poprawi mój stan.
Układ grupowy AB0, Rh, Kell, Lewis, MNS… to tylko niektóre z 39 układów grup krwi człowieka. Współcześnie jest dla nas oczywiste, że krew przygotowaną do przetoczenia bada się pod względem mikrobiologicznym, antygenowym etc. Jednak, co znowu nie powinno być zaskoczeniem, przez prawie 400 lat dokonywano prób transfuzji bez powyższej wiedzy. Z jakim skutkiem? Łatwo się domyślić.
Do XVII w. najczęściej krew była używana w medycynie doustnie, jako składnik leków lub jako simplicium. Najprawdopodobniej pierwszym medykiem, który szczegółowo opisał proces transfuzji był Andreas Libavius (1546–1616). W XVIII w., mimo niechęci do transfuzji dokonano odkryć, które dały podwaliny pod współczesną transfuzjologię.
Dzięki badanym Lavoisiera i Prestleya zrozumiano, że powietrze składa się z życiodajnego tlenu. Następnie anatom Antonio Scarpa wraz z Michele Rosa przeprowadził eksperymenty dotyczące transfuzji. Próbował on leczyć transfuzją zwierzęta, które utraciły dużo krwi. Co istotne podzielił on grupę kliniczną na dwie podgrupy: jednej przetaczał krew pełną, drugiej osocze. Udowodnili dzięki temu, że w krwi znajduje się substancja transportująca krew. Kolejnym krokiem ku współczesności były badania nad substancjami o właściwościach antykoagulacyjncych. Dokonał tego brytyjski anatom — William Hewson. Zauważył, że od lat ludzie przetwarzający krew zwierzęcą na żywność potrafią zahamować koagulację. Po licznych testach opracował metodę przechowywania krwi „na słońcu” bez koagulacji, dzięki siarczanowi sodu.
Landsteiner na początku XX wieku dokonał ważnego odkrycia. Udowodnił, że krew przetoczona pomiędzy ludźmi może powodować wstrząs czy żółtaczkę, podobnie jak to bywało przy transfuzjach pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. To skłoniło go do dalszych poszukiwań przyczyn tego zjawiska. W 1909 roku ustanowił klasyfikację ludzkiej krwi według grup A, B, 0 i AB oraz wykazał, że powikłania po transfuzji pojawiają się tylko wtedy, gdy przetacza się krew między osobami o różnych jej grupach. Za całokształt pracy nad serologią i hematologią został on nagrodzony w 1930 roku Nagrodą Nobla w dziedzinie fizjologii i medycyny Dzisiaj chciałbym Państwu przedstawić ten trzeci element. Jak w XVIII w. hamowano koagulację krwi? Czy wino i piwo mogą być preparatem krwiozastępczym? Krew jakich zwierząt próbowano umieszczać w krwiobiegu ludzi? To tylko niektóre z tematów, które dziś poruszę.
Dziś przy okazji innego tematu w pracy, dowiedziałem się jak bezsensowne potrafią być normy prawne, dotyczące maksymalnej ilości dodatków (np. barwniki, słodziki) w żywności.
Otóż niektóre suplementy diety, czy też inne specyfiki z apteki, mogą być rejestrowane jako żywność lub wyrób medyczny. A normy są stałe i są definiowane jako "maksymalnie X miligramów w kilogramie gotowego produktu". Pozornie wydaje się to sensowne, ale teraz weź sobie do ręki taką tabletkę, która waży 2 g, a w niej jest 50 mg słodzika. Daje to około 0,24% udziału dodatku, czyli ok. 24390 mg/kg.
Teraz przypuśćmy, że norma (limit) to 20000mg/kg.
Rozwiązaniem wcale nie jest zmniejszenie ilości dodatku - przecież producent nie chce np. żeby tabletka straciła jakiś aromat, czy zaczęła się rozklejać. Można też... zwiększyć wagę tabletki. Dodajmy 500 mg dowolnego wypełniacza, którego albo można dodawać bez limitu albo mamy jeszcze zapas do limitu. Teraz tabletka waży 2,5 g, więc "niepożądany" słodzik to 19607 mg/kg.
