Prowadziłem kiedyś foodtrucka, teraz nie prowadzę. Życie jest za krótkie, aby je wspominać, niemniej z tamtych lat zostało mi trochę przemyśleń oraz historyjek, które będę wrzucał co jakiś czas na #foodtruckowehistoryjki


Dziś będzie w końcu o tym jak buda z żarciem wystartowała, warszawskim Mordorze oraz o pierwszych kilku miesiącach działalności


Nowoczesna korpofilozofia lubi myśl, że jedynym co jest stałe jest zmiana. Na ile jest to faktycznie stwierdzenie faktu, a na ile psychiczne przygotowywanie pracowników na fakt, że na jakąkolwiek dłuższą stabilność nie ma co liczyć, pozostawiam wam. Nie zmienia to faktu, że teren, gdzie zaczynałem swój foodtruckowy biznes ponad dekadę temu - czyli biurowe zagłębie na warszawskim Służewcu, znane również nieoficjalnie jako Mordor - zdążyło zmienić się kilkukrotnie. Powstające od lat 90 na dawnych terenach poprzemysłowych korpomrowiska i fabryki maili codziennie ściągały do siebie dziesiątki tysięcy ludzi, a samych firm z roku na rok tylko przybywało. Sytuacja zaczęła zmieniać się w 2016 - kiepski dojazd, przeciągający się remont ulicy Marynarskiej oraz stopniowe otwieranie się nowocześniejszych i lepiej skomunikowanych biurowców w okolicach warszawskiej Woli powoli wyganiały najemców. Najwięcej zmienił oczywiście covid i praca zdalna. Obecnie firm zostało już niewiele, a dawniej pełne biura świecą pustkami. Dziś Mordor w niczym nie przypomina siebie sprzed 10 czy 15 lat. W godzinach lunchowych przemykają niewielkie grupki i nawet dawne biurowce są burzone, a w ich miejscu powstają mieszkalne bloki i 25 metrowe apartamenty inswestycyjne. Zniknęło nawet samo miejsce, w którym zaczynałem - teren dawnego parkingu został zajęty przez biurowiec. Tak jest jednak dzisiaj.


Za to w momencie startu mojego gastrobiznesu Mordor był chyba u szczytów swojej potęgi. Korki zaczynały się robić przed godziną siódmą i kończyły w okolicach 19. Firmy dogęszczały przestrzeń biurową. Otwierały się kolejne SSC, BPO i rozmaite inne miejsca, gdzie końcówki wyżu demograficznego wchodziły na rynek pracy procesując taski, pushując tematy, pingując osoby pozostawiające maile bez odpowiedzi i starając się nie przekroczyć ustalonych deadline-ów. Cały ten korpoświat, począwszy od planktonu skończywszy na poważnych dyrektorach musiał oczywiście coś jeść. Opcji na korpolunche było sporo i tam też upatrywałem swojej niszy. Model działalności, który sobie przyjąłem zakładał bowiem, że w ciągu tygodnia buda stoi w korpozagłębiach, żeby dawać zajęcie załodze i mały profit dla mnie - a z kolei w weekendy uderzać będzie na przeróżne imprezy plenerowe, na których to będę zarabiał porządniejszą kasę.


Na ile sięgam pamięcią, w ocenie mojej i wielu moich znajomych w 2015 orientacyjne ceny i poziomy korpolunchy kształtowały się mniej więcej następująco:

