Tam, gdzie nikt nie uwierzyłby, że da się mieszkać – S16E05 – Svinøya
hejto.plStreszczenie serialu: Der ingen skulle tru at nokon kunne bu (NRK TV)
#norweskiezadupia #norwegia
W gminie Vikna w Nord-Trøndelag, leży samotne gospodarstwo na wyspie Svinøya. Mieszkają tam Gunnar Bengtsson i jego żona Lise Juul Mortensen wraz z siedemnastoletnim synem Gormem.
Gunnar pochodzi ze Szwecji. Po 43 latach życia na wyspie mówi, że nie zwraca już większej uwagi na piękne zachody słońca, choć czasem nadal się nad tym urokiem zastanawia. Ma wrażenie, jakby żył na obcej planecie i rozglądał się wokół, myśląc, jak pięknie tutaj jest.


Rodzina utrzymuje się z hodowli dzikich owiec pasących się swobodnie na wyspie — mają około 150 sztuk. Oprócz tego trzymają kilkanaście kur (kiedyś mieli ich nawet 500). W przeszłości mieli również krowy mleczne, a Gunnar zajmował się hodowlą małży. Przez lata próbowali różnych zajęć, bo — jak mówi Gunnar — mieszkając w takim miejscu, trzeba wykorzystywać dostępne zasoby i być w jak największym stopniu samowystarczalnym. Mają też własny ogródek warzywny.

Wyspa należy do nich, więc mogą robić, co chcą — nie mają sąsiadów, zwierzęta chodzą, gdzie im się podoba. „Możemy robić, co tylko mamy ochotę. Możemy popełniać błędy i nikt tego nawet nie zauważy” — śmieje się Gunnar. Przyznaje, że przez lata tych błędów trochę było, ale człowiek całe życie uczy się na własnych doświadczeniach.
Nigdy nie zdecydowali się sprzedać działek pod domki letniskowe. Gunnar mówi, że woli zachować wyspę jako swoje królestwo i nie chce turystów, którzy „będą się panoszyć jak pawie”.

Historia Gunnara zaczęła się w 1974 roku, kiedy jako pilot małych samolotów zobaczył Svinøyę z powietrza. W tamtym czasie wraz z rodziną prowadził niewielkie gospodarstwo i małą fabrykę biżuterii w Sztokholmie. Czuli się tam źle i „ściśnięci” w otoczeniu luksusowych willi i łodzi. Postanowili znaleźć nowe miejsce do życia na norweskim wybrzeżu. Najpierw szukali wyspy samochodem, później samolotem — i tak trafili na Svinøyę, opuszczoną od około dziesięciu lat. Było tam wystarczająco dużo ziemi do hodowli i możliwość zbudowania małego portu.
Gunnar zakochał się w wyspie od pierwszego wejrzenia i ją kupił. Jednak jego ojciec, matka i brat nie chcieli tam zostać i wrócili do Szwecji. On sam nie żałuje tej decyzji. „To mój czas na ziemi i chcę być właśnie tutaj i tym się zajmować” — mówi. „To daje poczucie sensu produkować żywność.” Gdyby miał wybierać jeszcze raz, zrobiłby to samo — zamiast być ściśniętym w Sztokholmie, ma całe królestwo dla siebie. Sprawia przy tym wrażenie osoby bardzo pozytywnej, uśmiechniętej i z dużym poczuciem humoru, co widać w sposobie, w jaki opowiada o swoim życiu i decyzjach.

Lise, z pochodzenia Dunka, trafiła na wyspę dziesięć lat po Gunnarze — na tygodniową praktykę ze szkoły, by uczyć się o hodowli małży. Praktyka przedłużyła się o kilkadziesiąt lat

Ich syn Gorm urodził się w Norwegii, więc w jednym domu mieszka Szwed, Dunka i Norweg — a w Norwegii często opowiada się żarty o tych trzech narodowościach, więc sytuacja sama w sobie bywa zabawna.
Gorm od małego uczył się radzić sobie sam.

Do przedszkola chodził w Garstad, a do szkoły pływa z ojcem łodzią. Przy dobrej pogodzie to około 10 minut do stałego lądu, ale przy sztormie wyspa bywa całkowicie odcięta od świata. Dlatego rodzina ma niewielkie mieszkanie na stałym lądzie, by w razie potrzeby móc tam przenocować.
Jedną z pierwszych decyzji Gunnara po przeprowadzce było zasadzenie lasu świerka sitkajskiego — istniało wtedy dofinansowanie do zalesiania. Okazało się to dużym błędem: drzewa rosną bardzo szybko i rozprzestrzeniają się jak chwasty. Wycięcie i wywiezienie drewna kosztuje więcej, niż można na nim zarobić. Obecnie istnieje nawet dofinansowanie do jego wycinania.

Po przeprowadzce Gunnar zaangażował się też w życie lokalnej społeczności. W pobliskim Garstad panowało bezrobocie i depopulacja. Jako inżynier maszyn pomógł stworzyć i rozwinąć firmę produkującą opakowania ze styropianu, która dziś zatrudnia ponad 30 osób. Pracował tam głównie społecznie, po godzinach, jako spawacz i pomysłodawca różnych rozwiązań. Nadal jest członkiem zarządu, choć — jak sam mówi — nie wzbogacił się na tej działalności.

Lise bardzo kocha zwierzęta i chce znać każde z nich. Strzyże owce tradycyjnymi nożycami, co zajmuje dużo czasu, ale pozwala jej być bliżej zwierząt. Owce przez całe lato pasą się swobodnie. Gdy przychodzi czas przekazania ich do rzeźni, operacja jest znacznie trudniejsza niż na lądzie — najpierw traktorem trzeba podnieść je w skrzyni na barkę własnej konstrukcji, a potem przetransportować na stały ląd, uwzględniając prądy morskie i pogodę.


Zarówno Gunnar, jak i Lise mówią, że chcą żyć i pracować w ten sposób tak długo, jak będą w stanie — najlepiej do końca życia.