Z perspektywy norm wszystko jest już w porządku. Z perspektywy pacjenta, oprócz tej samej dawki 50 mg słodzika/konserwantu/barwnika/aromatu, zażyłeś 500 mg innej zbędnej substancji, a i tak bierzesz dziennie np. 3 tabletki. Większej tabletki.
Następnym razem nie zdziw się więc, że tabletka dziadka jest taka duża. Po prostu Sanepid ma się odczepić...
@moll Tutaj jest jeszcze inny myk. Można kupić gotowe badania i wejść na rynek szybciej
Wyobraź sobie, że inwestujesz czas i pieniądze, żeby "zbadać" kolejne pigułki przeciwbólowe z typowym na rynku składem. Na koniec się "rozmyślasz" i zostajesz z gotową dokumentacją i ulotką.
Teraz możesz iść do producenta i zaoferować swój produkt. Odstępujesz nazwę i dokumentację za profit. Jest to taka jakby szara strefa farmacji, w której właściwie nie ma nic złego, bo formalnie wszystko jest ok, a produkt przecież jest przebadany.
Na długo przed wytworzeniem kwasu acetylosalicylowego (ASA) jako środek przeciwbólowy, przeciwgorączkowy i przeciwzapalny stosowana była kora wierzby, która zawiera salicynę (prekursor ASA). Kwas acetylosalicylowy wprowadzono na rynek w 1899 roku, a 50 lat później zaobserwowano, że u pacjentów stosujących ten lek nie występują zawały serca. Potocznie nazywany jest aspiryną, tak jak pierwszy lek z tą substancją czynną.
Kwas acetylosalicylowy należy do grupy niesteroidowych leków przeciwzapalnych. Jego mechanizm polega na hamowaniu enzymu cyklooksygenazy. ASA wykazuje działanie przeciwbólowe, przeciwgorączkowe, przeciwzapalne i antyagregacyjne.
Wskazania do stosowania to bóle o małym i umiarkowanym nasileniu, gorączka, stany zapalne (np. reumatoidalne zapalenie stawów), zawał mięśnia sercowego, profilaktyka zawału i udaru niedokrwiennego, zapobieganie powikłaniom zakrzepowo-zatorowym, choroba Kawasakiego.
Młodym wskazaniem (jak na lata stosowania ASA), którego nie znajdziemy w ChPL jest zmniejszanie ryzyka wystąpienia stanu przedrzucawkowego (nie jest to postępowanie rutynowe).
Dawkę dostosowuje się w zależności od wskazania. Na ból, gorączkę i stany zapalne zazwyczaj stosuje się jednorazowo 300-1000 mg ASA u dorosłych, do 4 g na dobę. Dawki sercowe i ciążowe to 75-150 mg, w świeżym zawale podaje się 300 mg (najlepiej pogryzione lub rozpuszczalne tabletki).
ASA nie stosuje się u dzieci bez konsultacji z lekarzem, ze względu na ryzyko wystąpienia zespołu Reye’a. Mimo, że jest to baardzo rzadkie powikłanie i istnieją różne hipotezy na temat jego występowania, to jednak mamy na rynku leki o wiele bezpieczniejsze dla dzieci, więc nie warto ryzykować.
Badania wykazują, że stosowanie profilaktyczne ASA wieczorem daje więcej korzyści. Ma to pozytywny wpływ na obniżenie ciśnienia krwi i jego działanie antyagregacyjne. Ciężarnym również zaleca się stosowanie na wieczór.
Kwasu acetylosalicylowego nie powinno stosować się u pacjentów z nadwrażliwością na salicylany, z czynną chorobą wrzodową, napadami astmy po NLPZ, w ostatnim trymestrze ciąży (dawki większe niż zapobiegające stanowi przedrzucawkowemu), zaburzeniami krzepnięcia krwi, ciężką niewydolnością serca, nerek lub wątroby.