- do 10 złotych -> taniocha, pan kanapka lub gotowce odgrzewane w mikrofali

- 10-15 złotych -> niskobudżetowa szama w lokalu typu chińczyk

- 15-20 złotych -> typowy korpolunch, średnia półka

- 25 złotych i więcej -> opcja premium


Ja chciałem pozycjonować się gdzieś pomiędzy drugim a trzecim szczebelkiem tej drabinki. Co prawda foodtrucki zaczynały się już wtedy odklejać z cenami i taki burger z dodatkami potrafił kosztować 30 plnów, co dla mnie było już sporą kasą i lekką przesadą. Któregoś razu zapytałem nawet umiejscowioną po sąsiedzku budę, czy 30 złotych za burgera (przypominam - mamy 2015) nie jest zbyt dużą kasą, ziomek jednak powiedział wprost, że skoro ludzie tyle za niego płacą, to on ceny nie zamierza obniżać - na brak klientów nie narzeka (faktycznie, dziennie mieli po 50-70 wydanych porcji, jak na 2-3 godziny pracy - niezły wynik), a za mniejszą kasę nie chciałoby mu się sprzedawać. Argumentacja wydawała się sensowna, we mnie jednak był idealizm oraz januszerka (hurr, ja bym za tyle nie kupił, kto to bierze, durr) więc uznałem, że nie ma co na start przesadzać z cenami i po prostu przyciągać klientów - a profit robić na wolumenie. Na dłuższą metę moje myślenie było błędne - o tym jednak dalej. Miejscówka przy Domaniewskiej którą miałem zajmować miała już wtedy kilka bud na stanie i jeżeli chodzi o reakcje innych na moje pojawienie się, można było powiedzieć że były one mieszane, z przewagą zaciekawienia. Francuskie naleśniki które sobie wymyśliłem były raczej odbierane jako ciekawostka lub opcja na deser niż realna konkurencja. Co ciekawe, jeszcze przed samym otwarciem udało mi się nieświadomie zbudować spore zainteresowanie ludzi - przez fakt, że przeparkowałem samochód na docelowe miejsce parę dni wcześniej, a jednocześnie nie prowadziłem sprzedaży ani nawet nie bardzo było wiadomo, co będę miał (początkowo auto nie było oklejone), sporo osób zagadywało o menu i kiedy startujemy.


Pierwszy dzień działalności był dla mnie sporym wydarzeniem. Jako, że pracowałem wtedy równolegle na etacie, urwałem się z pracy na prawie dwie godziny tłumacząc się później wyjściem na lunch i przedłużających się oczekiwaniem na zamówienie xD O ustalonej z ekipą porze klapa budy poszła w górę. Ceny były - patrząc na ówczesny stan gastro - bardzo przystępne. Naleśnik słodki za 6-8 zł, naleśnik wytrawny "obiadowy" z sosami za 15 zł. Jak wspomniałem jednak wcześniej, zysk chciałem robić na wolumenie sprzedaży.


Jak wyglądało początkowo moje menu? Nie ukrywam, że dużą inspirację była dla mnie knajpa Manekin. Podobała mi się idea zrobienia z naleśników - czegoś kojarzącego się ze śniadaniem - pełnoprawnego dania. Oczywiście nie dysponując pełnym zapleczem kuchennym moje możliwości były ograniczone, chciałem jednak zapewnić możliwie duży jak na moje warunki wybór opcji. Stąd też w takim standardowym menu miałem zwykle trzy opcję wytrawne oraz trzy opcje na słodko:


Z opcji "obiadowych" na ogół były to: naleśnik z chili con carne, naleśnik z kurczakiem w sosie śmietanowym z pieczarkami oraz naleśnik INNY (gdzie ten inny tworzyłem w zależności od inspiracji, czasem był to grillowany kozi ser z burakiem, czasem kurczak z brokułami i masłem orzechowym, czasem wołowina z sosem pomidorowym, czasem jeszcze coś innego) z dodatkowym sosem do wyboru: tzatziki, pomidorowy, ostry lub INNY (znowu, w zależności od inspiracji danego dnia: czasem czosnkowy, czasem jack daniels, czasem sojowo-orzechowy).


Z opcji deserowych miałem: nieśmiertelną nutellę z bananem, zwyklacki dżem w kilku wersjach lub wreszcie coś INNEGO: czasem chałwę z czekoladą, czasem owoce lub mus jabłkowy, czasem masło orzechowe z czekoladą i M&Ms - zależy co się tam wylosowało.


Nie pamiętam już dokładnie, ile porcji udało się wydać pierwszego dnia otwarcia: dziesięć, może piętnaście? Bardzo możliwe, że nie starczyło tego nawet na pokrycie pensji zatrudnionych, niemniej dla mnie było to i tak OGROMNE wydarzenie. Oto randomowi ludzie PRZYCHODZĄ do punktu, który od zera zaprojektowałem i stworzyłem, KUPUJĄ rzeczy które wymyśliłem i mają POZYTYWNE doświadczenia. W tym momencie aspekt finansowy schodził na dalszy plan, podekscytowanie, adrenalina i duma grały zdecydowanie pierwsze skrzypce i napędzały mnie do dalszego działania.


