Wśród natalistów - czy to pasywnych, czy aktywnych, często przewijają się różne argumenty za prokreacją. Jak już wiele razy twierdziłem, większość z nich jest egoistyczna, ale nie każdy. Są też takie, które przynajmniej pozornie są wspaniałomyślne.
Najbardziej prominentnym przykładem jest darowanie dziecku szczęścia. Niewątpliwie (przynajmniej na pierwszy rzut oka) taki argument brzmi nie dość, że sensownie, to jeszcze budująco. Po odpowiedniej analizie nie sposób jednak nie spostrzec kilku problemów związanych z tym uzasadnieniem.
Pierwszy z nich jest bardzo jałowy, prozaiczny; Żadne dziecko nie potrzebuje szczęścia, dopóki nie zostanie narodzone, a tym bardziej poczęte.
Drugi bierze pod uwagę konsekwencje sprowadzenia nowego stworzenia na świat. I tak, bez wątpienia kochający, nawet niezbyt majętni rodzice są w stanie wywrzeć gigantyczny, a przy tym pozytywny wpływ na życie kolejnego człowieka, jednak dom i rodzina to tylko ułamek naszej egzystencji. W prawdziwym świecie spędzamy lwią część czasu poza swoim mieszkaniem. Nie sposób jest zagwarantować, że dziecko, wychodząc na dwór, spotka się tylko ze szczęściem. Rozczarowań może być naprawdę wiele, a te się potęgują wraz z dorastaniem. W dzieciństwie bolało mnie to, że kolega z klasy musiał siedzieć w domu i się uczyć, przez co nie mógł wyjść na boisko. Teraz okazjonalnie myślę o np. wojnach, w których, np. na Ukrainie, miliony ludzi cierpi i czuje kompletną bezradność wobec ponurej rzeczywistości. W kontekście ludzi cierpiących w wojnach, można zadać retoryczne pytanie:
Jak do tego doszło? Czy oni nie mieli przyjść na świat i czerpać z niego szczęście?
To jest właśnie sedno problemu - nie jesteśmy w stanie zagwarantować szczęścia i dobrego życia dziecku. Możemy włożyć ogrom wysiłku (który na pewno się opłaci), ale wszystko może zostać zaprzepaszczone, jeśli okaże się, że dziecko jednego dnia nie wróciło do domu, bo zostało porwane.
Trzeci problem - rodzić dziecko, aby dać mu szczęście wywraca cały sens istnienia szczęścia. Zastanówmy się przez chwilę. Co jest stworzone dla kogo? Czy to ludzie są stworzeni dla szczęścia, czy, bardziej wiarygodnie - szczęście jest stworzone dla ludzi? W rzeczywistości nie istnieje żadna pula tego zasobu, która koniecznie musi zostać przydzielona nowonarodzonym. A co jeśli ostatecznie to dziecko nie będzie szczęśliwe, skoro zostało stworzone, żeby właśnie to szczęście czerpać? Wtedy konkluzja jest taka, że życie człowieka traci sens. Nikt jednak nie przyzna, że życie nieszczęśliwego człowieka pozbawione jest sensu. Prawda, jest to niezmiernie ważny element istnienia, natomiast nie jest on jedynym. Weźmy za przykład wybitnego kardiologa, który nigdy nie był w stanie doznać odwzajemnionej miłości, przez co żyje w przewlekłej depresji. Jego życie bez wątpienia ma sens, biorąc pod uwagę to, w jak krytycznej dziedzinie się specjalizuje.
Po czwarte. Na co dzień mamy do czynienia z naprawdę różnymi ludźmi. Prawdopodobnie każdy z nas w trakcie swojego życia miał okazję poznać kogoś z rodziny dysfunkcyjnej. Niektórym zapewne zdarzyło się zaprzyjaźnić z takimi osobami i dostrzec, jak ich sytuacja rodzinna wpłynęła na ich życie poza domem i nierzadko były to bardzo niepokojące wydarzenia i aktywności. Co w tym wszystkim jest zaskakujące? Niemal każdy rodzic jest przekonany o tym, że to on jest dobrym rodzicem dla swojego dziecka. Nieważne, na jak niskim poziomie opiekę oferuje. Często, niestety, wychodzi to na wierzch w sprawach rozwodowych, kiedy to np. ojciec, bo kilku latach srogich zaniedbań, nagle zaczyna walczyć ze swoją żoną o prawa do opieki nad dzieckiem, argumentując to na różne sposoby. Nie chodzi mi tutaj o to, że nie ma dobrych rodziców, a tym bardziej, że nie ma dobrych ojców. Problem polega na tym, że decyzję, żeby zrobić dziecko podejmują rodzice. I to właśnie ci rodzice oceniają, czy są dobrymi kandydatami na opiekunów. Bardzo często robią to ludzie, którzy są niekompetentni i nierozważni.
#antynatalizm