Stosowanie tego leku może powodować zaburzenia żołądkowo-jelitowe, krwawienia m.in. z nosa, reakcje alergiczne, niedokrwistość, przejściowe zaburzenia płodności, polekowe bóle głowy.
Uważajcie na preparaty wieloskładnikowe, które zawierają kwas acetylosalicylowy. Łatwo wtedy przekroczy maksymalną dawkę dobową. Nawet niektóre leki na receptę zawierają ASA – bisoprolol i klopidogrel. Dawki sercowe często występują w postaci tabletek dojelitowych, czyli takich, które po połknięciu rozpuszczają się dopiero w jelicie.
@dwa__fartuchy ostatnio szukałem dużych opakowań aspiryny, znalazłem tylko sprowadzane z niemiec opakowania 50 tabletek. Zastanawiam się czy nie kupić po prostu takiej aspiryny w proszku, czystość 99,5% to raczej powinno być ok? Mam wagę jubilerską więc z dawkowaniem nie powinno być kłopotu. No i cena zdecydowanie na plus xD
ASA nie stosuje się u dzieci bez konsultacji z lekarzem, ze względu na ryzyko wystąpienia zespołu Reye’a. Mimo, że jest to baardzo rzadkie powikłanie i istnieją różne hipotezy na temat jego występowania, to jednak mamy na rynku leki o wiele bezpieczniejsze dla dzieci, więc nie warto ryzykować.
Warto pamiętać, że jak rzadkie by nie były to występują. W rodzinie mojej żony był jeden przypadek.
@Gulosus Przeczytałem ten o historii kryminalistyki. Pamiętam jak w gimnazjum kolega dzwonił 'na bombę' :). Byłem zaskoczony jak celny był profil dzwoniącego przedstawiony przez policję
Mimo tego, że izolacja morfiny z opium została opracowana w pierwszej dekadzie XIX w. przez Friedricha Sertürnera, dopiero w latach 30. XIX w. firma Merck opracowała metodę izolacji morfiny na szeroką skalę. Opium ekstrahowano zimną wodą, a otrzymany wyciąg zagęszczano do konsystencji syropu. W kolejnym kroku do gorącej mieszaniny dodawano węglan sodu i nadal ogrzewano. Po ochłodzeniu i odczekaniu 24 h, osad był odfiltrowywany i przepłukiwany przy pomocy zimnej wody.
Surową mieszaninę alkaloidów rozpuszczano w alkoholu w 85°C. Po odparowaniu alkoholu, proszek ekstrahowano rozcieńczonym kwasem octowym. Po przepuszczeniu przez węgiel aktywny i przefiltrowaniu do ekstraktu dodawano roztwór amoniaku. Osad płukano i rekrystalizowano morfinę.
Powyższa metoda nie wydaje się zbyt dobra, już sama pierwotna ekstrakcja opioidów przy pomocy zimnej wody wykazuje niską wydajność. Dodatkowo pewnym mankamentem wydaje się wykorzystanie dużej ilości alkoholu i sam proces oczyszczania.
Butelka z mojej kolekcji, II poł. XIX w., najprawdopodobniej tereny niemieckie, z kompletu wojskowego.
Serdecznie zapraszam do zapoznania się z naszym nowym projektem: Podcastami Pharmacopola.
Dostępny jest już pierwszy odcinek, dotyczy on dawnego stosowania alkoholu i ekstraktów alkoholowych jako leku na dżumę, cholerę i inne choroby zakaźne. Omówiono w nim również znaczenie alkoholu jako leku w dziełach kultury. Zapraszam!
XIX wiek to okres w historii ludzkości, który możemy uznać za początek współczesnej epidemiologii. Głównym celem działania epidemiologów było znalezienie i unieszkodliwienie źródła epidemii. Przykładem może być praca lekarza Johna Snowa, który obserwował kilka epidemii cholery w Londynie. Pierwszą z epidemii jakie widział, w stolicy Wielkiej Brytanii, była epidemia w 1831 roku. Wówczas Snow był jeszcze stażystą, został jednak oddelegowany do leczenia górników. Co istotne zauważył wtedy pewne nieścisłości pomiędzy obserwowanymi faktami, a dominującą ówcześnie teorią miazmatyczną chorób.