I chyba właśnie te emocje pozwoliły mi jakoś przetrwać kolejne miesiące. Dlaczego przetrwać? Otóż mój dzień pracy zaczynał się przed godziną 7:00. Pobudka, szykowanie do pracy, podróż metrem do korpokołchozu w centrum Default City, start pracy i standardowe 8-16 lub 9-17, w zależności jak się ułożyło. W ciągu dnia użeranie się z klientami, systemem lub (nie daj Boże) wyjazd i ślęczenie w delegacji w Robakowie pod Poznaniem, w międzyczasie odpowiadanie na telefony załogi budy (ty, bo prąd nie działa; ty, bo gaz się skończył; ty, bo naleśnikarka nie chce odpalać; ty, bo xyz nam się kończy - itd). Koniec pracy, powrót do domu, chwila odpoczynku. Przyjazd autem do budy (około godziny 19:00, kiedy korki już zelżeją), zebranie pustych pojemników, sprawdzenie stanu zapasów (zwykle czegoś zaczynało brakować), zakupy w makro. Powrót do domu około godziny 21:00, szykowanie półproduktów, mycie naczyń, przygotowywanie rozmaitych farszów do naleśników wytrawnych. W teorii miałem podpisaną umowę na wynajem kuchni (kuchnia musiała posiadać odbiór sanepidu), ale szybko okazało się, że jest to tak niewydajne czasowo, że c⁎⁎j zostaw tak - umowa była podkładką, a całość i tak robiłem w domu xD W którymś momencie doszedłem do takiej wprawy, że byłem w stanie solo w 3 godziny wyprodukować 12 kilogramów chili con carne, 8 kilogramów kurczaka w sosie pieczarkowym oraz 3 kilogramy tego, na co w danym momencie miałem inwencję twórczą. Około północy ale zwykle bliżej pierwszej w nocy zajeżdżałem ponownie do budy, zostawiałem zapasy i wyczyszczone pojemniki i wracałem do domu. Przy pomyślnych wiatrach o 1:30 wskakiwałem do śpiulkolotu mając mniej niż 6 godzin snu - do kolejnej pobudki. Praktycznie każda minuta mojego dnia była zajęta i to zaskakujące, jak ludzki organizm potrafi przyzwyczaić się do rutyny.


Wraz z upływem czasu dochodziłem do coraz większej wprawy, jednocześnie zacząłem zauważać, że kontynuowanie działalności w takiej formie staje się moją piętą achillesową. Problemem było połączenie modelu jaki sobie wybrałem wraz ze specyfiką sprzedawanego produktu. Jak wspomniałem wcześniej, mój model biznesowy miał się opierać na możliwie dużym wolumenie i przyjaznej dla konsumenta marży. W pełni zatowarowana buda była w stanie wydać dziennie około 70-80 korpolunchowych porcji, jednak wraz ze wzrostem sprzedaży rosło zużycie półproduktów oraz przygotowywanych zawczasu zapasów. Szybsze zużywanie zapasów równało się zaś nie tylko potrzebie częstszych wizyt w makro ale także większej ilości godzin potrzebnych do przygotowywania gotowych farszy - bo tych nie dało się zrobić w warunkach polowych przez obsługę foodtrucka. A pomimo moich najlepszych chęci doba nie była z gumy i nawet zdaje się niespożyte pokłady energii i zapału, które wówczas miałem miały swojego granice. W końcu zacząnałem zauważać, że mimowolnie sam staje się wąskich gardłem w procesie, który sam sobie wymyśliłem - i coś w nim wymaga zmiany. Zajęło mi jednak kilka miesięcy zanim doszedłem do tego wniosku - póki co zapierdol był tak duży, ze trzeba było biegać z pustymi taczkami, a nie zastanawiać się nad mechanizmami które to powodują.


Równolegle trwał też ciągły proces adaptacji i optymalizacji i muszę przyznać - byłem w tym niezły, w czym mocno pomagała mi zatrudniona ekipa oraz ich obserwacje. Już w ciągu pierwszych kilku dni okazało się, że duża część moich klientów to osoby, które chciały coś zjeść, a jednocześnie nie miały gotówki by zapłacić w którejś z okolicznych bud - przypominam, był rok 2015 i płatności bezgotówkowe nie były jeszcze tak rozpowszechione jak teraz. Napis "francuskie naleśniki" na potykaczu, który przez pierwsze kilka dni stał przed moim foodtruckiem szybko zniknął a zastąpił go dużo bardziej prozaiczny "MOŻNA PŁACIĆ KARTĄ". Podobnie, z obserwacji zatrudnionych chłopaków wynikało, że ze względu na postawiony dość daleko kosz na śmieci dużo osób przychodzi po prostu pozbyć się resztek jedzenia kupionych gdzie indziej - powodowało to szybsze zapełnianie się kosza, z czego duża część śmieci nawet nie była nasza. Umieszczenie śmietnika dużo bliżej auta i miejsca, gdzie było widoczne menu z jednej strony zmniejszyło napływ nienaszych śmieci, ale też powodowało, że ludzie którzy mimo to z niego korzystali często dodatkowo brali jakieś pierdoły - napój lub taniego naleśnika. Było też możliwe, że po mimowolnym zapoznaniu się z menu taki potencjalny klient zobaczy coś, co skłoni go do przyjścia następnym razem.


Kolejnym trickiem, który stosowaliśmy było sprzedawanie napojów w cenach bliskich sklepowych (puszka pepsi kosztowała 2-3 złote, przy cenie 1,3-1,5 zł w makro w tamtych czasach) - przyciągało to ludzi, którzy kupowali w niedużej cenie napój, nastepnie stwierdzajac, że może dokupią sobie do niego coś jeszcze. Poza napojami promowaliśmy "ofertę deserową" - dużo osób miało ochotę na coś słodkiego po posiłku zjedzonym gdzieś indziej, przez co zachodzili do nas. Naleśnik deserowy był tani, a jednocześnie był w stanie zrobić dobre wrażenie i zachęcić do zapoznania się następnym razem z naszą pełną ofertą i powrotu w przyszłości.


Następnym punktem, którym moim zdaniem mocno punktowaliśmy na tle innych okolicznych foodtrucków był wysoki poziom obsługi. Głównym zarzutem jaki mają zwykle przeciwnicy foodtrucków jest wysoka cena oraz niewspółmiernie długi czas oczekiwania na zamówienie. Byłem tego świadomy i zwracałem dużą uwagę na czas potrzebny od złożenia zamówienia do otrzymania posiłku. Czas ten wynosił przy optymalnych warunkach około 6-7 minut i zwiększał się w przypadku nieudanego naleśnika lub dużej ilości klientów na raz. Zwłaszcza na początku mojej gastroprzygody zdażało się, że ekipie naleśnik nie wyszedł, porwał się lub nie nadawał się do podania klientowi, chłopaki byli jednak w stanie zarządzać sytuacjami kryzysowymi i wyczuwać stopniowo narastającą frustację zamawiających - puszka Coli gratis pozwalała rozładować atmosferę. Koszt nie był wielki (przy pomyślnych wiatrach koszt wychodził na poziomie 1,29 zł), jednocześnie pozwalało to w podbramkowych sytuacjach uspokoić większość nerwów - a tak obsłużeni ludzie zostawali potem na ogół wiernymi klientami.


Jednak największym "game changerem" była obserwacja, jaką zrobiliśmy jednego z pierwszych dni. Było to tak oczywiste, że teraz wydaje się aż śmieszne. Wyobraźcie sobie, mamy godzinę 12:08, na teren parkingu wlewa się pierwsza tego dnia i zwykle największa fala korposzczurów (kolejne fale przychodziły mniej więcej w 30-minutowych interwałach). Ludzie składają zamówienia, po jakimś czasie dostają posiłek i co się okazuje? Otóż mają problem ze zjedzeniem tego co zamówili: nie ma krzesełek, nie ma stolików. Jasne, każda buda posiadała jedną lub dwie "beczki" które robiły za getto-stoliki, jednak w godzinach szczytu klienci po prostu snuli się z jedzeniem w rękach po placu licząc na to, że uda im się w miarę sprawnie zjeść, jednocześnie bez kompletnego ufajdania swojego ubrania. Możliwość aby po prostu usiąść, postawić swój posiłek na płaskiej powierzchni, wytrzeć ręce lub usta serwetką - teraz wydaje się to banalne, wtedy było jednak ogromnym odkryciem. Oceniliśmy, że wstawienie dosłownie kilku stolików i krzeseł da nam istotną przewagę. Tego samego dnia w makro kupiłem, na promocji rzecz jasna, kilka zestawów tanich mebli ogrodowych oraz drewniane podesty, po któych można było chodzić i nie ubabrać się błotem przy opadach deszczu. Efekt? Już na drugi dzień nasz obrót istotnie wzrósł - tylko dlatego, że ludzie mogli normalnie usiąść i zjeść. I ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, czego jednak wtedy jeszcze do końca w pełni nie zrozumiałem - nikt nie przychodził na naleśniki, burgery, sushi, langosze czy co tam jeszcze wtedy było dostępne. Nie, ludzie przychodzili na JEDZENIE, chcieli po prostu zamówić, sprawnie dostać swój posiłek, zjeść go w normalnych warunkach i wrócić do pracy. Tyle i aż tyle. Nie potrzeba było wyróżniającego się menu, innowacyjnego produktu, biodegradowalnych ekosztućcy, kraftowych wyrobów od lokalnego makro lub infantylnych haseł reklamowych. Nie. Zjeść coś, w miarę szybko i w miarę smacznie. I tyle. Jednocześnie wydaje mi się, że dobre 2/3 foodtrucków obsługujących biurowce nigdy tego nie zrozumiało w zamian wymyślając coraz bardziej to fikuśne pozycje w menu.