Działania podjęte przez Johna Snowa były nieskuteczne ze względu na brak leków, które mogłyby pomóc chorym na cholerę w ówczesnym czasie. Epidemia zakończyła się niespodziewanie w roku 1832, tak samo jak niespodziewanie zaczęła się rok wcześniej. Od roku 1849 Snow badał kolejne przypadki cholery. Jego badania utwierdziły go w przekonaniu, iż jest to choroba przenosząca się z osób chorych na zdrowe, dodatkowo podejrzewał, że przenosi się ona za pośrednictwem wody. Snow przychylał się do teorii zakładającej, iż drobnoustroje patogenne wywołują choroby, pogląd ten był jednak niepopularny. Dlatego by nie zniechęcać innych lekarzy pisał i mówił o truciźnie, by nie wywoływać zbędnego sprzeciwu, ale zmienić podejście innych medyków. Jego działania nie okazały się jednak skuteczne.
Podczas kolejnej epidemii w 1854 roku John Snow zauważył, że ilość osób zmarłych z powodu cholery jest większa w domach, które korzystały z usług dwóch firm wodociągowych pobierających wodę poniżej miejsca spustu ścieków do Tamizy, niż w przypadku trzeciej, która ujęcie wody przeniosła powyżej miejsca zrzutu nieczystości. W roku 1853 niedaleko miejsca zamieszkania Snowa wybuchła epidemia cholery, którą ten skojarzył z zanieczyszczeniem pompy wodnej. Pomimo braku akceptacji dla przypuszczeń Snowa władze lokalne zgodziły się na zablokowanie pompy wodnej, co spowodowało wygaśnięcie epidemii.
Dalsze starania i nowe informacje jakie John Snow uzyskał w roku następnym potwierdziły, iż źródłem epidemii była skażona pompa wodna na jednej z ulic Londynu. W przypadku przedsiębiorstw wodociągowych, jak i zanieczyszczonej pompy Snow posługiwał się metodami statystycznymi razem z wywiadami by potwierdzić swoje przypuszczenia. Jego praca była na tyle przełomowa, że nie zyskała uznania ówczesnych autorytetów pomimo dużej ilości dowodów i dobrej korelacji przyczyn ze skutkami, jak na dzisiejsze standardy. Jeszcze wówczas dominowała w Europie miazmatyczna teoria chorób.
John Snow zmarł w 1858 roku nie dowiedziawszy się o zaobserwowaniu i opisaniu Vibrio cholerae przez Fillipo Pacini, który nie skojarzył tegoż patogenu z cholerą. Współczesne dla Snowa środowisko medyczne i naukowe zapamiętało go jako świetnego anestezjologa, który dopracował metody użycia eteru i chloroformu, dowodem jego świetnych zdolności było dokonanie anestezji na królowej Wiktorii podczas porodu 6. kwietnia 1853 roku.
@GazelkaFarelka John Snow to Martin, jak najbardziej. Ale motyw mądrali, który odgaduje przyczyny zarazy analizując statystyki i źródła wody pitnej - to już Ziemiański i jego "Achaja".
Epidemie w relacjach z podróży XVIII-wiecznych podróżników
„Urbanizacja, wojna, handel i imperializm” oraz klimat to czynniki sprzyjającymi szybkiemu rozprzestrzenianiu się epidemii w XVIII wieku. W ówczesnych miastach panował brud i nieporządek, a dbałość o higienę mieszkańców plasowała się na bardzo niskim poziomie, co czyniło ich ciała siedliskiem licznych patogenów. Przemieszczanie się armii w czasie wojny prowadziło do łączenia się często odległych od siebie miast w jedno, a także scalania się chorób ludności w nich zamieszkałej.