A skoro jesteśmy przy menu, również ono szybko stało się elementem moich optymalizacji;) Zacznę może od ciasta na naleśniki. Według obowiązujących wówczas przepisów sanepidu (nie wiem jak jest teraz), nie było możliwe przygotowywanie w foodtrucku posiłków - jedynie podgrzewanie lub obróbka gotowych półproduktów. Co to oznaczało w praktyce? Ciasto powinno być w proszku w formie gotowca, do wymieszania z wodą lub olejem. Alternatywnie, powinno być przygotowywane w przeznaczonym do tego miejscu z odbiorem sanepidu (kuchnia w szkole, o której wspomniałem wcześniej) i dostarczane do foodtrucka. Na początku do tematu podszedłem bardzo ambitnie. Gotowe mieszanki od razu skreśliłem - smakowo nie spełniały moich oczekiwań, kupiłem jedynie jeden worek, na potrzeby "podkładki" pod ewentualną kontrolę. Przepis na naleśniki podrzuciła mi ówczesna dziewczyna mojego kumpla, francuzka. Pochodził od jej babci i naleśniki wychodziły z niego naprawdę dobre. I przez kilka pierwszych tygodni faktycznie robiłem wszystko zgodnie z przepisem. Jakie były problemy? Problem numer jeden, przepis zawierał masło. Dużo masła. Masło było drogie, więc szybko obciąłem jego ilość o 50%. Wkrótce później masło wyeliminowałem całkowicie, zastępując je olejem roślinnym. Olej miał same plusy - był płynny (nie wymagał rozpuszczenia aby dało się go wymieszać z ciastem) oraz nie wymagał przechowywania w lodówce, dzięki czemu miałem w niej więcej miejsca. Jednocześnie zmiana w smaku była - natomiast nie była ona dramatyczna. Jaki był drugi problem? Otóż naleśniki należało przygotować z jajek - w świetle przepisów sanepidu było to nie do spełnienia. Do przygotowania jajek potrzebne było specjalne, osobne pomieszczenia (wynajmowana kuchnia go nie miała) stąd też początkowo postanowiłem robić to nie do końca legalnie;) Ciasto było przygotowywane z prawdziwych jajek, następnie dostarczane przeze mnie w nocy do foodtrucka w pojemnikach wraz z resztą produktów. Czas życia ciasta w lodówce wynosił maksymalnie 2 dni - po tym okresie smak dalej był w porządku, same naleśniki jednak potrafiły rozrywać się przy smażeniu, niepotrzebnie wydłużając czas przygotowywania.