Skutkiem ubocznym wymiany handlowej, jak również podbojów wielkich imperiów było przenoszenie się chorób między państwami a nawet kontynentami. Co do klimatu, im cieplejszy tym dogodniejsze warunki do inkubacji i rozprzestrzeniania się zarazy. Najczęściej występujące epidemie w Europie XVIII wieku to, m.in.: ospa prawdziwa, gruźlica, gorączki jelitowe, a wśród nich dur rzekomy, dyzenteria, dur plamisty, dur brzuszny, grypa oraz żółta febra.
***
Co pisali o chorobach zakaźnych XVIII-wieczni podróżnicy z Polski? Jakie metody terapeutyczne stosowali?
Pojęcie choroby w kulturze oparte jest w znacznym stopniu o grecki i łaciński źródłosłów, czyli przede wszystkim o zakres znaczeniowy słów νόσος (czyt. nosos) i morbus. Greckie słowo: ἡ νόσος (he nosos) jest rodzaju żeńskiego i oznacza nie tylko „chorobę” czy „zarazę”, lecz tę samą częstotliwość użycia mają też inne znaczenia tego wyrazu, mianowicie: „szaleństwo”, „żądza”, „namiętność”, „słabość”, „cierpienie”, „męki” oraz „katusze”. Rzeczownik ten pochodzi od greckiego czasownika, który oznacza sytuację krytyczną, m.in. „stanie nad przepaścią” oraz „pozostawanie w stanie zagrożenia”, ale także „pozostawanie bezwolnym, ogarniętym, nawiedzonym przez coś”. We współczesnych językach termin ten używany jest przede wszystkim technicznie i w wersji przymiotnikowej: „nozologiczny” (angielskie: nosological).
Natomiast choroba w języku łacińskim wyrażana jest w rodzaju męskim (morbus, morbi — deklinacja II) i oprócz znaczeń tożsamych z greckimi może oznaczać także „zmartwienie”. Jest to zatem pojęcie szersze od greckiego o ujęcie stanu poprzedzającego lub towarzyszącego chorobie oraz bliskie pojęciu niezgodności z naturą (przymiotnik: morbosus, -a, –um). Takie znaczenie ma angielski przymiotnik morbid, właściwie równoznaczny z pathological („characterized by or appealing to an abnormal and unhealthy interest in disturbing and unpleasant subjects, especially death and disease”; „of the nature of or indicative of disease”). Warto także zwrócić uwagę, że od antycznych grecko-łacińskich początków medycyny europejskiej dostrzegano (a przynajmniej tak wynika z nazewnictwa) dwojaki charakter chorób — fizyczny i psychiczny. Jeden i drugi charakter chorób określany jest tym samym słowem, zarówno po grecku, jak i po łacinie.
Kwestie podziału chorób nie były spójne od czasów antycznych. Za jakąś cechę wspólną można uznać fakt, że we współczesnej nomenklaturze klinicznej zarówno w języku angielskim, jak i polskim, dominuje nazewnictwo greckie, podczas gdy w nazwach anatomicznych — łacińskie. Jednak rodzaje chorób klasyfikowano w różny sposób.
Współczesny podział chorób dokonywany jest z wykorzystaniem dwudziestu sześciu liter alfabetu łacińskiego, zaś każda jednostka chorobowa posiada oznaczenie alfanumeryczne w kolejności: litera-cyfra-podtyp (np. A20.2 — dżuma płucna). Niewiele osób zdaje sobie jednak sprawę, że cały system nozologiczny swoje początki wziął od systematycznych prób podziału chorób, jakich dokonywali, zwłaszcza w wieku XVIII, autorzy łacińskich traktatów, ówcześni medycy-naukowcy.
Rejonem, w którym praktyka spożywania muchomorów rozwinęła się najbardziej pozostaje Syberia. Za pierwszy europejski dokument, opisujący rytuały tamtejszych szamanów uznaje się relację szwedzkiego jeńca wojennego, Philipa Johana von Strahlenberga z 1730 R., który to przez 12 lat był więźniem na Syberii.
Opisywał on, że na Kamczatce żyje pogański lud Koriaków, który nie oddaje czci bóstwom wykutym w kamieniu ani drewnie. Swoje wierzenia opierają na magikach, zwanymi Szamanami, którzy żyją w ziemiankach, a nie w chatach.