Zasadniczym problemem było jednak to, że ekipa obsługująca budę była ograniczona do ilości ciasta, jakie było przeze mnie przygotowane zawczasu. W przypadku klęski urodzaju i zużycia całego ciasta przygotowanego wcześniej nie mieli żadnej możliwości "wyprodukować" sobie kolejnych porcji. Stąd też kolejnym punktem, jaki chciałem zaadresować było: jak wyprodukować większe ilości ciasta w trakcie pracy foodtrucka, jednocześnie zbytnio nie naruszając wytycznych sanepidu w przypadku kontroli? Odpowiedzią na mój problem okazały się jajka w proszku. Produkt był idealny - po pierwsze, nie wymagał przychowywania w określonych warunkach i spokojnie wytrzymywał kilka miesięcy. Po drugie, nie wymagał żadnych specjalnych czynności - wystarczyło go odmierzyć i dodać do mikstury na ciasto. Żadnego odparzania, żadnych skorupek, proste odmierzenie i dodanie. Oczywiście wszyscy znajomi pytani o opinię słysząc o zmianie w recepturze zareagowali negatywnie - ale ślepe testy między naleśnikami z prawdziwych jajek i jajek z proszku jednoznacznie wskazały, że naleśniki z jajek w proszku są przez ludzi oceniane jako smaczniejsze xD Dla mnie był to kolejne potwierdzenie hipotezy, że w dużej części to nie sam smak, a otoczka jemu towarzysząca buduje odbiór - nauczyłem się tego za czasów studenckich, gdy butelka po 18-letniej szkockiej wypełniona tanią lurą z biedronki wzbudzała cmokanie i uznanie studenciaków-koneserów, a ta sama zawartość w butelce z logo owaga wywoływała co najwyżej pobłażliwy uśmiech;) Tak czy siak, zaopatrzenie budy w zapas mąki, wody, jajek w proszku, cukru, soli i oleju oraz kupno dedykowanego miksera zdjęło ze mnie jeden z obowiązków i pozwoliło rozwiązać dużo problemów logistyczno-zaopatrzeniowych.


Drugim związanym z menu problemem jaki stał przede mną były farsze. Naleśniki obiadowe, z farszami miały zasadniczy problem - były za dobre. Za duże, za tanie, zbyt smaczne - farsze z kolei były czasochłonne w przygotowaniu i niemożliwe do wytworzenia w waunkach polowych. Potrzebowałem jakieś pozycji "pośredniej" - czegoś, co będzie lżejsze (nie tak sycące), łatwiejsze w przygotowaniu, niewymagające dedykowanej kuchni i w jakimś stopniu "modułowe" -> to znaczy, że z pewnej ilości bazowych składników będę w stanie wytworzyć kilka różnych kombinacji. Z czasem również i tutaj udało się znaleźć odpowiedź: do naleśnika, który był bazą wrzucaliśmy element "główny" (np. szynkę parmeńską, sadzone jajko, chorizo, grillowany ser lub grillowane warzywa) a do tego rukolę, warzywa, kiełki, różne sosy i inne dodatki. Taki naleśnik zajął miejsce tego z farszem, cena tego z farszem z kolei została podniesiona, żeby skompensować zwiększony koszt. Oczywiście powyższe przykłady nie znaczą, że podejmowaliśmy same słuszne decyzje, co to, to nie;) Moje podejście było na tym etapie bardziej ideowe niż biznesowe, tzn. tworzymy wartość wszędzie, a nie tylko tam gdzie klient jej potrzebuje. Stąd rozmaite dziwaczne pomysły, typu fikuśne jednorazowe talerzyki (dwukrotnie droższe od zwykłych), biodegradowalne, jednorazowe sztućce, bambusowe deski do podawania jedzenia które potem ginęły itd.


No dobra, skoro kwestie menu i jego ewolucji już omówiłem, to został jeszcze jeden MEGA istotny element prowadzenia gastrodziałalności - energia. Jej źródło w jakiejś postaci jest oczywiście niezbędne do prawidłowego funkcjonowania biznesu, ja na tyle na ile było to możliwe chciałem być niezależny, stąd co tylko się dało funkcjonowało na gaz. No ale już takie rzeczy jak lodówki, różnego rodzaju drobne urządzenia, oświetlenie - wszystko to potrzebowało zasilania w prąd. I chyba to właśnie prąd, a może raczej jego ciągły brak był największym utrapieniem w pierwszym roku mojej działalności. Brak prądu, brak kabla, kabel o nieodpowiedniej długości, brak przyłącza, brak prądu w gniazdku, nieogarnięcie po stronie organizatorów danej imprezy, wywalanie korków w instalacji, plątające się pod nogami przedłużacze i kable ze względu na, bądź co bądź, nieco prototypowy charakter zabudowy budy - praktycznie non-stop występował przynajmniej jeden z tych problemów, a zwykle kombinacja kilku.