Rosjanie handlują z nimi rodzajem grzyba, nazywanego muchomorem oraz futrem wiewiórek, lisów i sobolami.
Najbogatsi z tego ludu, mieli robić na zimę duże zapasu tego grzyba. Podczas uczt gotowali oni muchomory w wodzie i pili ten odwar, który powodował u nich odurzenie.
W literaturze naukowej kwestii wykorzystania muchomorów w kosmetykach się nie porusza, a szkoda, bo z roku na rok może to powodować coraz większe zagrożenia zdrowotne.
Muchomora nie wymienia ROZPORZĄDZENIE PARLAMENTU EUROPEJSKIEGO I RADY (WE) NR 1223/2009 z dnia 30 listopada 2009 r. dotyczące produktów kosmetycznych ani wymienia Wykaz substancji psychotropowych, środków odurzających oraz nowych substancji psychoaktywnych z ROZPORZĄDZENIA MINISTRA ZDROWIA z dnia 17 sierpnia 2018 w sprawie wykazu substancji psychotropowych, środków odurzających oraz nowych substancji psychoaktywnych. Czy w tym wypadku brak regulacji jest lepszy niż regulacja?
Nalewka powstrzymująca krwawienie była preparatem opracowanym przez aptekarza J. Denzela w 1884 r. Spopularyzował ją profesor Ginekologii Heinrich Fritsch (1844–1915) z Wrocławia. Środek ten był wodno-alkoholowym ekstraktem buławinki czerwonej. Wykonywano go poprzez podgrzanie: sklerocjum buławinki czerwonej (10–50 cz.), spirytusu (20 cz.), kwasu chlorowodorowego (2 cz.) i wody (500 cz.). Całość ogrzewano aż do redukcji, do 200 cz. Jako corrigens stosowano przetwory z cynamonu.
Powyższe remedium było wykorzystywane w przypadku nadmiernych krwawień z dróg rodnych o różnej etiologii (obfita miesiączka, krwawienia poporodowe) w ilości do dwóch łyżeczek stołowych na dzień (odpowiadało to ok. 3,12 g buławinki czerwonej.
Stosowanie buławinki w ginekologii i położnictwie ma bardzo długą historię — rozpoczęło się ok 1747 r. w Holandii. Kilka lat później w 1774 we Francji opublikowano akt, który zakazywał stosowanie tego surowca ze względu na jego silnie trujące i nieprzewidywalne właściwości (na jednym stanowisku zebrane sklerocja (przetrwalniki) mogą mieć całkowicie różne stężenie alkaloidów).
Butelka z mojej kolekcji, lata 90. XIX w.
***
Jeżeli ktoś były zainteresowany, rok temu opublikowałem anglojęzyczny artykuł na temat wykorzystania buławinki czerwonej w dawnej ginekologii i położnictwie: https://www.mdpi.com/2072-6651/13/7/492
Starożytni autorzy greccy i rzymscy opisywali cis zarówno jako źródło drewna stosowanego do wyrobu łuków, jak i jako źródło trucizny. Teofrast (grecki filozof zwany „ojcem botaniki”, żył w latach 371–287 p.n.e.) wspominał, że liście tej rośliny są trujące dla koni.
Pliniusz Starszy (rzymski przyrodnik i encyklopedysta, żył w latach 23–79 n.e.) zauważył, iż „jagody” T. baccata są śmiertelną trucizną. Zbiory tego surowca miały być szczególnie popularne w Hiszpanii. Ponadto był on zdania, że od nazwy tego drzewa pochodzi słowo Toxicon (łac. trucizna). Jednak nie jest to takie oczywiste. Niektórzy uczeni uważają, że nazwa rodzajowa Taxus pochodzi od pojęcia taxis (gr. układ liści jak zęby grzebienia) lub taxon (gr. łuk). Jest to o tyle ciekawe, że sam Homer w swojej epopei pisał o żołnierzach z Krety wyposażonych w śmiercionośne cisowe łuki. Warto zaznaczyć, iż w starożytności preparaty na bazie cisu były stosowane głównie jako środek poronny — często ze skutkiem śmiertelnym.