Co do alternatyw, takie oczywiście istniały, ale miały swoje minusy - instalując duże baterie w kombinacji z przetwornicą i tak trzeba byłoby je gdzieś ładować, z kolei generator generował prąd ale i spory hałas. Rozwiązaniem optymalnym było załatwienie prądu z sieci, tu jednak było kilka problemów. Część działających w miejscówce bud miała dostęp do skrzynki z prądem, którą sobie ogarnęli - natomiast za udostępnienie jej chcieli dodatkowo dwa tysiące do łapy plus rzecz jasna same opłaty, jednocześnie bez gwarancji na ile dostęp do prądu będzie stały. Postawienie zaś własnej skrzynki było inwestycją krótkoterminową, bo gdzieś w kuluarach i cieciówce parkingu (rada: ciecie i sprzątaczki to zwykle najlepiej zorientowani ludzie, trzeba z nimi dobrze żyć) krążyły plotki, że żywot miejscówki jest już przesądzony i firma nią zarządzająca zdecydowała się o sprzedaży terenu pod budowę biur. Ostatecznie wydawało się, że moją walkę o prąd udało się zakończyć z sukcesem - dogadałem się z firmą, która znajdowała się nieopodal, że za 50% zniżki na wszystko mogę ciągnąć prąd bez ograniczeń. Zwykle człowiek uczy się na błędach, moim było to że kabel puściłem po terenie, po którym jeździły samochody - po kilku dniach przedłużacz uległ uszkodzeniu i przestał działać. Kolejne kilka dni korzystałem z generatora, na koniec wreszcie dogadałem się z parkingowym cieciem, że prąd będę ciągnął po kryjomu od niego - w zamiast za parę złotych przekazywane do ręki.


I tak mijały pierwsze tygodnie działalności, a wkróce, po minięciu fali entuzjazmu i spojrzeniu na ogólny wynik finansowy okazało się jednak że ponoszone przeze mnie koszty (finansowe i czasowe) są nijak niewspółmierne do wyników. Liczyłem jednak, że los się wkrótce odmieni, bo oto zbliżała się moja pierwsza, duża impreza - Orange Warsaw Festival. O tym może już w kolejnym wpisie.

1ea25b4c-dac2-4925-8554-b8e4efcd5854
8681cd01-1b9b-40de-a754-f0c5bb7314e4

Komentarze (15)

@Endrevoir Nie miałem inspiracji na pisanie, bo dłubanie harlejków i praca pożerały wolny czas i wenę, ale piwerko w piątek pomogło na niemoc twórczą;)

@knoor dodaj do kolejnego wpisu byłego SB-eka z ziem odzyskanych o mglistej przeszłości wizytującego Orange festiwal celem pilnowania bananowej młodzieży za opłatą oraz podejrzaną siatkę działającą na szkodę kontrwywiadu wojskowego i CYK możesz wydawać niczym Szczepcio Twardoch XD

@RACO Ostatni wpis pod tagiem dałem jakieś półtora roku temu i dawno go nie czytalem, więc możliwe, że gdzieś się powtórzyłem xd

@knoor Wspaniały materiał, dużo ciekawych informacji. Co Knoor to Knoor, jak głosiła kiedyś reklama.

Mam takie głupie pytanie, a może nie - czy kiedykolwiek zagadnęli Cię panowie z rosyjskim akcentem, proponując kryszę, albo czy miałeś przygody tego rodzaju? Wiem, że nie wszystko można pisać, ale jak się nie zapytam, to się nie dowiem.

Mniej więcej w czasie Twojej działalności żona widziała na rynku w Łodzi, jak dwóch Sebków w dresach robi obchód i handlarze wsuwają im dyskretnie stówkę "za ochronę", więc ciekaw jestem czy też miałeś takie propozycje.

@Lemon_ Nieeee, nie miałem nigdy takiej sytuacji. Z najbliższych temu co opowiadasz:

  • dogadałem się kiedyś z właścicielem terenu koło klubu Explosion (sam teren nie należał do klubu), że mogę tam stać. Pierwszego dnia, po paru godzinach przyszły jakieś karki i kazały nam wypierdalać, jak powołałem się na zgodę właściciela to powiedzieli, że on też ma wypierdalać i z nim pogadają. Cóż, jako że nie odwołali swoich słów, zrobiłem to, o co prosili - wypierdoliłem xD

  • raz wjechałem na zakaz dla aut powyżej 2.5 tony (nawet nie wiedziałem, że takie są - a buda ważyła zdaje się 2.7t) i pan bagieta wyraźnie dawał do zrozumienia, że jagiełło załatwi sprawę

Zaloguj się aby komentować