Jak później był wykorzystywany cis? Jak z cisu wykonuje się współcześnie lek na nowotwory jąder i płuc?
Więcej w moim artykule dotyczącym właściwości leczniczych cisu w perspektywie historycznej i współczesnej.
Brodaty mężczyzna w kolorowych szatach odprawia niezrozumiałe rytuały; jest otoczony retortami, moździerzami, starymi księgami, schematami, symbolami, obok piec, atanor, kaplica i wykreślone kręgi na podłodze. Taki obraz alchemii i alchemików jest powielany w niezliczonych dziełach kultury. Czy rzeczywiście tak wyglądała praca i praktyka tych uczonych, marzycieli i awanturników?
Alchemicy, w przeciwieństwie do przedstawicieli innych nauk i rzemieślników, nie tworzyli cechów, organizacji, samorządów. Najważniejsza w ich pracy była indywidualna praktyka badawcza, samodzielna percepcja natury i próba odkrywania jej tajemnic. Najczęściej odwoływali się oni do prac, które były zgodne z ich własnymi przekonaniami i wnioskami. Ich trud zaowocował wieloma odkryciami z zakresu chemii, metalurgii, farmacji, techniki, medycyny, fizyki, biologii. Izolacja fosforu, produkcja prochu i fajerwerków, lek na malarię, udoskonalenie destylacji i syntezy chemiczne, produkcja czystych metali z rud, tworzenie stopów metali, konstrukcja współczesnego sprzętu laboratoryjnego — to wszystko zawdzięczamy alchemikom.
Ważną przedstawicielką tej profesji była żyjąca między I a III w. n. e. Maria Żydówka, unieśmiertelniona w angielskiej nazwie na laboratoryjno-kulinarną metodę łaźni wodnej — bain-marie (łac. Balneum Mariae).
Alchemię jako naukę i nurt filozoficzny można podzielić na następujące rodzaje:
alchemia transmutatoria („alchemia transmutacji” — przemiana metali);<br />
alchemia technica („alchemia techniczna” — receptury i aspekty praktyczne);<br />
alchemia medica („alchemia medyczna” — wytwarzanie leków, izolacja czystych związków z surowców leczniczych);<br />
alchemia mystica („alchemia mistyczna” — hermetyzm i teorie filozoficzne).<br />
W niniejszej monografii wieloautorskiej udało się poruszyć głównie kwestie związane z alchemią medyczną, alchemią techniczną i alchemią transmutacji, czyli tymi odmianami związanymi z praktycznymi aspektami „wielkiego dzieła”.
Rozdziały:
1. Eliksir życia (Elixir vitae): postać leku czy alchemiczne panaceum? (Aleksander K. Smakosz)<br />
2. Od zapisków Ge Honga po rewolucję w leczeniu malarii. Historia artemizyniny (Daniel Grudzień & Aleksander K. Smakosz)<br />
3. Radiofarmacja alchemią XXI wieku (Katarzyna Wer & Mateusz Wojciechowski)<br />
4. Skąd się wzięło określenie „olejek eteryczny”, czyli o wpływie tradycji alchemicznej na współczesną aromaterapię (Marta K. Grochowalska)<br />
5. Psychoanalityczne ujęcia alchemii Gastona Bachelarda, Carla Gustava Junga i Marie von Franz (Paulina Gurgul)<br />
6. Wszechobecny fluid i jak nad nim zapanować — magnetyzm zwierzęcy (Patryk Chłopek)<br />
7. Krótka historia moździerzy aptecznych i alchemicznych (Aleksander K. Smakosz & Charles J. S. Thompson)<br />
8. Wizja alchemii i alchemików na przykładzie dzieła Jana Amosa Komeńskiego — Labirynt świata albo raj serca (Agnieszka Banaś)<br />
9. Tożsamość narracyjna alchemika w tekstach gier (Łukasz Sasuła)<br />
10. Dodatek: alchemia jako motyw satyryczny (Aleksander K. Smakosz)